Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

         Mój ojciec był świadkiem samospalenia Badylaka i potem opisał mi dokładnie to wydarzenie. Z Jurkiem Mohlem poszliśmy wtedy na wagary i byliśmy przy studzience zaraz po tym jak zabrano ciała Badylaka. Pozostaliśmy wtedy na Rynku aż do późnych godzin nocnych. Pamiętam, jak ludzie zapalali znicze przy studzience, a później ktoś ułożył z tych zniczy krzyż.

       27 kwietnia 1980 roku zorganizowaliśmy z Jerzym Mohlem na Rynku Głównym w Krakowie, pod studzienką Walentego Badylaka, milczącą uroczystość upamiętnienia ofiar zbrodni katyńskiej. To była niedziela. W samo południe ułożyliśmy ze zniczy krzyż oraz położyliśmy biało–czerwoną szarfę z napisem: „Katyń. Pamięci ofiar 1940–1980”. Wokół nas zgromadzili się ludzie. Cała uroczystość trwała 15–20 minut. Po tym zdarzeniu, gdy szliśmy z Jurkiem ulicą Szewską zatrzymało nas czterech cywilów. Zabrali nas na komendę przy ul. Batorego, tam przesłuchiwali do późnych godzin wieczornych, potem nas puścili.

 

Wyprawy w góry z Jerzym Mohlem

 

       Latem 1980 roku pojechaliśmy z Jurkiem Mohlem i jego młodszym bratem — Arturem na wycieczkę w Gorce. Spaliśmy w spalonym schronisku na Lubaniu lub po prostu pod gołym niebem. Potraktowaliśmy ten wyjazd jako poligon doświadczalny. Czytałem wiele książek o historii AK i z nich czerpałem inspiracje do eksperymentowania z butelkami z benzyną, jako materiałem zapalającym. Sprawdzaliśmy różne zastosowania samozapłonu. Na przykład przekonaliśmy się, że zapalony papieros nie może być wykorzystany jako zapalnik — butelki, do których przyklejaliśmy zapalonego papierosa nie zapalały się po rzuceniu. Natomiast dobrze sprawdzał się kwas siarkowy w połączeniu z szarym mydłem rozpuszczonym w wodzie. Przy spalonym budynku schroniska inscenizowaliśmy „atak”. Te młodzieńcze zabawy przydały się później w czasie zadym.

 

Karnawał Solidarności

 

      Po sierpniu 1980 roku tata Jurka Mohla (uczestnik powojennej młodzieżowej konspiracji, siedział od 1949 roku — miał wtedy 18 lat — do 1956) wstąpił do „Solidarności”, był nawet działaczem Komisji Krajowej. A my z Jurkiem lepiliśmy na murach ulotki „Solidarności”. Nawet dwa razy nas zatrzymano. Wraz z Jurkiem Mohlem, Maćkiem Kusiem (synem Stanisława Kusia — działacza „Solidarności” i KPN), Bereniką Sierotwińską (córką Marii „Muzi” Sierotwińskiej — nauczycielki, działaczki Solidarności i KOWzaP–u) i Bartkiem Litwinem (synem aktora Krzysztofa Litwina) wydawaliśmy przy Zarządzie Regionu Solidarności gazetkę dla młodzieży szkolnej „VIS” (Siła).

       W sierpniu 1981 roku wraz z Jurkiem Mohlem wzięliśmy udział w pierwszym powojennym Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej. W związku z tym 11 listopada 1981 roku odebraliśmy na Wawelu odznakę upamiętniającą udział w Marszu, wzorowaną na legionowej odznace „Za Wierną Służbę”. W uroczystości brał udział mjr Józef Herzog. W latach 1981–1984 Jurek Mohl, Witek Tukałło i ja, mieliśmy tajną bazę w pomieszczeniach przy Kopcu Piłsudskiego na Sowińcu. Mieliśmy tam ukryte różne rzeczy.

      Z kilkoma chłopakami ustawiliśmy na Lackowej (góra w Beskidzie Niskim, zwana „górą milicyjną”, gdyż ma wysokość 997 m. n.p.m.) krzyż upamiętniający ofiary pomordowane przez Sowietów w Katyniu. Jak byliśmy tam w roku 1984, to krzyż jeszcze stał. Później czytałem w jakimś przewodniku, że miejscowy PTTK przypisał sobie postawienia krzyża katyńskiego na Lackowej. No cóż, może go później odnowili, ale krzyż postawiliśmy my.

      W listopadzie 1981 roku (nie pamiętam czy przed, czy po Święcie Niepodległości) zapisaliśmy się z Jurkiem Mohlem do KPN. Moim znajomym był Witold Tukałło, który był z kolei sąsiadem Zygmunta Łenyka i zapisał się już wcześniej. Witek zaprosił nas na zebranie w mieszkaniu Łenyka, i tam zostaliśmy zaprzysiężeni. Do KPN wstąpiliśmy mimo przestróg ojca Jurka Mohla, który był przekonany o współpracy Krzysztofa Gąsiorowskiego z SB.

 

Pierwsze miesiące stanu wojennego

 

      Przyszedłem do Zarządu Regionu w sobotę [12 grudnia 1981 r.], gdy było już ciemno. W drzwiach minąłem się z parunastoma ludźmi w kaskach. Zapytałem kogoś, co się stało. Okazało się, że piętro wyżej, gdzie były jakieś biura, do których prowadziła ta sama klatka schodowa co do Zarządu Regionu, są zamknięte pokoje. Sprzątaczki nie mogły tam wejść, aby posprzątać. Przez dziurkę od klucza podglądnęły, że w środku są ludzie, którzy najwyraźniej chcieli zostać tam na noc. Wezwano ekipę Solidarności z Huty, która ich wyprowadziła.

     O ataku władz dowiedziałem się od Maćka Kusia około drugiej w nocy. Od razu w nocy poszliśmy pod Zarząd Regionu (ode mnie z ul. Felicjanek to były 3 minuty drogi). Podeszliśmy od strony przejścia podziemnego przy DH Jubilat. Gdy zobaczyliśmy zomowców (a oni nas), zaczęliśmy uciekać i ich zgubiliśmy, bo znałem wszystkie bramy przejściowe w okolicy.

      Następnie poszliśmy pod Uniwersytet Jagielloński, ale okazało się, że 12 grudnia 1981 r. studenci zawiesili strajk. Poszliśmy więc dalej ul. Karmelicką do Witka Tukałły. Na ul. Karmelickiej zobaczyliśmy mnóstwo podekscytowanych ubeków. Widać było, że coś się dzieje – oni wcale się z tym nie kryli. Stali na środku ulicy i palili papierosa za papierosem. Kłębiło się tam jak na targu. Wyminęliśmy ich i poszliśmy dalej. Obudziliśmy Witka. Maciek Kuś dostał od niego skarpety, bo miał założone buty na gołe nogi, a przecież był trzaskający mróz.

      Wybraliśmy zajezdnię MPK w Łagiewnikach. Zatrzymaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Łagiewnik. Kierowca taksówki kpił z nas, gdy mu powiedzieliśmy, co się dzieje, chociaż przyznał, że żaden program w radiu nie nadaje. Minęliśmy Zarząd Regionu, który był już otoczony przez samochody milicyjne. Gdy przejechaliśmy most Grunwaldzki, była godzina 6 rano i radio zaczęło nadawać. Usłyszeliśmy przemówienie Jaruzelskiego i taksówkarz, który chojrakował całą drogę i wygrażał komunie, tak się przestraszył, że nie chciał jechać dalej. Z trudem go nakłoniliśmy, żeby dojechał do Łagiewnik.

     W zajezdni byliśmy przed zawiązaniem się Komitetu Strajkowego. Pokręciliśmy się trochę po zakładzie. Gdy byłem przy bramie wjazdowej, do zajezdni przyjechał zielony fiat, wysiadł z niego jakiś oficer wojska, powiedział, że został mianowany komisarzem wojskowym i że strajk jest nielegalny. Zostawił mi także kopertę dla strajkujących. Było tam obwieszczenie o stanie wojennym i dekret przewidujący surowe kary m.in. za strajk. Ten dekret schowałem, bo bałem się, że jak go pokażę strajkującym, to większość od razu się rozejdzie. Resztę papierów zaniosłem Cześkowi Taladze – szefowi Komitetu Strajkowego w Łagiewnikach.

      Nadeszła informacja, że Krzysztof Bzdyl został internowany, co nie było prawdą, bo zjawił się w Łagiewnikach, tylko później, już po naszym odjeździe. Ponieważ przyjechał autobus z zajezdni w Czyżynach, z grupą kapeenowców zabraliśmy się do nich. Wiedzieliśmy, że jest tam silniejsza ekipa z Konfederacji.

      Po drugiej w nocy weszło ZOMO. Zgromadzili nas w jednym miejscu w dużej hali. Byli pod bronią. Nie było bicia. Odniosłem nawet wrażenie, że ZOMO było rozdrażnione i zmęczone nie mniej niż strajkujący. Każdą osobę wołali pojedynczo. Trzeba było iść popychanym lufami w szpalerze zomowców uzbrojonych w broń automatyczną. W pokoju przed komisarzem wojskowym zakładu oraz przed dowódcą ZOMO zmuszali każdego do podpisania oświadczenia, że przystępuje do pracy. Następnie kierowcom kazali od razu wyjeżdżać na trasę. Usiłowaliśmy z Jurkiem uciec schowani pod siedzeniami wyjeżdżających autobusów, ale nie dało się, bo zorientowaliśmy się, że zomowcy sprawdzają autobusy. Legitymację KPN miałem zaszytą w rękawie i na szczęście jej nie znaleźli.

      Mnie zawołali wcześniej niż Jurka. Miałem dowód osobisty, bo byłem już pełnoletni. Spytali mnie: „Co tu robisz?”. Skłamałem, że jestem uczniem szkoły przyzakładowej. Nie sprawdzali. Powiedzieli mi: „Złe miejsce sobie wybrałeś”. Kazali mi jeszcze na coś poczekać, ale po cichu wyszedłem stamtąd.

       Podczas mszy [w kościele Mariackim 17 grudnia 1981 r.], na placu przed kościołem spotkałem przypadkowo Witolda Tosia. Witka znałem z KPN, poznałem go u Łenyka w listopadzie 1981. Od razu się umówiliśmy, że będziemy razem działać. Na razie się rozdzieliliśmy.

