Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

Marsze Szlakiem I Kompanii Kadrowej w czasach PRL

Kadrówka 1984

Witold Tukałło: 

 

W 1984 roku Komitet Opieki nad Kopcem nie był organizatorem kadrówki. 

 

Z uwagi na narastający konflikt wewnątrz Komitetu, wypięliśmy się wtedy na ówczesnego przewodniczącego Komitetu, Krystiana Waksmundzkiego. W moim mieszkaniu organizowaliśmy całą „logistykę” marszów.

 

Marek Bik: Namówiłem Witka Tosia, aby poszedł po raz pierwszy na Marsz. Z nowych poszli też Rysiek Bocian, Zygmunt Łenyk oraz Przemek Markiewicz. 

 

Zygmunt Łenyk: W sierpniu 1984 roku poszedłem po raz pierwszy i odtąd uczestniczyłem we wszystkich kolejnych Marszach aż do roku 1990. 

 

Artur Then: W czasie tego Marszu była ostra agitacja za KPN-em. 

 

Tukałło: W 1984 roku w Kadrówce po raz pierwszy wzięli udział ludzie spoza Krakowa i Kielc. Były to głównie osoby z Warszawy, które miały namiary na mnie od Sikorskiego czy od Rutkowskiego (tamtejszych legionistów). Byli to Konrad Zbrożek, Wiesław Gęsicki, Michał Wnuk i inni. W sumie około 15 osób. Była też fantastyczna grupa z Gdańska (m.in. Anka Sawicka). Ci z Gdańska nie mieli na mnie namiarów, musieli tu znać kogoś innego. 

 

Konrad Zbrożek: Kto był pomysłodawcą naszego uczestnictwa w Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej, dzisiaj chyba nikt nie wie. Może Wiesiek Gęsicki? On zawsze słynął z najciekawszych, nierzadko brawurowych pomysłów. A może Andrzej Szomański? Był naszym mentorem, przywódcą, no i wielkim znawcą historii, a nade wszystko, od półwiecza jej aktywnym uczestnikiem. 
W każdym razie latem 1984 roku kilkuosobowa grupa warszawian przybywa na kwatery do Krakowa. Tubylcy obserwowali nas z ironiczną uwagą. Odczuwałem, jakże rozczulający, stary dystans, wynikający z poczucia wyższości, nad - w gorącej wodzie kąpanymi - „królewiakami”. Zwiedzając ich domy, narosłe ocalonymi z tyluż pożóg artefaktami polskiej przeszłości, z udawaną zazdrością deklarowałem często: „Następne powstanie robimy w Krakowie”.

 

Jerzy Mohl: Marsz Szlakiem Kadrówki w 1984 roku był moim drugim Marszem, w którym brałem udział.

 

 ***

 

Mohl: Realia polityczne, w których odbywał się marsz wymuszał na jego organizatorach i uczestnikach konieczność stosowania metod niemal konspiracyjnych. Sama liczebność tego przedsięwzięcia była imponująca, jeśli się weźmie poprawkę na teoretyczny i faktyczny poziom potencjalnych represji, które mogły spotkać jego uczestników. Jeżeli dobrze pamiętam to liczba uczestników marszu w 1984 roku oscylowała w granicach 100 osób! 

 

Bik: Aby zapewnić Marszowi pewną osłonę 

 

pojechaliśmy do gen. Mieczysława Boruty - Spiechowicza do Zakopanego, 

 

aby namówić go, aby został honorowym komendantem tego Marszu. Podobna prośbę przedstawiliśmy Wałęsie, ale ten domówił.

 

Gdy przyjechaliśmy do gen. Boruty do Zakopanego, jego żona powiedziała do nas po szkocku, że musimy poczekać, po generał biega po lesie. Miał wtedy ok. 90 lat... Odwiedzając generała uwielbiałem przebierać się w jego mundur, na co chętnie pozwalał. Ale najciekawsze były jego wspomnienia. Generał opowiadał nam o demonstracjach w Łodzi w roku 1905, w których brał udział, a także o szarży pod Rarańczą, którą poprowadził w roku 1915. To był początek jego błyskotliwej kariery. Dwie były tak błyskawiczne kariery w II Brygadzie Legionów: Mieczysława Boruty-Spiechowicza i Michała Żymierskiego... Generał Boruta opowiadał też o swojej niewoli w ZSRR [w 1939 roku gen. Boruta Spiechowicz brał udział w kampanii wrześniowej a potem przedostał się do Lwowa, gdzie organizował antysowiecką konspirację, został aresztowany przez NKWD w grudniu 1939 roku, gdy usiłował przedostać się do Francji]. Był trzymany na Łubiance [moskiewskie więzienie NKWD]. Miał go przesłuchiwać sam Beria [szef NKWD], który chciał „zrobić go Berlingiem” [gen. Boruta miał wyższą rangę od Berlinga, który był „tylko” pułkownikiem], dlatego Berii zależało, aby to on stanął na czele późniejszej armii polskiej w ZSRR, która po opuszczeniu ZSRR przez armię Andersa miała stać się narzędziem sowietyzacji Polski]. Generał Boruta podał mi, jaka jest jedyna skuteczna metoda na tortury w śledztwie. - „Trzeba krzyczeć jak najgłośniej, mocniej niż odczuwany ból. Krzyk ofiary deprymuje oprawców”. Gdy w roku 1988 byłem zatrzymany w Stalowej Woli w czasie strajku, który wspieraliśmy, milicjanci rozebrali mnie do naga, jeden stanął przy oknie („Będę pilnował, aby nie wyskoczył”), a trzech innych zaczęło mnie bić pałkami, rękami, nogami – czym popadnie. Przypomniałem sobie radę generała Boruty i zacząłem krzyczeć wniebogłosy. Wtedy jeden z nich owinął mi głowę kurtką - „Teraz, kurwa, nie będziesz się darł!”. I cała rada generała Spiechowicza poszła na nic. Milicjanci okazali się sprytniejsi od Berii.

 

Przed marszem pojechaliśmy też do Wałęsy. 