       Po mszy świętej lali ludzi wodą. Jeżeli dobrze pamiętam, lali nie tankietką milicyjną, ale wozem strażackim. Był silny mróz. Uciekaliśmy ulicą św. Jana. Żeby uniemożliwić samochodowi z wodą przejazd, w kilku mężczyzn postawiliśmy w poprzek ulicy trabanta.

      Na początku stanu wojennego kilka razy brałem udział w malowaniu ulic. Ostatni raz, pod koniec stycznia 1982, malowaliśmy z Jakubem Tasiorem w okolicach Plant, Straszewskiego i placu Na Groblach. Trzeba to było robić jak najpóźniej, ale przed rozpoczęciem godziny milicyjnej. Przy wykonywaniu napisu „KPN” wyjechał prosto na nas zomowski star. Zdążyliśmy skończyć napis, ale trzeba było zostawić pędzel i wiaderko z farbą i uciekać. Doszedłem wtedy do wniosku, że malowanie nie ma sensu – za duże ryzyko, a na drugi dzień rano wszystkie napisy i tak były już zamalowane. Podzieliłem się tym wnioskiem z Witkiem Tukałłą. Przyznał mi rację. Po pewnym czasie przyniósł pieczątkę z wroną, stylizowaną na nazistowskiego orła. Była ona umocowana na drewnianym klocku. Brałem poduszkę do pieczątek nasączoną tuszem i stemplowałem tymi „wronami” miasto. W bramach nie było wtedy domofonów, więc wchodziłem do środka i robiłem „szlaczki” z „wron” na lamperii, na tablicach ogłoszeń – wszędzie, gdzie tylko się dało. Zrobiłem tych odcisków mnóstwo.

      Na mszy [w kościele Mariackim 13 stycznia 1982 r.] byliśmy całą grupą młodzieży szkolnej. Wraz z Artkiem Mohlem rozpoznaliśmy w tłumie brodatego ubeka. Gdy było podniesienie, Artek szepnął mu do ucha: „Teraz się klęka”. Gdy ten klęknął, w paru zaczęliśmy go obmacywać. Artek wymacał kaburę pistoletu i powiedział półgłosem: „O, dziewiątka! [broń kalibru 9 mm] Pożycz!”. Tak go drażniliśmy, aż uciekł z kościoła.

      Na placu Mariackim przed kościołem spotkałem kolegę – Pawła Maciukiewicza z V LO. Weszliśmy do bramy w kamienicy naprzeciwko kościoła, żeby porozmawiać. Miałem mu też dać jakieś ulotki. Na półpiętrze kamienicy stali esbecy. Gdy nas zobaczyli, któryś krzyknął: „Milicja! Nie ruszać się!”. Rzuciłem się do ucieczki. Przed bramą wskoczył mi na plecy jakiś ubek i z nim na ramionach wpadłem między ludzi stojących przy drzwiach kościoła. Wtedy esbek puścił mnie i zwiał. Paweł, który widział tę sytuację, opowiadał później, że widział, jak esbek w obawie przed tłumem wyciągnął broń z kabury... Pawła zatrzymali i przesłuchali w radiowozie. Powiedział, że znał mnie z konkursu wiedzy o Piłsudskim, i że nie wie, jak mam na nazwisko.

      Później, gdy ludzie opuszczali kościół, SB otoczyło wszystkie trzy wyjścia i chcieli mnie zatrzymać. Wtedy zebrali się moi znajomi, aby mi pomóc. W dużej grupie opuszczaliśmy kościół.

      Witek, który był z nami, dał w pysk jednemu z ubeków z komentarzem: „Ty mi tu nie udawaj cichociemnego!”. Potem dziewczyny, które były z nami (Ewa Tukałło, Małgorzata Słowik i Iwona Warchał – moja koleżanka z I LO), pomogły nam odpędzić tych ubeków.

      [Po mszy w kościele Mariackim 30 stycznia 1981 r. w dzień, który Ronald Reagan, prezydent USA, ogłosił dniem "Solidarności z Solidarnością"] Witek Tukałło, Witek Toś, Artek Mohl i ja usiłowaliśmy poderwać ludzi do skandowania, ale bezskutecznie. Było tylu esbeków przed kościołem, że do niczego nie doszło. Szkoda, bo Witek Tukałło przyniósł nawet amerykańską flagę. Miał ją owiniętą wokół siebie, pod kurtką.

      [Po mszy w kościele Mariackim 14 kwietnia 1982 r.] Artur [Mohl] coś rzucił i zapalił się gazik. O całej sprawie dowiedziałem się dopiero po fakcie. Byłem niezadowolony, bo cała ta akcja wyglądała na prowokację albo na bardzo niemądre działanie (mówiąc oględnie). Tam byli ludzie, którzy nie mieli żadnych szans obrony czy ucieczki! Prowokowanie ZOMO takimi czynami nie miało żadnego sensu! Jeżeli ktoś chciał spalić gazik, to mógł to zrobić, jak nie było wkoło ludzi, a nie wtedy, gdy na Rynku demonstruje kilkaset bezbronnych osób.

      Po 13 kwietnia 1982 długo „przesłuchiwałem” Staszka Papieża [który został oskarżony o to, że w czasie przesłuchania wydał Artura Mohla SB] pod kątem tego, co mógł im powiedzieć, gdy go wtedy złapali. Spotkaliśmy się nad brzegiem Wisły i rozmawialiśmy kilka godzin. Staszek zapewnił, że on nie wysypał Artka oraz oświadczył, że chce dalej pracować dla podziemia. Był bardzo podniecony, bardzo się jąkał, miał problemy z tworzeniem zdań. Powiedział mi, że gazik milicyjny podpalony przez Artura stał na Rynku, koło” Hawełki” i że milicja zrobiła im zdjęcie z Pałacu Krzysztofory, gdy Artur rzucał tę bombę. Mówił, że wskoczył do tramwaju i że z tramwaju go wyciągnęli. Z tego, co mi powiedział (a wydawało mi się, że mówił szczerze), wynikało, że gdy go wtedy przesłuchiwano, to SB nie miała pojęcia o jego działalności w strukturach KPN. Chciałem wiedzieć, co SB może wiedzieć o nas. Czy pytali go o Witka Tosia albo o mnie. Zaprzeczył.

      Papież stanowczo zaprzeczał także, że wydał Mohla. Uwierzyłem mu. Wersja Artka wydawała mi się nieprawdopodobna. Nie miałem też pewności, czy Artur trochę nie fantazjuje. Byłem przekonany do innej wersji, która ułożyła mi się w ciąg logiczny.

      Artur powiedział mi, że został potem wezwany na Mogilską 109. I wtedy esbek pokazywał mu zdjęcie zrobione z góry, na którym było go widać obok tego „trefnego” gazika. Wyglądało na to, że ktoś go rozpoznał. Powiedział też, że w pewnym momencie do tego pokoju weszła dyrektorka naszej szkoły (XIV LO) – Janina Dziubowa. Jak weszła, to zachowywała się tak, jakby ten pokój znała bardzo dobrze. Zdjęła płaszcz, odwróciła się i wiedziała, w którym miejscu jest wieszak. Bardzo potem na nią uważaliśmy w szkole. Może to ona rozpoznała Artura i wskazała go SB?

       W każdym razie był to mój błąd, że Staszka po tym wydarzeniu nie odsunąłem. Z drugiej strony nie było ludzi i trzeba było współpracować z tymi, którzy byli chętni. Nie można było wtedy zrobić castingu na miejsce po Papieżu. Lepiej byłoby współpracować z kimś starszym, dojrzalszym, ale nikogo takiego chętnego do pracy w KPN nie znałem. Do dziś jestem też przekonany, że Staszek wtedy nikogo więcej nie sypnął. Na pewno nie sypnął wtedy ani mnie, ani Witka. Bo gdyby tak zrobił, to by SB nas zatrzymała wtedy, albo by poczekali, jak będziemy coś drukować i złapaliby nas na gorącym uczynku.

      Po 13 kwietnia Łenyk, który wyszedł z internowania, razem z Gutem wydali mi stanowczy zakaz udziału w demonstracjach (z uwagi na mój młody wiek i ze względu na to, że zajmowałem się konspiracyjnym drukiem). Nie posłuchałem ich, bo uważałem, że tłumaczenie się: „My tu robimy ważne rzeczy, więc nie możemy chodzić na demonstracje” jest nieprzekonujące. To kto miał chodzić na demonstracje i kto miał je organizować, jak nie my? Przecież przez pierwsze miesiące 1982 w ogóle nie udawało się zorganizować w Krakowie żadnej demonstracji! W prawie milionowym mieście na msze za Ojczyznę przychodziło kilkuset ludzi, a w demonstracji gotowe było wziąć udział sto, może dwieście, Ktoś musiał ich poprowadzić! Byłem załamany, że to tak wygląda. Dlatego „czyściłem” mieszkanie i na manifestacje jednak chodziłem...

       We mszy [na Wawelu 3 maja 1982 r.] nie brałem udziału, bo byłem na spotkaniu TTKAB, na Olszy przy ul. Brogi 36, zwołanym akurat wtedy, chyba też po to, żebyśmy nie szli na demonstrację. Wracając z zebrania, wysiadłem z tramwaju na ul. Dominikańskiej i natknąłem się na ul. Grodzkiej na tę część demonstrantów, którzy przebili się przez blokadę ZOMO.

       [Na mszy w kościele Mariackim 13 maja 1982 r.] Ludzi było może trochę ponad 10 tysięcy. Jedna czwarta płyty Rynku była zajęta. Nie było transparentów ani przemówień. Tylko skandowanie. ZOMO zaatakowała ze wszystkich stron. Byli bardzo agresywni.

Pamiętam jednak, że uczniowie Technikum Chemicznego dali mi w czasie tej demonstracji kilka ampułek o objętości około 100 mililitrów z jakąś cieczą. Rzucaliśmy tymi ampułkami w stronę ZOMO, co powodowało popłoch u zomowców. W zasadzie jednak nie było żadnych walk, tylko bicie. 

      Zdołałem uciec ulicą Bracką, która nie była zablokowana.

      Niektórzy siedzieli do rana ukryci w bramach. Gazu było tyle, że pozbierałem sobie trochę pojemników, które udało mi się ugasić i schowałem je przy ul. Wiślnej. Rano o 6 poszedłem po nie z siatką. Miałem niezły arsenał.

      Po tych wydarzeniach przeniesiono miesięcznice do Nowej Huty, do „Arki” [decyzję podjęła RKW]. Tam były duże przestrzenie, co dawało szanse obrony. W Rynku Głównym szans nie było.

      13 czerwca 1982 to była niedziela. Po mszy świętej zaraz zaatakowało nas ZOMO.

Pamiętam, że pokazałem chłopakom z Huty, że pojemniki z gazem można szybko nogą przystopować, wziąć do ręki i odrzucić w drugą stronę. Pamiętam, że gdy zrobiłem to po raz pierwszy na oczach ludzi, to dostałem rzęsiste brawa.

      W trakcie tych walk doszło do dziwnej sytuacji. Nagle dużo ludzi zniknęło. Okazało się, że była transmisja jakiegoś meczu z mistrzostw świata w piłce nożnej w Hiszpanii i ludzie poszli oglądać mecz. Po meczu z powrotem zaczęli się pokazywać.

     W Hucie nie czułem się jeszcze pewnie, więc nie byłem w czołówce pochodu, który szedł w stronę Krzyża. Gdy ZOMO zaatakowało na os. Teatralnym, uciekłem na plac targowy, który jest za skrzyżowaniem (patrząc od os. Teatralnego w stronę Arki) po prawej stronie. W tym miejscu mieli też punkt zborny tajniacy. Było ich tam dużo. Ktoś nimi zaczął dowodzić. Mieli jakiś znak na rękach, po którym się rozpoznawali. Pamiętam, że byli mokrzy, widać zlały ich armatki wodne. Paru chłopaków, tak jak ja, zaplątało się w to miejsce przypadkowo i zaraz się stamtąd ulotniliśmy. Walki uliczne to było chodzenie po kruchym lodzie. Musieliśmy uważać na tych w mundurach, ale także na tych, co stali obok nas, bo to mogli być tajniacy.W każdej chwili ktoś z tłumu mógł też oskarżyć nas o prowokację. Mógł to być ktoś działający w dobrej wierze, ale mógł też być esbekiem.

 

 Podziemna poligrafia

 

       Nie byłem członkiem TTKAB [Tajne Tymczasowe Kierownictwo Akcji Bieżącej - podziemna struktura KPN w Krakowie, utworzona 17 grudnia 1981 r.], ale brałem udział w wielu jego posiedzeniach. Spotkania były zwykle co tydzień, w różnych miejscach. Szczegóły dotyczące czasu i miejsca spotkań ustalaliśmy ze spotkania na spotkanie. Kilka razy spotykaliśmy się w mieszkaniu Wojtka Oberca, który mieszkał wówczas na poddaszu.

      Wedle decyzji TTKAB odpowiadałem za drukowanie pisma. Ramka walizkowa od Witka Tukałły to był bardzo solidny wyrób polskiego podziemnego rzemiosła. W trójkę (Toś, Tukałło i ja) w marcu 1982 zaczęliśmy wydawać „Niepodległość”. Był to tygodnik. Miał jedną kartkę. Drukował ten z nas, kto mógł. Najpierw pracowaliśmy u Witka Tukałły w domu, potem u naszej koleżanki ze szkoły – Marysi Ksiennickiej, w jej mieszkaniu przy ul. Spokojnej. Ona wiedziała, do czego potrzebujemy mieszkania na kilka godzin, ale w drukowaniu nie brała udziału. Zabrała mamę do kuchni i w czasie naszej pracy gospodynie nie pokazywały się. My przyszliśmy z Witkiem – każdy osobno. Miałem w plecaku papier, Witek miał w plecaku ramkę, farbę i matryce. Poszliśmy na najwyższe piętro kamienicy, weszliśmy do mieszkania, w ciągu kilku godzin wydrukowaliśmy „Niepodległość”, posprzątaliśmy i poszliśmy sobie. Po tym drukowaniu zabrałem ramkę.

       Grzegorz Szatan był kolegą Stanisława Papieża z liceum Pijarów. Drukowaliśmy u niego tylko raz. Był to prawdopodobnie numer 6 [z 26 kwietnia 1982]. Szatan mieszkał na Kozłówce. Drukowałem ja, Stanisław Papież i Grzesiek Szatan. Tam uczyłem drukować Papieża.

       Potem Papież znalazł lokal przy ul. Findera, u swojego kolegi – Wojtka Aleksandrowicza. W maju 1982 zdawałem maturę, więc musiałem się na chwilę wyłączyć z druku. Kilka numerów „Niepodległości” u Aleksandrowicza wydrukował Papież sam.

        Gdy zabrakło papieru do drukowania, to napadliśmy na punkt Filmotechniki przy ul. św. Krzyża. Papier leżał w kącie. Wystarczyło zabrać. Weszliśmy w kilku. Kierowałem ja i Jakub Tasior, z którym chodziłem do klasy. Poza tym był m.in. Artur Mohl. Każdy z nas dobrał sobie znajomych z klasy. Braliśmy po dwie ryzy i wychodziliśmy ze sklepu. Pracownice były poproszone, aby były cicho. Z Jakubem Tasiorem staliśmy przy ladzie i pilnowaliśmy je. Nie udawaliśmy, że mamy broń. Wszystko trwało bardzo szybko i zakończyło się sukcesem dzięki całkowitemu zaskoczeniu.

      Później okazało się, że SB od kogoś dowiedziała się o tej akcji. Grozili mi, że jak się nie przyznam do druku ulotek KPN-u, to mi wybiją z głowy bohaterstwo i zostanę oskarżony z art. 208 par. 2 kk (zuchwała kradzież). Bardzo się tego obawiałem, bo to by oznaczało, że siedzę za przestępstwo pospolite, a nie za politykę. 

 

Wpadka

 

      Byłem pewien, że lokal [w którym drukowana była wiosna 1982 r. kapeenowska "Niepodległość"] jest bezpieczny. Nie wiedziałem, że ktoś jeszcze korzysta z tej piwnicy poza nami. Gdybym wiedział, to byśmy tam nie drukowali, a na pewno nie zostawialibyśmy tam pieczątki z napisem „Niepodległość”, którą skądś załatwił Witek Tukałło. Ta pieczątka okazała się później podstawowym dowodem w sprawie. Dzięki tej pieczątce wiedzieli, na co trafili. SB zorientowała się, że kto miał tę pieczątkę, ten kończył druk i puszczał bibułę w miasto. Gdyby nie ona, to można byłoby się wyłgać od wszystkiego.

      Spieszyłem się na transmisję meczu Polska – Kamerun na mistrzostwach świata w Hiszpanii. Wyszedłem wcześniej. Zawsze wychodziliśmy osobno. Wziąłem ze sobą ramkę, którą miałem naprawić. Była tam jakaś usterka i drukowanie nam się tego dnia nie udawało. Zostawiliśmy duży bałagan, przede wszystkim mnóstwo zadrukowanych częściowo kartek na podłodze. Ściany też były pomazane farbą. Nie wiem, czemu Papież nie posprzątał piwnicy przed wyjściem stamtąd. Powinien to zrobić. Ale winę za to, że tam został bałagan, biorę na siebie. To był mój błąd. Z drugiej strony mieliśmy pecha. Gdyby ramka działała sprawnie i udałoby się nam wydrukować cały nakład, to byśmy jak zwykle ładnie po sobie posprzątali.

      Papież miał wtedy 17 lat. Zamknęli go. Znał nazwiska: Szatana, moje i Witka. Potem ja zostałem zatrzymany, a kilka dni później – Witek Toś. Młody Aleksandrowicz nie znał mojego nazwiska. Znał mnie po nazwisku Grzegorz Szatan, u którego drukowaliśmy wcześniej i którego wydał Papież.

      Papież powiedział to, co wiedział. Do tego zresztą ja się w końcu przyznałem. Za te ulotki wydrukowane u Szatana zostałem skazany... Nie wiem, jakie metody przesłuchania zastosowano wobec Papieża, jakie argumenty, ale mogli mu powiedzieć np. tak: „My wszystko wiemy. Chcesz brać całą winę na siebie? Wyjdziesz stąd za 7 lat, a oni w tym roku pojadą na wakacje. Tak, chcesz tego? Oni wszystko sypią”. Wsadzili go do celi. Myślał, że będzie miał już spokój. A tu po chwili od nowa na przesłuchanie... I pewnie kazali mu po trzy razy to samo opowiadać. Nie wierzę w to, że SB znała nazwiska moje i Witka, jak podaje Papież. W zamian za to, że sypał, zmienili mu tryb. Jego sprawę wyłączono do osobnego rozpoznania. Nie był sądzony w trybie doraźnym (tak jak my), a w trybie doraźnym najmniejszy wyrok to były 3 lata.

      Przyszli do mnie 24 czerwca 1982 po 6 rano. Rewizja trwała do 13. Rodzice poszli do pracy. Esbeków było kilku. Jeden z nich był tam na jakiejś praktyce. Wcześniej chodził z nami do szkoły (o klasę lub dwie wyżej). Siostra go poznała i powiedziała mu „Masz przewalone!”. Inni esbecy chyba tego nie usłyszeli. Ten młody esbek chodził ze mną i wszystko, co znajdował, to ukrywał. Na przykład jak znalazł pod wanną tę ramkę, którą przyniosłem do domu, żeby ja naprawić, to schował ją z powrotem. Albo jak znalazł bibułę w książce, to przekładał do innej książki, już sprawdzonej. Ale za tym młodym szło dwóch starszych (widać nie ufali sobie i chcieli go sprawdzić) i wszystkie rzeczy, które on ukrył, znaleźli ponownie. Jednym z tych dwóch esbeków był Edward Wróbel.

     Rewizja była bardzo dokładna, przesuwali meble i zaglądali do zamrażalnika w lodówce. Sprawdzili nawet toaletę. Wróbel podwinął rękaw i włożył rękę do kibla aż po łokieć. Pogrzebał starannie w syfonie w muszli, wyjął, otrzepał, i nie myjąc nawet ręki, odwinął rękaw i zapiął. Wtedy pomyślałem, że jeśli mają takich ludzi więcej, to nie mamy z nimi szans!