 

Mieliśmy z Wojtkiem Pęgielem dla Wałęsy pismo od komendanta Marszu, którym został mianowany gen. Mieczysław Boruta-Spiechowicz, odznakę z numerem 0 i dyplom. Mieliśmy poprosić Wałęsę, aby został honorowym komendantem Marszu, czyli aby zgodził się firmować swoim nazwiskiem tę imprezę. Poszliśmy do kościoła Św. Brygidy w Gdańsku. Rano na plebanii u sekretarza Wałęsy zapisaliśmy się na określony termin. Wałęsa wtedy pracował w stoczni. Po pracy (ok. 14.30) przyjechał na plebanię w kolumnie chyba z dziesięciu samochodów milicyjnych, które jeździły za nim na sygnale. Wałęsa z Jankowskim przyjęli nas w eleganckim gabinecie z meblami gdańskimi. Wręczyliśmy Wałęsie tę odznakę. Od razu ks. Jankowski poczuł się urażony, że on też nie dostał. Wałęsa nie zgodził się formalnie objąć patronatu nad Marszem tylko powiedział - „Wy się poświęcajcie, róbcie i pamiętajcie, że wszystko co dobre, ma iść na moje konto!”. To chyba miał być dowcip, ale nie było w tym żadnego dowcipu, tylko pycha. Całe spotkanie trwało może 20 minut. 

 

Wojciech Słowik: Faktycznym komendantem był – jak zwykle - Wojtek Pęgiel. 

 

***

 

Zbrożek: Tymczasem, po wspaniale spędzonych chwilach na mieszczańskich kwaterach, wymianie wszelkiej bibuły, odwiedzinach w krypcie Srebrnych Dzwonów, stajemy o świcie, 6 sierpnia, a jakże, na Oleandrach. Krótka odprawa i wyruszamy do Michałowic. Trochę mnie zatkało, że ten pomnik ocalał pod okupacją rosyjską.

 

Tukałło: 6 sierpnia 1984 roku poszliśmy pod pomnik (tam, gdzie była granica rozbiorowa w 1914 roku). Zawsze składaliśmy tam kwiaty. Przyszliśmy i tym razem, a tam już był Waksmundzki z ojcem Studzińskim i z legionistami. No to stanęliśmy naprzeciwko i zaczęliśmy śpiewać pieśni legionowe. A było nas może ze sto osób, głównie młodzież. Legioniści zaczęli nas wtedy zapraszać: - "Chodźcie do nas! Chodźcie do nas!". A Waksmundzki zaczął nad odganiać. Ja jestem człowiek porywczy. Wziąłem go za klapy, odstawiłem na bok i powiedziałem: - "Panie Waksmundzki. Spieprzaj pan, bo chcemy sobie zrobić zdjęcie z legionistami!". 

 

Po tej awanturze Waksmundzki napisał na nas donos do urzędu cenzury, że jest organizowana Kadrówka, ale Komitet Opieki nad Kopcem nie bierze za nią odpowiedzialności. Na tej podstawie nas zatrzymano pod Jędrzejowem. Podpierali się tym pismem Waksmundzkiego i twierdzili, że my jesteśmy nielegalni. Niektórzy ludzie bardzo się wtedy wkurzyli na Waksmundzkiego. I w 1985 roku Kadrówka zupełnie odcięła się od Komitetu. Dopiero gdy w 1986 przewodniczącym Komitetu został Jurek Bukowski, to Kadrówka wróciła pod skrzydła Komitetu.

 

***

 

Zbrożek: Ruszamy do Kielc! Nasza grupka szybko zyskuje przydomek Plutonu Warszawskiego. 

 

Wojciech Słowik: Mieliśmy jakiegoś żuka, który zabierał plecaki rano i przewoził do miejsca kolejnego noclegu wieczorem. Podobnie jak poprzednio (z wyjątkiem 1981 roku) szliśmy głównie polnymi drogami w luźnym szyku. 

 

Tukałło: Jakieś dwa miesiące przed kadrówką w 1984 roku objechałem całą trasę (po raz pierwszy w historii Kadrówek, potem robiłem to wielokrotnie). Mieliśmy nocować m.in. w takiej leśniczówce. Powiedziałem Maćkowi Gawlikowskiemu (który był wtedy kwatermistrzem), że sprawa naszego noclegu w tej leśniczówce jest już załatwiona z leśniczym, ale w rzeczywistości nic z nim nie załatwiłem, bo bałem się, że jak to jest komunista, to nas wyda esbecji. Maciek tam przyszedł, a tu się okazało, że leśniczy nic nie wie. No i jak wyszliśmy z lasu w stronę tej leśniczówki, to przybiegł Maciek z pretensjami, że leśniczy o niczym nie wiedział. Przeprosiłem go. Ale w końcu udało nam sie tam przenocować. 

 

Mohl: Już w drugim dniu Marszu, kiedy byliśmy w miejscowości Moczydło, pokazała się esbecja, która bardzo dokładnie nas obfotografowała, kiedy piliśmy wodę ze studni głębinowej przy jednej z posesji. Początkowo nie przejmowaliśmy się tymi fotkami, ale kiedy trasa, którą podążaliśmy (drogi lokalne i polne) przecięła się z trasą E-7 na przedmieściach Jędrzejowa staliśmy się niebezpieczną demonstracją antyrządową, którą należy rozpędzić i spacyfikować. Tak też się stało. 

 

Tukałło: Kolejny nocleg miał być

 

w Jędrzejowie,

 

w klasztorze cystersów, gdzie przeor był zdeklarowanym piłsudczykiem. Oczywiście nocleg nie był w budynku klasztoru, tylko w namiotach przy klasztorze. Ponieważ obtarłem nogi, to uzgodniliśmy, że pojadę samochodem do Jędrzejowa i tam będę czekał na uczestników Marszu. Przez to nie byłem świadkiem ich zatrzymania.

 

Zbrożek: Maszerujemy bez większych kłopotów, marząc permanentnie o kąpieli w Jędrzejowie. W najbliższym przydrożnym barze na „siódemce” mamy posiłek. Wreszcie coś gorącego, i przy stole! Cała wiara wyraźnie rozanielona, rozśpiewana i zupełnie pozbawiona czujności. Zaskoczyli nas kompletnie. 

 

Małgorzata Słowik: Weszliśmy do tego zajazdu ze śpiewem na ustach. Zjedliśmy tam obiad. Część ludzi już zjadła i wyszła na zewnątrz, a część była w środku. I nagle ktoś krzyknął, że przyjechała milicja. Rzeczywiście widać było kilka suk i dużo milicjantów. 

 

Mohl:  Na parkingu przy zajeździe pojawiła się esbecja z Krakowa i Kielc w kilku nyskach. Ponieważ na posiłek trzeba było długo czekać, postanowiliśmy z Markiem Bikiem oraz z moim bratem Arturem zaczerpnąć świeżego powietrza. Wokół tego zajazdu był niewielki lasek i kiedy skierowaliśmy się do niego, okazało się, że wśród drzew mniej więcej 50 metrów przed nami znajduje się tyraliera ZOMO. Początkowo wyglądało to jedynie na demonstrację siły. Po kilku minutach zomowcy ruszyli powoli do przodu i ich linia wygięła się w łuk, który „zgarniał” obecnych w lasku i przed zajazdem spychając ich w stronę obiektu. 

 

Zadrzewiony teren wokół zajazdu miał coś w rodzaju podszytu złożonego z krzewów malin czy też ostrężnic i jakiś bliżej nieokreślonych chaszczy, na tyle gęstych, że mogła się pokusić o ukrycie w nim pojedyncza osoba. Zaproponowałem mojemu bratu, aby się położył w tych oczeretach, a my z Markiem zwrócimy na siebie uwagę zomowców. Byliśmy i tak już podpadnięci na maksa, więc jedno zatrzymanie więcej nie robiło nam już różnicy. Niestety mój brat nie dał się ponieść fali mojego zdrowego rozsądku i oświadczył, że równie bohatersko jak my da się złapać. 

 

Cóż było robić wobec tak honorowo, acz mało rozsądnie, postawionej sprawy. Trzeba było ratować, co się da, czyli zamówionego wcześniej przez nas kurczaka z rożna (wtedy był to luksus), więc postanowiliśmy go zjeść zanim ZOMO i SB wygarną nas z zajazdu. Wróciliśmy, czym prędzej do środka (trafiliśmy idealnie) i oddaliśmy się konsumpcji. Do sali restauracyjnej w chwilę potem wkroczyła władza ludowa ze wszystkimi możliwymi w tej sytuacji środkami przymusu bezpośredniego i jej przedstawiciel (chyba esbek z Kielc) ogłosił nam, że bierzemy udział w nielegalny zgromadzeniu i zostaliśmy zatrzymani. Na całe szczęście zdołałem spałaszować kurczaka i na posterunek MO w Jędrzejowie nie pojechałem o suchym pysku i na głodniaka. 

 

Wojciech Słowik: Na zewnątrz widzieliśmy konwój milicji, chyba ze siedem nysek, która jechała drugim pasem. Żartowaliśmy, że pewnie jadą na jakiś mecz. Tymczasem oni skręcili, wjechali na nasz parking. Było ich bardzo dużo – to była wielka akcja jędrzejowskiej milicji. Ponieważ byłem na zewnątrz, to znalazłem się w nysce natychmiast. Potem widziałem, jak z budynku wyprowadzali kolejne osoby. Nie byli agresywni. To byli tacy małomiasteczkowi milicjanci i małomiasteczkowi esbecy. 

 

Zbrożek: Wokół baru robi się niebiesko, do środka wchodzą tajniacy i coś tam obwieszczają o zatrzymaniu. Kilkoro z nas pryska do lasu. Ci, którzy już rozsiedli się do obiadu takich szans nie mają. Pod obrusy trafiają więc dziesiątki egzemplarzy wszelkiej maści bibuły. Jeszcze wtedy nie mieliśmy sztandaru, więc straty, i konieczność podjęcia walki, nam nie groziły.

 

Małgorzata Słowik: Ustawili nas w dwuszereg. Jeżeli dobrze pamiętam, to Wojtek Gęsicki zaczął uciekać i wtedy go spałowali i przywlekli go do nas. Ale było takie zamieszanie, że nie zwróciliśmy na to jakiejś szczególnej uwagi. To nie było na naszych oczach. Dopiero potem się dowiedziałam, że coś takiego miało miejsce. Milicjanci kazali stanąć osobno dziewczętom i chłopakom. A dziewcząt nie było wiele, może osiem. Chłopcy zaczęli się dopytywać, co z nami zrobią i dowódca milicyjny powiedział, że nas zostawią. Wtedy chłopcy przekazali nam mnóstwo swoich rzeczy, które mieli przy sobie (znaczki, bibuła). Najwięcej rzeczy miała chyba przy sobie Anka Fischer. Jak odwieźli chłopaków, to na końcu oczywiście i nas władowali do suki.

 

Zbrożek: Zapraszają do „suk”. Trafia mi się zaszczyt niezmierny bycia zamkniętym razem z dziewczętami, więc duma mnie rozpiera. Nie byliśmy skuci kajdankami. Chyba im zabrakło. Było nas około siedemdziesięciu osób.


Gawlikowski: Najlepszy numer podczas tej akcji w zajeździe, zrobił milicjantom idący z nami jak co roku w Kadrówce Mieczysław Majdzik. Był człowiekiem wówczas dla nas - gówniarzy - sędziwym, bo 55-letnim. Miał doświadczenia walki z sowietami, stalinowskich śledztw, więzień, później długich lat konspiracji. W przeciwieństwie do nas, on im po prostu uciekł. Kiedy milicja otoczyła teren, Mietek udając przerażonego tym najściem, podbiegł do kordonu rozpinając spodnie i płaczliwym tonem powiedział: „Puśćcie panowie, ja muszę... już nie wytrzymam... Wskoczył krzaki spuszczając gacie, na co milicjanci taktownie obrócili głowy. I tyle go widzieli.

 

***

 

Zbrożek:  Przewożą nas na komendę w Jędrzejowie. I tam błyskawicznie ilość aresztantów topnieje. Zamknęli nas fujary, tymczasowo w jakiejś świetlicy na pierwszym piętrze. Okno otwarte, pod oknem daszek nad okapem wejściowym, więc błyskawicznie kilku chłopców było na ulicy. Resztę spisują, nie próbują przesłuchiwać. Są bardzo uprzejmi, wręcz nadskakujący. 