      Zabrali mnie i siostrę na Mogilską. Ją zwolnili po przesłuchaniu, a ja trafiłem do aresztu. Wiedziałem, i oni wiedzieli, że moja sytuacja jest trudna, bo znaleźli u mnie sprzęt do druku. Odmawiałem składania zeznań. Wiedziałem, że nie mogę nic mówić. Swojej sytuacji nie mogłem już poprawić. Najważniejsze było, żebym nikogo nie wydał.

      Czuć było, że esbecy mają świadomość sukcesu. Wobec mnie byli bardzo mili i uprzejmi. Zero agresji. Mówili mi per „pan”. Traktowali mnie nie jako wroga, ale jako zdobycz. Jak puchar, który zdobyli. Nie ujawniali, że coś wiedzą na mój temat. Dawali mi szansę, żebym sam coś im powiedział. Przesłuchiwali mnie przy otwartych drzwiach. Ciągle przychodził ktoś, żeby mnie zobaczyć. Były takie długie chwile przerwy. Na przykład przez pół godziny byłem z jednym facetem w pokoju i nic się nie działo. On pilnował mnie, chyba po to, żebym przez okno nie wyskoczył. Ja go pytałem na przykład: „Można gdzieś tutaj kupić papierosy?”. On coś odpowiedział. I nic się nie działo. Próbował mnie też przesłuchiwać jakiś ważniejszy sbek (że jest ważniejszy, poznałem po zachowaniu innych esbeków wobec niego), trochę szpakowaty. Ubrany był porządnie, trochę tak w angielskim stylu (miał brązową marynarkę sztruksową z irchowymi łatami na łokciach – mało kto wtedy tak się ubierał). Na początku rozmowy powiedział: „Oczywiście pan odmawia składania zeznań? Widzę, że z panem łatwo nie będzie”. Wyglądało to tak, jakby mu nie zależało, abym szybko zaczął mówić. Nie było w nim żadnej natarczywości. Jak patrzyłem w okno w czasie rozmowy, to pytał: „Co wybiera pan drzewo, na którym chciałby mnie pan powiesić?”. Takie stosowali zabawy. Dawali mi do zrozumienia: „Mamy cię! Skończyła się zabawa!”. Wydawali się pewni, że wszystko ze mnie wyciągną, że jest to tylko kwestia czasu. Ponieważ Staszek Papież zaczął sypać, SB miała wystarczającą wiedzę. Teraz przypuszczam, że SB była pewna, że mnie złamie na Monte. Cały czas pamiętałem, co o metodach UB opowiadał mi Mietek Majdzik na Marszu w 1981 roku. Obawiałem się, że i wobec mnie zastosują podobne metody. Na szczęście do tego nie doszło. W tym sensie trochę SB mi pomogła, nie dociskając mnie na samym początku. Po paru godzinach zacząłem już tęsknić za tym, żeby znaleźć się w celi. Mimo łagodnej formuły przesłuchania, byłem cały czas napięty i czekałem, kiedy zabawa w „dobrego policjanta” się skończy... Potem dowiedziałem się, że tego samego dnia (i to niedaleko od ul. Findera, bo przy moście Dębnickim) SB złapała Stanisława Handzlika. Może dlatego w tym dniu było święto w krakowskiej bezpiece?

      Wieczorem wylądowałem w celi na Mogilskiej. Była pełna, wraz ze mną – cztery osoby. Współwięźniami byli złodzieje. Jeden, pamiętam, był leśnikiem i ukradł jakieś drewno z lasu. Inny wypytywał mnie ciągle, ale mu nic nie mówiłem. Nie było pościeli, tylko brudne koce, które dawali nam na noc. Na noc oddawało się okulary i ubrania na korytarz. Przed wpuszczeniem mnie do celi, zabrali mi pasek i sznurówki do butów. Na Mogilskiej i na Monte siedziałem w cywilnym ubraniu. W celi za ubikację służyła „bomba”, czyli nieosłonięte wiadro. Chyba dopiero na drugi dzień wzięli mnie na pobranie odcisków palców.

      28 czerwca 1982 był mecz Polska – Belgia. W celi nie można było mieć zapałek, i żeby zapalić papierosa, należało „siadać na klapę”, czyli dzwonić po strażnika. Wtedy przychodził profos (tak się mówiło na klawiszy w aresztach milicyjnych) i dawał ognia. Jak był złośliwy, to przychodził dopiero po pół godziny. Myśmy co jakiś czas prosili profosa o ogień, a przy okazji pytaliśmy go o wynik meczu. Niestety, trafiliśmy na złośliwego strażnika, bo cały czas mówił, że jest 1:1. Słyszeliśmy okrzyki z koszar zomowskich, które były w pobliżu i po tych okrzykach, po sposobie wyrażania emocji, zorientowaliśmy się, że nasi strzelili trzy bramki. O 22 była zmiana klawiszy i nowy strażnik podał nam wynik meczu – 3:0 dla Polski.

      Wsadzili mnie do zakratowanej milicyjnej nysy, a po chwili drzwi się otworzyły i do tej samej nyski wsadzono Witka! Wtedy dopiero zorientowałem się, że on siedzi. W samochodzie nie było nikogo więcej. Zaczęliśmy ostrożnie rozmawiać: „Od kiedy siedzisz?”. Ustaliliśmy, że obaj mamy ten sam zarzut. Schyliliśmy się, niby wiążąc sznurowadła, i po cichu ustaliliśmy wersję, że znamy się z Zarządu Regionu i z działalności KOWzaP-u, ale po 13 grudnia nie kontaktowaliśmy się ze sobą.

 

Monte

 

       Na Monte nas rozdzieli. Witka wzięli do celi przejściowej, a mnie od razu do punktu przyjęć, gdzie strażnik wypełniał specjalną obiegówkę, którą później wkładał do mojej teczki. Kątem oka zauważyłem, że na biurku obok leżała teczka z imieniem i nazwiskiem „Stanisław Handzlik”. W ten sposób dowiedziałem się, że Handzlik, którego znałem, siedzi. Wszystkie rzeczy osobiste (portfel, klucze) musiałem oddać do depozytu. W klatce zwanej „tygrysówą” (o podobnej powierzchni jak winda) należało rozebrać się do naga. Do depozytu trafiła też moja bielizna, kazali mi ubrać bieliznę więzienną. Dostałem pościel i inne przedmioty niezbędne w więzieniu.

      Na Monte umieścili mnie najpierw w celi nr 118, która znajdowała się na tzw. getcie.

„Na getcie” była taka izolacja, że nawet partyjna „Gazeta Krakowska” miała powycinane przez więzienną cenzurę artykuły. Gdy później byłem już na III oddziale, sprawdziłem tę samą gazetę, którą widziałem „na getcie”. Byłem ciekaw, czego dotyczył ten wycięty artykuł. Okazało się, że wycięto informację o zatrzymaniu Handzlika. Innym świadectwem izolacji było to, że przed otwarciem jakiejkolwiek kraty wewnątrz tego oddziału, prowadzący więźnia klawisz uderzał kluczem kilka razy o metalowy pręt kraty, informując w ten sposób innych klawiszy o tym, że prowadzi więźnia. To był dla nich sygnał, że należy schować innego prowadzonego więźnia, aby nie dopuścić do kontaktu między nimi. Ta sama procedura obowiązywała przy wyprowadzaniu na spacer i przy powrocie ze spaceru.

      Jeżeli mówi się nieraz, że pobyt w więzieniu to jest jakby drugie życie, to pobyt w „getcie” należałoby określić jako trzecie życie. Była to też swoista nobilitacja więźnia, gdy już trafił na zwykły oddział, bo niewielu na Monte dostępowało tego zaszczytu.

„Getto” oddzielone była od klatki schodowej kratą, następnie ścianą z ocynkowanej blachy (w tej ścianie były drzwi z wizjerem), a metr dalej była znowu krata. Zaraz za nią znajdowały się pomieszczenia nie będące celami. Pierwsze pomieszczenie po prawej to był, jak się potem okazało, pokój przesłuchań, kolejne dwa pomieszczenia to były pokoje, które wyglądały jak dyżurki. Dyżurek w tej części „getta” było kilka. Następnie była krata i wchodziło się na korytarz, przy którym były drzwi do 13 cel po dwóch stronach korytarza: południowej i północnej, siedem z jednej i sześć z drugiej (plus jedna cela przerobiona na łaźnię). W celach od strony północnej siedzieli – jak się później dowiedziałem – skazani z wyrokami śmierci. Było ich tam pełno, bo 13 grudnia 1981, gdy wprowadzono stan wojenny, to Jaruzelski ogłosił moratorium na wykonywanie kary śmierci. Zaczęto ponownie wieszać w 1983 roku, kiedy stan wojenny zawieszono. Z więźniami skazanymi na karę śmierci nie miałem bezpośredniego kontaktu. Raz jednak, gdy lipo mojej celi było odsłonięte, widziałem, jak czterech funkcjonariuszy wynosiło kogoś z celi naprzeciwko w kocu, tak jakby to były zwłoki. Współwięzień mi później opowiedział, że to był jakiś zabójca milicjanta w Gliwicach, który prowadził długą głodówkę, żeby go nie powiesili (nie mogli tego zrobić, póki głodował). Wynoszono go do łaźni, żeby go umyć. W celach od strony południowej siedzieli rozpracowywani (w tym czasie byłem to m.in. ja i – jak się potem okazało – także Witek Toś, Jan Pacula, Marian Stach i Kazimierz Kowalówka z KPN i z „Solidarności” oraz Staszek Handzlik czy Zbigniew Fijak z „Solidarności”). Na końcu korytarza była kolejna krata, a za nią schody, które wiodły na spacernik (więźniowie z „getta” korzystali z odrębnej klatki schodowej, niedostępnej dla „zwykłych” więźniów). Liczyłem zakratowane bramy i drzwi, które dzieliły moją celę od wolności. Naliczyłem ich osiem, łącznie z drzwiami mojej celi. Łaźnia w „getcie” była elegancka. Zbudowana była chyba na początku stanu wojennego. Był w niej tylko prysznic i umywalka. Pachniała świeżością. Do tej łaźni zawsze chodziłem sam. W porównaniu do łaźni, która znajdowała się w podziemiach, łaźnia w „getcie” była naprawdę luksusowa. Ta w podziemiach pamiętała chyba czasy gestapo – drewniane pomosty na betonowej wylewce, półmrok i ze 30 pryszniców pociąganych za sznurki, małe okienko, którym wychodziła para na zewnątrz. Do tej łaźni chodziły całe cele kilkunastoosobowe lub ponaddwudziestoosobowe.