 

Małgorzata Słowik: Gdy przyjechaliśmy na komendę w Jędrzejowie, to chłopcy już byli zamknięci w jakiejś świetlicy. Gdy wysiadaliśmy z milicyjnych nysek, to chłopaki przez okna zaczęli do nas machać i zaśpiewali nam moją ulubioną piosenkę - „Bywaj dziewczę zdrowe”. Milicjanci byli zupełnie zdezorientowani i nie wiedzieli co robić. 

 

Mohl: Na posterunku milicja przystąpiła do próby (nieudolnej zresztą) spisywania naszych zeznań, a że znalazła się tam „śmietanka” różnych opozycyjnych indywiduów z Krakowa, i nie tylko, to te przesłuchania zamieniły się w istną komedię. Milicjanci z Jędrzejowa, w końcu niewielkiego miasta, nie bardzo wiedzieli jak sobie poradzić z 67 takimi typami. 

 

Gawlikowski: Najpierw nas chcieli umieścić w celach. Ale wyszedł taki przerażony gruby milicjant miejscowy i powiedział - „Ale panie kapitanie, my mamy tylko trzy cele!” - „Jakie duże?” - „Po cztery osoby.” A nas było prawie setka. 

 

Małgorzata Słowik: Zabrali stamtąd na dół mnie, Marka Bika i jeszcze ze dwie osoby. Chcieli nas zamknąć w celi, w której klucz był od środka. Gdy nas tam wprowadzili, to Marek zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz. Gdy przyszli po nas, aby nas wyprowadzić, to nie mogli otworzyć drzwi. W rezultacie milicjanci skamleli pod drzwiami celi i prosili nas - „Otwórzcie! Wyjdźcie!”. W końcu Marek otworzył, ale klucz zabrał ze sobą i ten klucz mam do dziś w domu na pamiątkę tej przygody.

 

Wojciech Słowik: To był kabaret. Nasi robili co chcieli a milicjanci byli wyraźnie zastraszeni. 

 

Gawlikowski: Rozwaliliśmy tę komendę prawie w drobny mak. Nasza ekipa zaczęła cuda robić. Na przykład część plądrowała biurka, wyciągała z nich czapki milicyjne i jakieś papiery. 

 

Wojciech Słowik: Umieścili nas w sali konferencyjnej, w której stał wielki stół pokryty zielonym suknem a na ścianie wisiał portret Lenina. Jak myśmy to zobaczyli to zaczęło się jedno wielkie robienie sobie jaj. 

 

Maciej Gawlikowski: To była jedyna sala w komendzie, w jakiej mogli nas pomieścić. Tam była mównica. Ludzie zaczęli natychmiast wychodzić i wygłaszać dla jaj przemówienia. 

 

Małgorzata Słowik: Na tablicy milicyjnej zaczęli układać napis „KPN”. 

 

Gawlikowski: Błyskawicznie zmieniliśmy całą milicyjną gazetkę ścienną – pozamienialiśmy literki, wyszły jakieś kompletne bzdury. 


Then: Jakiś chłopak wyszedł przez okno na dach i pukał z góry przez okno do pokoju esbeków. 

 

Gawlikowski: Sala konferencyjna ulegała zupełnej destrukcji. Ktoś zaczął rozbierać boazerię. Wchodził milicjant, zaczynał coś wrzeszczeć, na co prawie setka ludzi wybuchała głośnym śmiechem. Ludzie tarzali się ze śmiechu, klepali po brzuchu. Milicjant krzyczał - „Zostaw to!”. A wszyscy - „Cha, cha, cha!” Usiłował siłą kogoś powstrzymać, ale nagle stawało przed nim sześć osób i zaczęli udawać, że go nie słyszą. No to on zaczął się rozpychać, na co podnosił się wrzask: - „Co robisz? Nie szarp mnie!” Sytuacja była kompletnie nie do opanowania. Totalne jaja. 

 

Wojciech Słowik: Niektóre osoby otwierały okna i krzyczały coś do ludzi na ulicy (wprawdzie komenda MO w Jędrzejowie nie jest przy głównej drodze, ale jacyś ludzie tamtędy przechodzili). 

 

Gawlikowski: Ci, którzy już wyszli (bo powoli nas wypuszczali pojedynczo) i ci którzy się nie dali zamknąć, chodzili dookoła komendy i opowiadali przechodniom, że milicja pielgrzymkę zamknęła. A akurat przechodziła pielgrzymka przez Jędrzejów. W związku z tymi pogłoskami zmienili trasę i szli koło komendy. Przez megafon krzyczeli - „Pozdrawiamy siostry i braci pielgrzymów z Krakowa!”. 

 

Wojciech Słowik: W świetlicy zaczęliśmy skandować jakieś „okolicznościowe” hasła. Inni znajdowali trofea milicyjne w szafach i przymierzali je. 

 

Gawlikowski: Wreszcie wywalili nas z tej sali konferencyjnej i przenieśli na dziedziniec, licząc na to, że dziedzińca nie zniszczymy. Ale teren był ogrodzony siatką i widać było ulicę. Właśnie pojawiła się pielgrzymka. Machaliśmy do nich z daleka biało-czerwonymi flagami. Podeszli. 

„Skąd jesteście?” 

- „Bracia, my z Krakowa”. 

- „Jaka grupa z Krakowa? Dlaczego idziecie do Częstochowy przez Jędrzejów?”

- „Bo my nie idziemy z pielgrzymką krakowską, tylko trochę nadkładamy drogi.” 

 

Wojciech Słowik: Staliśmy na tym podwórku parę godzin i zrobiło się nudno. Po kolei wzywali nas na przesłuchania, spisywali i wypuszczali. 