       Cele w „getcie” były trzyosobowe. Było w nich zakratowane okno, wysoko pod sufitem. Strażnik codziennie sprawdzał kratę, uderzając w nią specjalnym młotkiem na długim trzonku. Po dźwięku poznawał, czy nie jest nadpiłowana. Aby dostać się do kraty, strażnik musiał stanąć na taborecie. Mimo że okno było tak wysoko, to i tak było zasłonięte trzema blendami z ocynkowanej blachy i nawet w ciągu dnia, w lipcu, w celi musiała się palić żarówka. Prycze w celi były piętrowe, wmurowane w ścianę. Dolna to „szuflada”, najwyższa – „jaskóła”.

       Plan dnia w „getcie” był następujący.

       Pobudka ok. 6 rano. Budził nas dzwonek na korytarzu. Potem była poranna toaleta (zlew z zimną wodą był w celi). Klawisz otwierał celę, można było zabrać ubranie i ubrać się. Łóżko ścieliło się w tzw. szynę (wywijało się prześcieradło na zakładkę w taki sposób, że z obu stron koca były białe „szyny”). Koc musiał być naciągnięty, dzięki czemu klawisz poznawał, czy ktoś w ciągu dnia nie siedział albo nie leżał na łóżku (nie wolno było tego robić od apelu porannego do apelu wieczornego). Apel wyglądał w ten sposób, że drzwi się otwierały, stawał w nich oficer dyżurny i klawisz. Jeden z więźniów meldował: „Stan celi – dwóch. Obecnych – dwóch”.

      Około ósmej było śniadanie. Dostawało się na cały dzień jeden chleb na dwie osoby. Monte miało własną piekarnię, więc mówiono, że to dobry chleb, ale czasami się trafiało w nim na jakieś śmieci. Nie było noży, więc chleb kroiło się zaostrzonym trzonkiem łyżki. Do tego był zjełczały, żółty smalec albo margaryna. Podobno to były zapasy wojskowe, które po pół roku wojsko wymieniało. Margaryna była tak obrzydliwa, że widziałem, jak z kawałka margaryny więźniowie potrafili sobie wyhodować „mechaniczną żółtaczkę”, aby trafić na oddział szpitalny. Po prostu po kilku dniach „hodowli” więzień zjadał tę margarynę, robił się cały żółty i trafiał do szpitala. Bez badań nie można było stwierdzić, czy to żółtaczka mechaniczna, czy zakaźna (typu B). A w więzieniu panicznie wszyscy się bali tego wirusowego zapalenia wątroby typu B, czyli zakaźnej żółtaczki.

      Do picia dawali kawę zbożową czarną lub herbatę (albo raczej popłuczyny po herbacie, śmierdzące, obrzydliwe).

      Przed obiadem był jeszcze spacer. Spacernik był na dachu. No i do obiadu czekało się na przesłuchanie (a przesłuchania nie odbywały się codziennie). To było wyczekiwanie, nie wiadomo kiedy i o której...

      Obiad był wcześnie – koło 13-14. Micha zupy i jakaś breja. Po obiedzie, zgodnie z powiedzeniem „obiad zjedzony, dzień zaliczony” była już tylko monotonia więzienna. Pod tym względem w więzieniu było podobnie jak w biurze, gdzie po 16 następuje uspokojenie. Co wieczór były komunikaty przez „betoniarę” (czyli przez radiowęzeł), w których podawano jadłospis na następny dzień. Warto było zapamiętać, co jest na obiad, aby wiedzieć, jak to wykwintnie nazwać. Na przykład obrzydliwa breja na talerzu wg jadłospisu nazywała się „risotto z jarzynami”. Na podłe jedzenie nie zwracałem uwagi, bo nie spodziewałem się, że mnie będą w areszcie jakoś specjalnie karmić. Jedzenie na Monte oceniam jako nie najgorsze w porównaniu z tym, co było w więzieniu w Strzelinie, gdzie np. przez tydzień na śniadanie był ser topiony i na kolacje też był ser topiony. Żartowaliśmy wtedy, że pewnie wykoleił się gdzieś wagon z zapasami tych serków. Albo przez dwa tygodnie codziennie karmiono nas czarnym salcesonem, który wyglądał makabrycznie. Wolałem być głodny, niż tknąć coś takiego...

       Po obiedzie nie było żadnych zajęć. Można było słuchać radia przez radiowęzeł (zwykle transmitowano Program 1 Polskiego Radia) albo czytać książki. Książki dostarczał klawisz. Otwierał drzwi, na podłodze leżało 10 tytułów i można było sobie wybrać trzy. Z tym, że ciągle pospieszał: „Szybko, szybko! Pospiesz się!”. Potem nogami przesuwał książki do następnej celi. Jako pierwsze wybrałem „Wesele” Wyspiańskiego, którego akurat nie przeczytałem w szkole. W więzieniu przeczytałem mnóstwo książek, m.in. całego Wańkowicza.

       Kolacja była około 18. Chleb, który dostaliśmy rano, kawałek smalcu, kawa albo herbata.

       Wieczorem wszystkie ubrania układało się w kostkę, którą kładło się na taboret, a taboret wystawiało się na korytarz (tzw. kostka). To samo buty. Po kostce był apel. Około godziny 21 gasili światło przyciskiem, który był na korytarzu. W nocy co godzinę zapalali światło.

       W więzieniu raz w tygodniu dostawało się przydział osobisty – dwa ręczniki, dwie ścierki, dwa prześcieradła, dwa koce, poduszkę, podkoszulek i spodenki. W specjalnym okienku wydawali „stare” rzeczy i dawali „nowe”. „Na getcie” były to zawsze nowe rzeczy, z metką. Na innych oddziałach było inaczej. Najlepszej jakości rzeczy dostawali więźniowie, którzy budzili szacunek, a więc tacy, którzy byli np. bez oka albo „wydziarani” na twarzy, albo „ze stopniem”. Pozostali mogli dostać rzeczywiście nowe rzeczy z metką (jeżeli dali więźniowi wydającemu te rzeczy paczkę papierosów) albo wyprane, ale używane już przez innych więźniów. Ci, którzy wydawali bieliznę, byli czasami złośliwi. Na przykład dostałem kiedyś bieliznę dla kogoś, kto ważył 150 kilo, a ja ważyłem 60. Zrobiliśmy wtedy taki żart z Witkiem Tosiem (gdy już siedzieliśmy razem na III oddziale w celi 259 na Monte), że weszliśmy razem do jednego podkoszulka (ja stanąłem za Witkiem, bo on był wyższy). I jak klawisz liczył więźniów na apelu wieczornym, to mu wyszło, że jednego brakuje. Liczył drugi raz i też mu się nie zgadzało. I dopiero jak wystawiłem głowę z tego podkoszulka, to zorientował się, że to żart. Ponieważ był to oficer dyżurny, a nie oddziałowy, to nie ukarał nas za to, tylko się uśmiechnął.

        Ponadto w więzieniu dostawało się aluminiową łyżkę, aluminiowe „platery”, czyli dwie miski do jedzenia (płaską i głęboką) oraz „kuban” czyli kubek. Potem, trochę z nudów, na platerach i na łyżce grawerowało się długopisem jakieś litery. Ja wygrawerowałem sobie „KPN”. Platery myło się w zimnej wodzie i pucowało dwoma ścierkami, które dostawało się z przydziału co tydzień. Obiady były zwykle bardzo tłuste, więc dobre mycie w więzieniu polegało zwykle na dobrym wycieraniu. Dlatego ważne było przy cotygodniowej wymianie przydziału pilnowanie, żeby dostać ścierki białe, a nie ciemnoziemistoszare. Czasami trzeba się było o to wykłócać przy klawiszach z więźniami, którzy wydawali przydział, bo za swoje niedoświadczenie lub nieuwagę trzeba było w więzieniu zawsze płacić jakąś cenę. Czasami te „nowe” ścierki były tak brudne, że wolałem mieć dwa tygodnie tę samą „starą” ścierkę. Potem za papierosy załatwiłem sobie tak, że miałem podwójną zmianę i mogłem kombinować: np. gdy dali mi „nową” ścierkę mocno już zużytą, to jej nie używałem, tylko miałem drugą czystą, zapasową.

       W celi była „bardacha”, zwana też „jaruzelem” (ubikacja). Był to element kącika parasanitarnego, który otoczony był parawanem z pleksi o wysokości 1,20 metra, przymocowanym do metalowego kątownika.

       W więzieniu prześcieradło ma dodatkowe funkcje. Obdziera się jego skraj, nasącza się tłuszczem (najczęściej tym obrzydliwym smalcem albo margaryną, które dawali do jedzenia), zwija się szczelnie, robi się specjalną konstrukcję z taboretu i pustej puszki i powstaje tzw. knot. W ten sposób w platerze (czyli w aluminiowej misce do jedzenia) gotuje się wodę na czaj – mocny napar herbaty. Jak klawisz był złośliwy to – gdy robili kipisz – za utargane prześcieradło można było dostać raport (kara więzienna polegająca na pozbawieniu korespondencji, widzeń, paczek itp). Dlatego, gdy wydawali pościel w więzieniu, to trzeba było sprawdzić, czy prześcieradło nie jest urwane, bo można było dostać karę za cudze sprawki.