 

Małgorzata Słowik: Ci esbecy i milicjanci byli bardzo wybici z roli. Byli zdezorientowani naszym zabawowym podejściem do sprawy. Pamiętam, że w czasie mojego przesłuchania cywil dostał szału, zaczął krzyczeć - „Jak pani mnie traktuje, pani wie kto ja jestem?”. Ja mu na to: - „Jakiś ubeczyna z Jędrzejowa”. Wybiegł z pokoju trzaskając drzwiami. Myślałam, że przesadziłam i za chwilę przyjdzie paru ubeków, żeby mi wlać. Tymczasem przyszedł milicjant i dokończył przesłuchanie, jakby nigdy nic. 

 

Mohl: Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, gdy niektórzy z nas w chwili nieuwagi zabierali przesłuchującym ich funkcjonariuszom długopisy i potem ci nie mieli czym notować.

 

Małgorzata Słowik: Po przesłuchaniach były rewizje. Chcieli nam przeszukać plecaki. Powiedziałam mu - „Pan musi mieć nakaz prokuratora!”. A oni nie byli pewni, czy muszą mieć ten nakaz, więc tylko grzecznie mnie prosili, czy mógłby zajrzeć do plecaka. Popatrzył z daleko i nas puścił. W Krakowie by takie zachowanie nie przeszło. 

 

Wojciech Słowik: Trwało to do późnego popołudnia. Mnie udało się stamtąd uciec i mnie nie przesłuchali. Gdy było nas na podwórku coraz mniej, to oddaliłem się od grupy i stanąłem sam koło węgla, który leżał w jednym kącie podwórka. W końcu jeden z esbeków, którzy nas pilnowali zapytał - „Co ty tu, kurwa, robisz?”. Odpowiedziałem - „Czekam na kolegę”. - „A byłeś już przesłuchiwany?” - „Byłem”. - „To spierdalaj!”. I wyprowadził mnie przed komendę. Dzięki temu „zarobiłem” parędziesiąt tysięcy złotych, bo wszyscy dostali potem (miesiąc albo dwa miesiące później) grzywny od kolegium za udział w Marszu, a ja nie. Moje obie siostry dostały wysokie grzywny na kolegium, ale połowę tej kwoty zapłaciła fundacja prymasowska, a drugie 50% zapłacił nasz sąsiad – śp. płk Lubieniecki. Był to prawdziwy przedwojenny pułkownik, który - jak się dowiedział o całej historii - to oświadczył, że to dla niego będzie zaszczyt, jeżeli będzie mógł zapłacić pozostałą kwotę. 

 

Mohl: Na koniec pobytu w komisariacie oświadczono nam, że staniemy przed kolegium ds. wykroczeń, co rzeczywiści miało swój finał. W październiku 1984 roku, dostałem 10 tys zł grzywny a mój brat 9 tys.

 

Zbrożek: Kilka miesięcy później dostałem wezwanie do Jędrzejowa na kolegium d/s wykroczeń. Miałem odpowiadać za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Na miejscu zastałem grupkę kadrowiczów. Karali wszystkich grzywnami z zamianą na areszt. Gdy przyszła moja kolej odczytałem, żądając dołączenia do akt, manifest dotyczący tego czym mym zdaniem jest PRL. Głównym filarem, mej chwilami agresywnej przemowy, było tzw. kłamstwo katyńskie. I o zgrozo dranie mnie ośmieszyli udzielając jedynie upomnienia słownego. Koledzy mieli niezłą zabawę z mej wściekłości i rozczarowania, że nie zostałem ukrzyżowany na jędrzejowskim rynku. 

 

Artur Then: Dostałem kolegium, tak jak i inni uczestnicy których spisano. Początkowo nie płaciłem tej kary, ale ponieważ potem ubiegałem się o paszport, to postanowiłem te sprawę uregulować. Grzywnę zapłacił za mnie Fundusz Interwencyjny „Solidarności”, który mi pomógł dzięki moim kontaktom ze Zbyszkiem Fijakiem. 

 

***

 

Tukałło: Pierwsza informację o zatrzymaniu uczestników Marszu przyniósł Mietek Majdzik, który jakoś im uciekł, jako stary partyzant. Od razu poszedłem do przeora z tą informacją. I przeor zaczął chyba interweniować. 

 

Mohl:  Uczestnicy Marszu, którzy nie zostali zatrzymani znaleźli azyl w klasztorze Cystersów w Jędrzejowie i dali nam znać gdzie się znajdują. 

 

Zbrożek: Po kilka osób wychodzimy na ulicę z przykazaniem, że za uczestnictwo w nielegalnym zgromadzeniu grozi „to i tamto”. Na ulicy nasz łącznik informuje, że Marsz Szlakiem Kadrówki odbudowuje się w pobliskim klasztorze. 

 

Małgorzata Słowik: Po całym tym incydencie udaliśmy się do klasztoru Cystersów (co roku tam nocowaliśmy). Tam zrobiła się niemiła sytuacja, bo nocowały też pielgrzymki, które szły do Częstochowy. I niektórzy pielgrzymi obawiali się, że ich milicja też aresztuje. Musieli ich mnisi uspokajać przez megafon. W rezultacie niektórzy pielgrzymi traktowali nas jak trędowatych. 

 

Zbrożek: Braciszkowie goszczą nas jak obyczaj przykazał. Biesiadujemy w refektarzu, przeżywamy i dyskutujemy co robić dalej. 

 

Tukałło: Na drugi dzień rano, gdy już wieczorem większość osób wypuścili (z wyjątkiem 7 osób, m.in. Andrzeja Stawiarskiego), zrobiliśmy zebranie na otwartej przestrzeni, aby sie zastanowić, co robić dalej. W czasie tego zebrania Hnatowicz, który był bardzo porywczy i apodyktyczny, zaczął krzyczeć: - "My jesteśmy Kadrówka i zdobędziemy siłą posterunek!". A w krzakach siedzieli esbecy i podsłuchiwali (przeganialiśmy ich nawet kamieniami). Powiedziałem mu wtedy: - "Panie Romanie, kurwa mać! Jeden sierżant tam siedzi i ma broń. Przestraszy się i pociągnie po ludziach i będziemy mieli trupy. Po cholerę nam to?". Przeforsowałem wtedy pomysł, że jak nie wypuszczą do określonej godziny tych siedmiu ludzi, to nie idziemy dalej, tylko robimy rozróbę na cały Jędrzejów - bierzemy krzyż z klasztoru, idziemy na rynek, robimy zadymę i rozniesiemy tę Pipidówkę! Andrzej Marcinek z kimś jeszcze poszedł na komisariat i przedstawił im nasze ultimatum. Niedługo wypuścili tę siódemkę. Chcieli mieć u siebie spokój, wiedzieli że problem sam odejdzie w stronę Kielc.