       Czaj można było też zagotować za pomocą żyletek (ale o te było trudniej w więzieniu, bo żyletka to jest także broń i przedmiot służący do samouszkodzeń) albo z blaszek powycinanych z konserw. Układało się trzy zapałki na krzyż, tak aby te blaszki czy żyletki się nie stykały, wiązało się to nicią, do każdej blaszki doprowadzało się przewód. Jeden przewód doprowadzało się do górnego łóżka metalowego (w miejscu, gdzie lakier był odrapany – to było tzw. zero) i to wszystko podłączało się do lampy przy suficie (trzeba było znaleźć odsłonięty przewód). Wtedy powstawała hydroliza. Oczywiście, gotowało się w szklanym naczyniu, bo w metalowym prąd by poraził. Wymagało to nie tylko umiejętności elektrycznych, ale także akrobatycznych, bo słój z wodą trzeba było trzymać wysoko nad ziemią, blisko lampy przy suficie. Gotowanie wody na czaj było zakazane, ale klawisze to tolerowali. Widać było, kiedy ktoś robił czaj, po tym, że żarówki świeciły słabiej. Nieraz w celi aż się robiło ciemno, bo wszyscy „siadali na fazę”. Czaj przygotowywało się przed apelem, gdy jeszcze był prąd w celi. Potem do słoika wsypywało się herbatę, zakręcało i zawijało szczelnie w koc. Powstawała taka smolista, gęsta ciecz. Piło się zwykle wieczorem, po wystawieniu „kostek”, gdy więźniowie zostawali w samej bieliźnie (czyli w spodenkach gimnastycznych i w podkoszulku z pieczątką „ZK”). Znaczenie gotowania czaju było podwójne. Z jednej strony powodował on odurzenie podobne do wypicia kilku mocnych kaw. Człowiek był podekscytowany. Z drugiej strony był to cały rytuał, poczucie uczestniczenia w czymś, co jest formalnie zabronione, nielegalne. Na dodatek mówiło się, że „czaj lubi bajery” – więźniowie po wypiciu czaju długo nie spali, tylko rozmawiali.

      W „getcie” siedziałem najpierw w celi z człowiekiem, który przedstawił mi się jako Tokarski – Wiesiek albo Zbyszek. Dokwaterowali go pierwszego dnia (30 czerwca 1982) wieczorem. 

      Później okazało się, że ten sam Tokarski rozpracowywał także Mariana Stacha, tylko że jemu podał inne nazwisko. Jego zadaniem było wyciąganie od nas informacji, ale przez cały pierwszy tydzień milczałem w celi.

     Moje pierwsze przesłuchanie na Monte miałem dopiero po dwóch lub trzech dniach. Przez ten czas niecierpliwie czekałem na to, co się wydarzy. Żyłem w stresie. Każdy zgrzyt zamka powodował u mnie niepokój, że to może teraz mnie zabierają. Zadawałem sobie pytanie – jak to będzie wyglądać? Różne myśli kłębiły się po głowie. Przesłuchiwał mnie śledczy esbek – ppor. Szczepkowicz, bardzo młody facet.

      Wyszliśmy – ja do celi, on do domu. Nie okazywał żadnych emocji, żadnego zdenerwowania. Byłem zaskoczony. Jak to? A gdzie to wyrywanie paznokci? Gdzie ściskanie jąder szufladą, siedzenie na nodze od krzesła, światło w oczy do rana, stanie na baczność 12 godzin? Nie było nawet groźby tortur. Co to jest? Zastanowiło mnie to do tego stopnia, że uznałem, że w tym musi być jakiś podstęp. Uznałem, że jest za dobrze! Zastanawiałem się, o co tu może chodzić? Pamiętałem wcześniejsze przesłuchanie przez SB na Batorego, gdy jeden zarośnięty esbek z ryjem jak orangutan co chwila wpadał do pokoju i chciał mnie bić, a drugi esbek, o wyglądzie inteligenta, w okularkach, mówił mi, że wszystko w porządku, że on się ze mną dogada i wszystko załatwi. To dziwne zachowanie śledczego wzmogło moją czujność.

      Gdzieś po tygodniu Tokarski powiedział mi, że ma gryps od Witka Tosia. Gryps to mała kartka papieru, powierzchni mniej więcej jednego lub dwóch biletów tramwajowych, zapisana drobnym tekstem, zwinięta w rulon, zawinięta folią przypaloną zapalniczką (aby była szczelna tak, żeby można było gryps ukryć w ustach, a nawet połknąć, bez jego zniszczenia).

      Na wolności prowadziłem archiwum kapeenowskie. Tam gromadziłem np. artykuły do „Niepodległości”, które potem przepisywano na matryce. Na jednym z artykułów Witek Toś dopisał ręcznie „Szczęść Boże drukarzom!” Zwróciłem na to uwagę i zapamiętałem jego charakter pisma. Upominałem nawet Witka, że pisząc ręcznie na tekście do „Niepodległości” złamał zasady konspiracji. Ale mnie akurat to w więzieniu uratowało.

      Dostałem ten gryps od Tosia (był starannie zafoliowany – Tokarski wyjął go z zębów czy z dupy – już nie pamiętam), to przed oczami od razu stanęły mi odręczne życzenia Witka „Szczęść Boże drukarzom!”. I natychmiast poznałem, że to nie jego pismo! Teksty rzekomych grypsów od Witka brzmiały mniej więcej tak: „Powiedz wszystko, bo oni i tak wszystko wiedzą. Najlepiej się przyznać”. Sprawa stała się dla mnie jasna. To nie było pismo Witka, a poza tym nie tak się z nim umówiliśmy w suce, gdy nas wieźli na Monte! Zdrowy rozsądek też mi podpowiadał, że po to mnie izolują w „getcie”, cenzurują nawet partyjne gazety i nie pozwalają zobaczyć twarzy innych więźniów, aby mnie skłonić do tego, bym zaufał komuś nieznajomemu, komuś, kogo zupełnie nie znałem.

Postanowiłem jednak udawać, że wierzę, że grypsy, które dawał mi Tokarski, to grypsy od Tosia. Odpisałem Witkowi, że ja o niczym nie wiem (papier miałem z zeszytu 16-kartkowego, który miałem przy sobie – nie pamiętam, jak go dostałem) i żeby Witek powiedział prawdę, że nic nielegalnego razem nie robiliśmy. Moje odpowiedzi dla Witka foliowałem przy Tokarskim, więc on musiał potem udawać, że nie zna treści moich grypsów.

      Potem treść tych grypsów „od Witka” trochę się zmieniła. Było tam napisane: „Musisz szybko ostrzec strukturę! Podaj szybko namiary na Korczyńskiego!”. Także i te grypsy nie przyniosły SB żadnego rezultatu. W sumie było około 5 wymian grypsów między mną a „Witkiem”. W tym czasie, niemal codziennie zabierano mnie na przesłuchanie.

      Gdy ta gra SB nie przyniosła w stosunku do mnie żadnego rezultatu, to do naszej celi trafił jeszcze jeden więzień, który przedstawił się jako „Włodek”. Był to także konfident. Sądzę, że miał za zadanie mnie rozruszać i zmobilizować do gadania. Mówił, że muszę szybko działać, bo on czegoś się dowiedział i przeze mnie inni wpadną. Nie pamiętam dokładnie, ale to były tego typu gadki. Przyniósł mi też kolejny gryps. Przy tym nowym więźniu Tokarski zgrywał inteligenta, ale był zupełnie niewiarygodny, bo miał całe ręce pocięte od samouszkodzeń. Dla mnie wyglądał na faceta, który już długo siedział, ale miał kościec inteligenta. Może zabił żonę i liczył, że dzięki współpracy z SB wyjdzie wcześniej? A Włodek miał język z knajacką naleciałością i miał typowy wygląd złodzieja. W pierwszy wieczór powiedział coś bardzo głupiego, coś, co od razu wzbudziło moją nieufność. Powiedział mianowicie, że „ma dojście do Bujaka”.

      Czułem się wtedy jak w potrzasku. Ich gra była dla mnie jasna. Podjąłem ją, ale zastanawiałem się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Jak długo jeszcze mam brać udział w tej „zabawie”? Wiedziałem, że oni mają do wykonania zadanie – mają wymusić na mnie informacje, których nie wymusił śledczy. Ale byłem coraz bardziej zmęczony tą sytuacją. Cały czas musiałem kłamać. Kłamałem przed śledczym i kłamałem przed współwięźniami w celi. Psychicznie było to bardzo wyczerpujące.

       Postanowiłem to przerwać. Napisałem list do prokuratora, do którego załączyłem dwa grypsy „od Witka”, które sobie zatrzymałem (przy Włodku i Tokarskim udawałem, że je targam i niszczę). Napisałem do prokuratora, że usiłuje się na mnie w więzieniu wymusić przyznanie do winy za pomocą fałszywych grypsów, a ja jestem niewinny i nie wiem, o co chodzi. List, w odklejonej kopercie (nie wolno było zaklejać listów z aresztu), wystawiłem wieczorem na taborecie przed celą, jako korespondencję.

      Na następny dzień klawisz wywołał Włodka. Po pewnym czasie Włodek wrócił z grypsem, który załączyłem w liście do prokuratora. Zarzucił mi, że jestem konfidentem, bo on chce ratować KPN, a ja współpracuję z prokuraturą. Rzucił się na mnie. Wywróciłem się, trafiłem łukiem brwiowym w kant łóżka i rozbiłem okulary. Zaczął mnie okładać, ale dość fachowo, żeby nie było śladu. Skuliłem się, on mnie podniósł i dalej bił. Uderzał w taki sposób, że traciłem oddech i nie mogłem krzyczeć. Na chwilę straciłem przytomność. Gdy przestał, a ja odzyskałem przytomność, to Tokarski zaczął mi robić zimne okłady na twarz, aby nie było opuchlizny. Potem przyszedł klawisz i kazał się im obu pakować.

       Przez kilka dni, gdy byłem opuchnięty, nie wypuszczali mnie na spacer ani nie brali na przesłuchanie do czasu, aż ślady pobicia zniknęły.

      Potem się okazało, że mój list do prokuratora jednak doszedł, ale bez grypsów. Prokurator przyszedł dopiero po paru dniach [z akt postępowania doraźnego, dotyczących Bika i Tosia, wynika, że było to 11 sierpnia], gdy już zniknęły ślady pobicia. Zrobiłem sobie notatki, przygotowałem się do rozmowy z nim. Gdy klawisz wywołał mnie na przesłuchanie, to szczegółowo mnie zrewidował. Szukał, czy nie mam jeszcze schowanych innych grypsów. Przypuszczam, że nie chcieli, aby metody stosowane przez SB w „getcie”, wydostały się do prokuratury wojskowej. Klawisz znalazł moje notatki i zabrał. Chciałem mu je odebrać i zaczęliśmy się szarpać. W czasie tej szarpaniny zrzuciłem mu czapkę na ziemię. Miał włosy rude jak marchew. To mnie rozśmieszyło i uspokoiło. Zupełnie się rozluźniłem. W końcu trafiłem do prokuratora. Ppłk Chwiałkowski zupełnie mnie zignorował. Powiedział, że nie interesują go nasze wewnątrzwięzienne porachunki. 