 

Zbrożek: Czekamy na decyzje komendy marszu. Nasi dowódcy w tym czasie rozmawiają z bezpieką. Nasza grupa negocjacyjna przynosi wieści, że domagają się natychmiastowego rozwiązania marszu. Postanawiamy więc tymczasowo przygotować się na dłuższe oblężenie w klasztorze. Braciszkowie, jak się zdaje, a na pewno reguła im nakazuje, przyjmują nasze pomysły ze stoickim spokojem.

 

Kolejna tura negocjacji. Przeciwnik godzi się na dalsze kontynuowanie marszu, ale nie w zwartej kolumnie. Po kilka osób i w przypadku, gdybyśmy do Kielc wmaszerowywali w zwartej kolumnie, wszyscy zostaną aresztowani. Na dotrzymanie takiej umowy jeden z wojskowych dał oficerski parol. Atoli, przykro mi, pamiętam, że nikt jego słowu nie wierzył. 

 

Małgorzata Słowik: Na drugi dzień, jak wypuścili te osoby, które noc spędziły w areszcie, poszliśmy na rynek w Jędrzejowie.

 

Zbrożek: Tutaj stacjonował Komendant Piłsudski ze swym sztabem przed uderzeniem na Kielce. Pod poświęconą temu tablicą na kamienicy w rynku, odśpiewujemy gromko „Pierwszą Brygadę”. Milicji ani widu ani słychu. Nasze patrole informują jednak o silnym zgrupowaniu ZOMO pod miastem i licznych tajniakach na ulicach Jędrzejowa.

 

Małgorzata Słowik: Odśpiewaliśmy „Pierwszą brygadę”, Pęgiel jako komendant coś tam mówił i poszliśmy do Przypkowskich na spotkanie w muzeum. Potem dowiedzieliśmy się, że krótko potem milicja przyjechała na rynek, ale nas już nie było. 

 

Zbrożek: Gościmy w kamienicy Państwa Przypkowskich. Tej samej, gdzie kawaterował Marszałek ze swymi oficerami. Dotykamy z oczywistym nabożeństwem słynny „Parasol” Rydza Śmigłego (odznaka ukończenia kursu oficerskiego w POW) i podziwiamy zbiory tej wielkiej polskiej rodziny, gromadzącej od pokoleń słoneczne zegary. Dzisiaj muzeum zegarów Rodu Przypkowskich uważane jest za najbogatsze na świecie.

 

Tukałło:  Ludzie w Jędrzejowie zapamiętali tę sytuację. Jak rok później poszedłem do sklepu zrobić zakupy na obiad dla marszu, a w klapie miałem znaczek, to pani w sklepie mi powiedziała: - "Kadrówka nie płaci!". Wtedy w roku 1985 poszliśmy trochę inną trasą, a wszystkich uczestników podzieliliśmy na plutony i spotykaliśmy się wieczorami, a szliśmy osobno.

 

Małgorzata Słowik: Kilka lat później spotkałam osobę z Jędrzejowa, która mi powiedziała, że mieszkańcy tego miasta latami wspominali te sytuację. - „Takiej akcji, to u nas od okupacji niemieckiej nie było!”. 

 

***

 

Zbrożek: W tym czasie powstał sztandar. Zrobiony był przez Zbyszka Romanowskiego, plastyka-amatora, tego samego, który stworzył przejmującą, biało-czerwoną szarfę w kształcie „V” wywieszoną na kościele św. Stanisława Kostki podczas pogrzebu ks. J. Popiełuszki. Skąd na nasz sztandar wziął materiał, dobrą farbę, nici, itp.? Może braciszkowie pomogli? Najważniejsze, że mieliśmy sztandar, który w najgodniejszej i najsilniejszej obstawie wyruszył do stolicy Ziemi Świętokrzyskiej. Gdy ten sztandar zobaczyliśmy już nie było dyskusji: czy i jak wejdziemy do Kielc. Aby się tylko wyrwać z Jędrzejowa. 

 

Mohl: Wokół naszego chwilowego azylu kręciła się bezpieka i wszystko wskazywało na to, iż pod osłoną zapadającej nocy może dojść do drugiej rundy w czasie, której SB spróbuje wyrwać maruderów lub nieostrożnych. Sytuacja wydawała się patowa, ale około 21.00 zarządzono naradę wojenną w czasie której dowództwo Marszu (czyli Wojtek Pęgiel i Witek Tukałło jeśli mnie pamięć nie myli) ustalili, że zrobimy w konia esbecję i kiedy oni będą czekać na nas od frontu do rana, my wymkniemy się od tyłu podzieleni na grupy 4 osobowe wychodzące na trasę odskoku od nieprzyjaciela w odstępie 10 minutowym, a ci którzy nie czuli się na siłach, aby przejść 20 km mieli zaczekać w jakimś miejscu (nie pamiętam gdzie) na transport taborem, który miał po nich wrócić do Jędrzejowa.

 

Zbrożek: Ruszamy po kilkoro, gdzieś polami, zagajnikami, zaułkami z rozkazem zbiórki pod skocznią narciarską „tego i tego, o tej i o tej”. A czas goni, bo przecież idziemy trasą zgodną z kalendarzem marszu tamtych z 1914 roku. Idziemy we dwóch i wraz z towarzyszem, gdzieś na leśnym dukcie, zupełnie jak ostatnie ofermy, włazimy na szarą wołgę ze śpiącymi czterema esbekami. Byliśmy już nieźle umundurowani. Na głowach nosiliśmy bordowe berety z prawidłowymi orzełkami. Zaspanych tajniaków zatkało. Pytają; „A wy to kto?”. Jak zwykle przytomny Wiesiek gromko rzuca: „Wojsko Polskie”. Nawet nie wysiedli z samochodu. 

 

Mohl: Wyszedłem w pierwszej albo drugiej grupie wraz z Markiem Bikiem, Wojtkiem Słowikiem i Michałem Sieradzanem. Od razu narzuciliśmy ostre tempo marszu. Co prawda po wydostaniu się poza miasto musieliśmy od czasu do czasu uciekać na pobocze, kiedy zbliżał się jakiś samochód, ale mimo tych opóźnień, w ciągu 2 godzin i 15 minut dotarliśmy do Brzegów czyli uśrednione tempo marszu wyniosło ponad 8 km/h. Parę minut po północy byliśmy już ogarnięci do snu i położyliśmy się w namiotach, które w czasie naszej nieobecności przy udziale nielicznych przedstawicieli rodzaju męskiego rozbiła piękniejsza część ludzkości.

 

Tukałło: Do Brzegów doszliśmy bardzo późno. 

 

***

 

Mohl:  Obozowisko rozbiliśmy na terenie kościoła

 

w Brzegach, 

 

którego proboszcz udzielił nam schronienia. Na terenie kościelnym mogliśmy się czuć w miarę bezpiecznie. Muszę przyznać, że sukces tego, jak i pewnie innych marszów z tamtych czasów, opierał się nie tylko na wspaniałej postawie jego organizatorów, ale również na wsparciu księży z parafii, na których terenie wiodła nasza wędrówka. To Prandocin, Brzegi, gdzie udzielano nam noclegów, czy klasztor w Jędrzejowie, który był azylem.

 

Mohl: Na drugi dzień, kiedy wstaliśmy, aby wyruszyć w dalszą drogę, zdarzył się nam wypadek. Kiedy myliśmy się przy studni jako ostatnia ekipa (pierwsze grupy już wyruszały, ale było wiadomo, że tacy zawodnicy jak my dogonimy resztę na trasie), przez nieuwagę Michał Sieradzan (Misiek) zrzucił do studni mydło, które położył wcześniej na cembrowinie. Dla całej naszej piątki (Wojtek Słowik, ja, Misiek, Marek Bik i mój brat) stało się jasne, że nie możemy tego tak zostawić, bo ksiądz, który nas ugościł zostanie bez wody, gdyż mydło wcześniej czy później się rozpuści nawet w tak zimnej wodzie, jak w tej głębokiej (ok. 10 metrów) studni. Nie było chwili do stracenia, ponieważ kościół znajdował się w trakcie jakiejś rozbudowy zdjęliśmy linę budowlaną, która się tam znajdowała i po chwili sprawca wypadku, czyli Misiek został tą liną stosownie opasany a następnie opuściliśmy go głową w dół na dno studni. Niestety nie widziałem momentu, kiedy nurkował, bo wyznaczono mnie na balast, na którym zawiązano drugi koniec liny. Z całej naszej ekipy byłem wtedy najcięższy (ok. 86 kg) i koledzy słusznie zauważyli, że dla ważącego wówczas 60 kg Miśka mogę wystąpić jako główne zabezpieczenie. Reszta kolegów również trzymała linę z naszym nurkiem, ale ich zadanie polegało na utrzymaniu liny z daleka od krawędzi studni, aby nie nastąpiło przetarcie. Kiedy Misek znalazł się nad lustrem wody zatrzymaliśmy go na chwilę aby nabrał powietrza i aby uzyskać zapas na linie bo nie wiedzieliśmy, ile go dzieli od dna i na jaka głębokość będzie musiał zanurzyć się w tej lodowatej wodzie (że on wtedy nie dostał hipotermii to tylko cud), aby na dnie znaleźć to nieszczęsne mydło. Pierwsza próba zanurzenia nie powiodła się. Na całe szczęście głębokość nurkowania nie przekraczała 1,2 m. Za drugim razem został osiągnięty sukces i koska mydła była w naszych a właściwie Miśka rękach. Rozpoczęła się najtrudniejsza część operacji, czyli wyciąganie naszej żywej sondy na światło dzienne. Kiedy byliśmy już w połowie naszego zadania przybiegł ksiądz, którego chyba zawołała gospodyni, zaniepokojona naszym zbiegowiskiem przy ich studni i jak zobaczył, co wyprawiamy o mało nie dostał zawału serca, ale kiedy wyciągnęliśmy Miska z tym mydłem i opowiedzieliśmy, co się nam przydarzyło, będąc pod nieodpartym wrażeniem naszej determinacji popędził na plebanię i za chwilę wrócił z butelką koniaku i odpowiednim do takiej okazji szkłem. My z księdzem wypiliśmy po „kusztyczku” a w naszego nurka wlaliśmy cała resztę, bo tak się trząsł z zimna, że nie mógł utrzymać koniakówki w ręce. Po kilkunastu minutach, które spędziliśmy na rozmowie z księdzem wyruszyliśmy w drogę, aby dogonić resztę Marszu. 

 

Wieczorem stanęliśmy na ostatnim postoju w miejscowości Słowik na przedmieściach Kielc gdzie został namalowany transparent, z którym po zakończeniu Marszu Szlakiem Kadrówki zamierzaliśmy udać się na Jasną Górę, aby zameldować się tam w samo święto 15 sierpnia. Transparent, który malowano cała noc, miał treść związaną z naszymi przejściami w Jędrzejowie i brzmiał o ile dobrze pamiętam „Maryjo, niesiemy Ci w darze 67 kolegiów”. 

 

Zbrożek:

 

Wchodzimy do Kielc

 

zwartą kolumną, ze sztandarem na czele, i śpiewem, że aż mury huczą. Wokół aż się roi od tajniaków. Ale idziemy trasą przygotowaną przez nasze patrole. Są zupełnie zmyleni i nie potrafią się na tyle skutecznie i szybko przegrupować, żeby nas rozbić. Wchodzimy do Katedry. No cóż... Niech będzie patos: 

 

Świątynia niemal wypełniona po brzegi. Nawa środkowa pusta. Czeka na nas. Przypominają się sceny z trylogii, czy z „Hubala” (i cóż z tego, że przez kolaboranta wyreżyserowanego). 

 

Po nabożeństwie uściski, rozstania. Z oczywistą obietnicą – do zobaczenia za rok.