W czasie procesu na sali sądowej już nic nie mówiłem o tej sprawie, bo w ogóle odmówiłem składania wyjaśnień. Byłem zmęczony, miałem dość i chciałem, aby to się wszystko jak najszybciej skończyło.

       Po pobiciu skończyły się grypsy, ale usiłowano mnie złamać w inny sposób. Spodziewałem się jeszcze gorszych rzeczy niż pobicie. Byłem trochę otępiały. Miałem świadomość, że skoro strażnik współpracuje z konfidentami, to mogą tu w „getcie” zrobić ze mną, co zechcą. Nie wiedziałem, co się wydarzy po zgaszeniu światła. Czy oni nie wrócą?

      Tego samego dnia do mojej celi wrzucili typa z zajęczą wargą, spłaszczonym nosem i długimi włosami, który wyglądał trochę na podstarzałego hipisa. Przedstawiał się jako Stasiak. Nic się nie odzywał, tylko chodził tam i z powrotem. Siedziałem na taborecie i też się nie odzywałem. I tak przez cały dzień. W końcu on zaczął mówić nerwowo, niby do siebie, ale tak, że słyszałem: „O, widzę, że z tobą jest poważna sprawa! Idź się lepiej przyznaj! Mnie nie interesuje, za co siedzisz, ale lepiej zrobisz, jak wszystko im powiesz!”. Podkręcał też atmosferę i mówił na przykład tak: „Ciekawe, czy kogoś będą dzisiaj huśtać?” [Huśtanie w gwarze więziennej znaczyło egzekucję przez powieszenie]. Powiedział też: „Zaraz otworzą się drzwi. Klawisz mi powie – Do śledczego! Ja pójdę do pokoju przesłuchań. W tym czasie otworzą się drzwi, wpadnie czterech klawiszy i powieszą cię na prześcieradle na kracie. Oni to robią w 15 sekund. Ja wrócę i znajdę trupa. Zrobią śledztwo. Zapytają mnie – Jak się zachowywał? Powiem im – Był załamany. I powiem prawdę, bo ty jesteś załamany. Dlatego mówię ci, idź się lepiej przyznaj! Oni i tak wszystko wiedzą!”. Po jakimś czasie otworzyły się drzwi i klawisz wywołał mojego współtowarzysza: „Na przesłuchanie!”. Zostałem sam w tej klitce. Po chwili otworzyło się lipo. Udawałem, że patrzę w sufit. Czekałem, czy rzeczywiście otworzą się drzwi i oni wpadną, aby mnie powiesić, czy nie. To trwało może trzy minuty, a może pół godziny... Cały czas wmawiałem sobie, że to są ich jarmarczne występy. Jarmarczne występy i nic więcej! To była jedyna metoda obrony.

      Gdy i ten sposób okazał się nieskuteczny, przeniesiono mnie do celi nr 117. Tam siedziałem ze starszym więźniem, który miał fryzurę jak Bobby Charlton, nosił przetłuszczoną zaczeskę, którą cały czas poprawiał, aby zakrywała mu łysinę. Do dziś pamiętam, że miał powyciągany podkoszulek, do tego brązowy garnitur z bistoru, buty „szpicory” na obcasach – przebój stanu wojennego wyrabiany przez szewców spod Kalwarii. Niechluj straszny, dbał wyłącznie o swoją zaczeskę. Używał smalcu ze śniadania do układania tych włosów z przodu. Zdemaskowałem go jako konfidenta bardzo szybko. Dostałem przez „przelotkę” informację od Witka (przelotka polegała na tym, że robiło się rulon z gazety, do środka wkładało się gryps i przeciskało się wokół rury od centralnego ogrzewania do sąsiedniej celi). Witek pisał do mnie: „Nie przyznawaj się!”. Współwięzień zaczął mi zaglądać przez ramię i pytać: „Za co siedzisz?”. Odpowiedziałem: „Za jakąś sprawę z Tosiem. Znałem go, ale przed 13 grudnia. A oni chcą nam wmówić, że teraz popełniliśmy jakieś przestępstwo”.

       Mój współwięzień chodził chwilę po celi, a potem zapytał: „Długo znasz Witka?”. Ponieważ wymienił jego imię, którego ja nie wymieniłem, to miałem sprawę jasną – kolejny! Potem przenieśli mnie do celi nr 121. Tam spotkałem człowieka, który wyglądał jak karykatura Żyda – chudy, mały, czarny z garbatym nosem. Cały czas mówił o swojej kochanej żonie, o swoich kochanych dzieciach i o tym, że go wrobili. Mówił też, że zaraz wyjdzie na wolność, pojedzie na wakacje i że wolność jest piękna. Jednym słowem, chciał mnie przekonać, że kraina szczęśliwości jest na wyciągnięcie ręki – wystarczy tylko się przyznać.

      Mówił, że on tę drogę przyznania się wybrał, a swoją niewinność udowodni na sali sądowej. Opowiadał, że działa w porozumieniu z adwokatem. Dawał do zrozumienia, że jest także z konspiracji, tylko jest tak ważną postacią, że nie może mnie wtajemniczać, bo ja jestem za mały, aby mógł mi to wszystko opowiedzieć. Oprócz tych opowieści cały czas siedział i pisał: do żony, do prokuratora. Jak go zabierali z celi i wracał, to mówił, że był u adwokata, ale musi jeszcze coś napisać i do czegoś się przyznać prokuratorowi. Siadał i dalej pisał. I mówił: „Nie ma sensu tu siedzieć. Na wolności jest wszystko, co piękne! Chcesz? Dam ci papier i pisz. Siadaj, pisz i przyznaj się! Przyznaj się i będziesz miał wszystko z głowy. Nie można tak się męczyć, bo to źle wpływa na psychikę. A oni i tak wszystko wiedzą. Pisz do śledczego! Pisz do śledczego!”. Gdy już się zmęczył tym pisaniem i gadaniem, to się modlił. Miał książeczkę do nabożeństwa i ostentacyjnie się modlił. Byłem już tak zmęczony tym ciągłym nagabywaniem, abym się przyznał, że wyjście do śledczego odczuwałem jako odprężenie i kontakt ze światem zewnętrznym. W celi czułem się kompletnie osaczony.

      Pamiętam, że raz w czasie przesłuchania doszło do dziwnej sytuacji. W pokoju przesłuchań stoliki były ustawione przy jednej i przy drugiej ścianie (wchodziło się środkiem). Mnie posadzono przy stoliku po jednej stronie, a przy stoliku po drugiej stronie równocześnie przesłuchiwano inną osobę. Siedzieliśmy bokiem do siebie, ale kątem oka go widziałem (a on mnie). Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. W trakcie przesłuchania słyszałem strzępy przesłuchania przy drugim stoliku i doszedłem do wniosku, że osobą przesłuchiwaną musi być Załuski. On miał wtedy zakończenie śledztwa. Sądzę, że w ten sposób SB chciała przeprowadzić nieformalną konfrontacje między nami – chcieli wiedzieć, czy się znamy.

       Cały czas odmawiałem składania zeznań, a nawet odmawiałem podpisu pod oświadczeniem,że odmawiam składania zeznań. W końcu zaczęto mi odczytywać zeznania innych, które mnie obciążały... Przesłuchiwał mnie z reguły jeden i ten sam esbek – Szczepkowicz.

      Raz, w sierpniu 1982, usiłowali mnie przesłuchiwać dwaj inni esbecy. Interesowała ich Kadrówka w 1981. Pokazywali mi jakieś zdjęcia z pierwszego Marszu. Trochę sobie z nich jaja robiłem, bo prosiłem ich, żeby mi dali te zdjęcia do celi, to ja się zastanowię, kto na nich jest. Próbowali mnie zwerbować na paszport. Proponowali mi, abym ujawnił to, co wiem, poza protokołem, a w zamian dostanę paszport i zgodę na wyjazd do Stanów albo dokąd będę chciał. Kusili mnie: „Wyjedzie pan za granice i zacznie nowe życie. Nikt nie będzie  wiedział, że pan nam coś ujawnił. Jak pan odmówi, to dostanie pan co najmniej rok, nawet jak się pan dostanie na studia, to pan studiów nie skończy, a w ogóle, życie pana będzie nieciekawe”. Tak mi wywróżyli...

     Potem patrzyłem dość podejrzliwie na tych, którzy wyjeżdżali za granicę prosto z więzienia. Dziś się okazuje, że wielu z nich było potem agentami wśród Polonii...

     Po dwóch miesiącach w getcie skończyła się ta gra i 30 sierpnia 1982 roku przenieśli mnie na trzeci oddział, który znajdował się na trzecim piętrze. Trafiłem do celi nr 259. Po pobycie w „getcie” czułem się tam, jakbym wyszedł na wolność! Jak wszedłem do tej celi, to uderzył mnie niesamowity smród – specyficzny, kwaśny smród papierosów przemieszany z oddechami ludzi. Przepełnienie było takie, że w celi sześcioosobowej siedziało nas dziesięciu – czterech spało na podłodze. Jak się rozłożyło sienniki, to nie można było wstać. Na Monte zdarzało się też, że w celi 9-osobowej było 17 osób. A były też przypadki przepełnienia sięgającego 250%! Wtedy zrozumiałem, że wcześniej, gdy byłem na oddziale II, zostałem potraktowany specjalnie – siedzieliśmy we dwóch w celi trzyosobowej! Zrozumiałem też, że wygrałem z nimi potyczkę – mimo takiego specjalnego traktowania, niczego się ode mnie nie dowiedzieli.

     Poza „gettem”, w „normalnej” części aresztu, skuteczna gra przy użyciu kapusiów była praktycznie niemożliwa – wiadomość o kapusiu rozchodziła się po celach błyskawicznie. Los takiego człowieka w zwykłej celi był nie do pozazdroszczenia. Kilka miesięcy później, gdy przyjechaliśmy do Raciborza (a był z nami w budzie kapuś, nie pamiętam jego nazwiska, powiedzmy, że „Jan Kowalski”), to gdy wyszedł na dziedziniec pierwszy więzień, który tam wysiadał, od razu głośno zawołał: „Jan Kowalski jest kapusiem!”. I wtedy całe więzienie ożyło. Słychać było z cel wołania: „Dawać nam go tutaj!” Całe więzienie już czekało na kapusia Jana Kowalskiego, a Kowalski nie zdążył jeszcze nawet wysiąść z więźniarki! W celi nr 259 na Monte, gdy tam przyszedłem, też było dwóch kapusiów, ale zaraz mnie o tym ostrzeżono.