 

***

 

Małgorzata Słowik: Po zakończeniu Marszu poszliśmy z pielgrzymką do Częstochowy. W ostatnią noc przed wejściem do Częstochowy spaliśmy w stodole i rano przyjechały nyski milicyjne – chcieli nas aresztować. Ale uciekliśmy przez jakiś cmentarz i chyba nikogo wtedy nie zatrzymali. A w samej Częstochowie doszło u bram Jasnej Góry do przykrego incydentu, gdyż zakonnicy przez megafony ostrzegali wiernych przed nami. Odmówili natomiast podania komunikatu na temat wejścia pielgrzymki, która szłą szlakiem I Kompanii Kadrowej w intencji niepodległości Polski.

 

Zbrożek: Około trzydzieściorga z nas decyduje się ruszać

 

na Jasną Górę.

 

W pociągu do Częstochowy wzbudzamy niezłą sensację. Nie tylko z powodu „partyzanckiego” wyglądu, ale i repertuaru piosenek, całkowicie nasz wygląd potwierdzających. Część z nas podróżuje w sposób poufny. Oni przewożą ogromny transparent i nade wszystko sztandar Kadrówki. Ale przeciwnik nie wykazuje większej aktywności. Do czasu. Chyba nie wierzyli agentom, którzy zapewne nas śledzili, że mamy zamiar wmaszerować na Jasną Górę w takiej intencji. Uwierzyli, gdy było już za późno. Zorganizowali zasadzkę w Alei NMP, tuż przed klasztorem. Byliśmy w kłopocie. Zgrupowaliśmy się w pobliskim kościele. Nasi informatorzy mówili o około 50 esbekach i nieznanej ilości milicjantów, bo przecież wokół było ich multum. Właśnie wchodzenie na Jasną Górę rozpoczęły dziesiątki tysięcy pątników. Także obcokrajowców. Wysłany pośpiesznie patrol uzyskał zgodę księży prowadzących pielgrzymkę, abyśmy włączyli się w ich grupę ...No właśnie skąd? Kto to był? (cóż, działo się to przed ćwierćwieczem). W każdym razie – wspaniali ludzie. Wmaszerowujemy w ich kilkutysięcznej rzeszy. Kilku z nas słyszy groźby doskakujących z chodników esbeków. Odpowiadamy spokojem na ich ujadanie. Już pod figurą MB jesteśmy samodzielną pielgrzymką. Paulini odmawiają nam zgody na wejście do klasztoru. Prawdopodobnie mieli nas za prowokatorów, albo co pewniejsze nie podzielali naszych poglądów. A pewnie było tak, że decyzję podejmował konfident SB, jeden z ówczesnych prominentów zakonu (były przeor klasztoru jasnogórskiego), a w ony czas pełniący funkcję definitora (zastępcy przeora) paulinów. Furda z tym. Stoimy samotnie pod wałami. 

 

Mohl: Wywołaliśmy naszym wejściem znaczne zainteresowanie pielgrzymów. Niestety byliśmy już w niepełnym składzie - Misiek dostał zapalenia ucha, rozchorował się również Wojtek Słowik.

 

Małgorzata Słowik: Lepiej poznałam wtedy Wojtka Gęsickiego. To był strasznie dobry chłopak. I bardzo ideowy i bardzo prostolinijny. Najmniej chojrakował z tej grupy warszawskiej, ale był z nich najodważniejszy. A przy tym miał pecha – jego zawsze gdzieś pobili. Na przykład pamiętam jak opowiadał, że w 1983 roku oberwał w czasie pielgrzymki Papieża, a nikogo z jego grupy wtedy nie ruszyli. Poznałam też innych chłopaków z grupy warszawskiej, na przykład Konrada Zbrożka, który często przyjeżdżał do Krakowa i przywoził bibułę. Innych nazwisk nie pamiętam. Któryś z nich był bardzo blisko związany z księdzem Popiełuszką. Był jakby jego ochroniarzem. Dzięki niemu byłam nieraz na plebanii kościoła Stanisława Kostki i mogłam bliżej poznać ks. Popiełuszkę. Brałam też udział w zadymach warszawskich, albo zatrzymywałam się u nich, gdy jeździliśmy z rodzeństwem do Warszawy na 1 sierpnia. Często też jeździłam do Warszawy przy innych okazjach, np. jako osoba towarzysząca z Zygmuntem Łenykiem - jednym z liderów KPN, prawie niewidomym. Razem z poznaną na tej Kadrówce ekipą jeździliśmy nieraz w góry. Chodzili też na Marsze do końca lat 80. Ja już nie chodziłam, ale oni często u mnie nocowali przed Marszem.

 

Zbrożek: Po wszystkim Pluton Warszawski rozpierzchł się, aby z Częstochowy do stolicy dotrzeć bezpiecznie. Jedni jechali autostopem. Inni pociągami - niemiłosiernie zatłoczonymi, wszak koniec pielgrzymek. Wtedy poczułem jak jestem zmęczony. Już po „cywilnemu”, uprosiłem funkcjonariusza Poczty Polskiej, aby wpuścił mnie do ich ambulansu. „Siądę sobie i do samej Warszawy Pan nawet nie zauważy mojej obecności” - pewnie powiedziałem. Już zasypiając przyglądałem się pracy pocztowców sortujących listy rodaków.

- O ty, patrz; Warszawa – Golędzinów......(był tam wówczas garnizon ZOMO.) 
- A, to przesyłka lotnicza – odpowiedział mu kolega. 

Otworzył okno i list wyfrunął z pędzącego pociągu. Spokojnie zasnąłem. 

 

 

 

 Zdjęcia pochodzą ze zbiorów prywatnych uczestników "kadrówki". Autorzy zdjęć są nieznani.

Zdjęcie z kadrówki w 1984

 Pierwszy z prawej - Wojciech Pęgiel

 

Zdjęcie z kadrówki 1984

Pęgiel z kolegą wrzucają 

Witolda Tukałłę do wody.

 

 

Materiały są dostępne na licencji CC BY 3.0 PL. 

Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści pod warunkiem wskazania autorów praw do tekstu.

 

.