      Siedziałem w jednej celi razem z Witkiem Tosiem i Marianem Stachem, ale większość więźniów to byli kryminalni. Była duża rotacja i więźniowie kryminalni często się zmieniali. Z kryminalnymi nie mieliśmy specjalnych problemów. Większość to byli jacyś drobni przestępcy, ale zdarzali się także groźni bandyci.

      Na przykład siedziałem ze Staśkiem ze Starego Sącza. Był oskarżony o spalenie 6 osób. Kiedyś grał w szachy z niejakim Jaworskim, który później został ponoć skazany na 15 lat więzienia za gwałt ze szczególnym okrucieństwem na nieletniej. Jaworski był jednym z konfidentów. W czasie gry Jaworski chciał cofnąć ruch. Stasiek tak się zdenerwował, że chwycił go za szyję, aż mu oczy wyszły na wierzch i krzyczał: „Co kurwa, sześć osób zajebałem, to myślisz, że ciebie nie zajebię?”. Przez trzy lata śledztwa i procesu nie chciał się przyznać do popełnienia tej zbrodni, a przyznał się w czasie gry w szachy! Potem Jaworski zeznawał na procesie Staśka i opowiedział tę historię. Stasiek został ponoć skazany w procesie poszlakowym i zmarł w więzieniu.

       W celi na trzecim oddziale rozmawiałem z Witkiem o grypsach. Nie bardzo było można porozmawiać swobodnie, bo mieliśmy w celi konfidentów. Nie stawiałem Witkowi zarzutów, tylko chciałem, aby potwierdził, że wysyłał do mnie grypsy. On to potwierdził. A ponadto twierdził, że otrzymywał także grypsy ode mnie, w których miałem go namawiać do tego, aby się przyznał. Ja mu powiedziałem, że takich grypsów do niego nie wysłałem, ale Witek mi wtedy nie uwierzył. Nie chciał wierzyć także w to, że współwięźniowie, którzy proponowali mu usługi przesyłania grypsów, to byli konfidenci.

      W więzieniu na porządku dziennym były samouszkodzenia. Na dzień dobry zobaczyłem, jak jeden ze współwięźniów wbijał sobie igłę w oko. Nie wiedziałem, o co chodzi, gdy on powiedział do mnie: „Przytrzymaj mi rękę!”. Przytrzymałem mu przy ścianie rękę, w której trzymał igłę, a on nabił sobie na nią oko. Chciał trafić do szpitala okulistycznego na zewnątrz więzienia, w Witkowicach (w szpitalu więziennym nie było oddziału okulistycznego). Takich wypadków w więzieniu było więcej.

      Gdy przenieśli mnie na III oddział, zaczęły się paczki i było łatwiej, gdy idzie o jedzenie. Dostałem paczkę z kurii. Rzeczami z paczki nie dzieliło się z każdym z celi, zwłaszcza później, w więzieniu, gdy siedziałem w celach 20-osobowych.

      W więzieniu jest system męskiej przyjaźni, bez żadnych podtekstów seksualnych. O osobach, które są w ten sposób związane ze sobą, mówi się, że się „funflują”. Na przykład na Monte miałem w celi trzech „funfli”. Jednym z nich był Robert, cinkciarz. Był to młody chłopak, jeden z dwóch charakterystycznych bliźniaków, którzy handlowali walutą na linii A-B. Siedział za to, że zdemolował i podpalił klub „Oczko – 21” na rogu placu Biskupiego i ul. Łobzowskiej, co wiązało się z jakimiś porachunkami w tym środowisku. Drugim był jakiś chłopak złapany na demonstracji 31 sierpnia 1982. Nie był związany z opozycją, ale rzucał kamieniami. Gdy poszedł się za róg wysikać, to go złapali, a ponieważ miał ręce jeszcze brudne od kamieni, to dostał trzy lata [Był to Jacek Jurkiewicz (ur. w 1965), który później znany był pod pseudonimem "Jubiler" i jest legendą krakowskiego środowiska punk]. Trzecim był mój sąsiad z kamienicy, którego zamknęli za kolportaż ulotek, Andrzej Witwinowski.

      Dzięki temu Robertowi poznałem potem lepiej środowisko cinkciarzy...

Byli też w celi ludzie, z którymi nie utrzymywało się stosunków. Na przykład tacy, którzy okradali współwięźniów.

      Przed więzieniem prawie w ogóle nie paliłem, ale w więzieniu konfidenci mieli zawsze dużo papierosów i mnie ciągle częstowali. Pod ich wpływem zacząłem wtedy palić bardzo dużo. Była to też jakaś metoda radzenia sobie z napięciem nerwowym. Po wyroku miałem bardzo dużo papierosów i mogłem częstować innych. Położyłem raz rozpieczętowaną paczkę Klubowych na stole, a po pewnym czasie zauważyłem, że zniknęły. Powiedziałem głośno: „Nie ma moich fajek”. Współwięźniowie chcieli się upewnić: „Na pewno?”. Sprawdziłem za poduszką, gdzie miałem schowany zapas papierosów – nie było. Powiedziałem: „Nie ma!”. Sprawa była poważna, bo papieros w więzieniu jest walutą. A w tym czasie było o nie trudno. Na wolności, na kartki, przysługiwało 12 paczek papierosów miesięcznie. Więc palacze musieli „kombinować”, zwłaszcza w więzieniu. Zapowiedziałem, że nie będę częstował innych papierosami, dopóki się ta paczka nie znajdzie. A w tym czasie w celi nikt inny nie miał papierosów, tylko ja. Do wieczora zapaliłem papierosa tylko ja, Robert i ktoś jeszcze, kogo poczęstowałem, a na noc nikomu papierosa nie dałem i sam też nie zapaliłem. Wszyscy położyli się spać, nastała cisza, ale nikt nie spał. I nagle dało się wyczuć zapach tytoniu i zobaczyć smugi dymu. Nade mną spał Cygan. Słyszałem, jak ktoś się skrada i nagle usłyszałem huk. Ktoś go zrzucił na podłogę i kilku więźniów zaczęło go kopać. Wprawdzie bosymi stopami, ale jednak musiało go porządnie boleć. Podnieśli materac i pod materacem znaleźli tę paczkę. I potem już Cygan nie dostawał papierosów w ogóle.

       Oddziałowym na trójce był człowiek nazwiskiem Żurek, bardzo złośliwy wobec więźniów. Gdy byłem na drugim widzeniu, przez siatkę (bo pierwsze widzenie miałem przez ściankę z pleksi i przez słuchawkę – bezkontaktowe) matka podała mi kilka papierosów przez oczko w siatce. Otóż, Żurek po widzeniu zrobił mi rewizję, zabrał mi te papierosy i powiedział: „Muszę sprawdzić, czy tam nie ma grypsów”. Wziął nóż i poszatkował mi te papierosy tak, jak się kroi cebulę. Potem powiedział mi: „Teraz możesz sobie je zabrać!”. Ja mu odpowiedziałem: „To ty sobie je weź!” i zrzuciłem mu te papierosy na podłogę. Myślałem, że jest po sprawie i poszedłem do celi. Ale wieczorem Żurek wywołał mnie z celi już po apelu. Na korytarzu było jeszcze dwóch funkcjonariuszy. Kazał mi skakać żabkami. Odmówiłem i wtedy kazali mi się rozebrać i wepchnęli mnie do celi dźwiękochłonnej. To jest cela w celi. Nie ma tam łóżka ani krzesła – prostopadłościan, którego podstawa miała wymiary mniej więcej 2 na 3 metry i dwa metry wysokości. Człowiek jest jakby zamknięty w windzie. Ma świadomość, że choćby nie wiem jak krzyczał, to nikt go nie usłyszy. Można siedzieć w kucki, ale jest zimno. Można chodzić, a właściwie miotać się jak w ciasnej klatce. Z boku jest okno, przez które klawisz może cały czas więźnia obserwować. Nie wiem, ile godzin tam byłem. Potraktowałem to jako kolejne więzienne doświadczenie.

      Gdy siedziałem na Monte w celi nr 259, byłem tylko dwukrotnie przesłuchiwany przez śledczego i jeden raz miałem kontakt z prokuratorem – na zakończenie śledztwa i okazanie materiału dowodowego [20 września 1982]. Był to por. Stanisław Wolicki, trzeci już po Gąciarzu i Chwiałkowskim prokurator wojskowy, z którym miałem kontakt [W aktach sądowych Bika i Tosia wymieniony jest jeszcze prokurator wojskowy mjr Ryszard Myczkowski]. Wolicki później został szefem wojskowej prokuratury garnizonowej w Krakowie. 

      Niektórzy złodzieje (to określenie w więzieniu nie jest uważane za pejoratywne) mówili, że pierwsze miesiące stanu wojennego były najwspanialszym okresem w XX wieku, nie licząc wojen. Byli zachwyceni tym, co nastąpiło: najkrótsze dni w roku, wyłączone telefony, godzina milicyjna. Wystarczyło przyjechać do obcego miasta, wypatrzyć sobie wieczorem mieszkanie, w którym nie zapalało się światło, co oznaczało, że nikogo w nim nie ma, i można było się włamywać z niewielkim ryzykiem. Sąsiad nawet jakby coś usłyszał, to niewiele mógł zrobić. Nie mógł zadzwonić po milicję, bo nie było łączności telefonicznej. Nie mógł wyjść z domu na posterunek MO, bo by go zwinęli, zanim zdążyłby coś wytłumaczyć. A złodzieje, czekając na koniec godziny milicyjnej, opróżniali barki w okradanym mieszkaniu. Wiedzieli, że jak wyjdą o szóstej, to nikt ich nie zatrzyma. Jeden ze złodziei z Rzeszowa opowiadał mi w więzieniu, że nie wie, kogo bardziej lubić: nas (czyli opozycję) za to, żeśmy do tego doprowadzili, czy Jaruzelskiego, za to, że wprowadził stan wojenny.

 

Wyrok

 

        W naszej sprawie Staszek występował jako świadek. Wydaje się, że bez jego zeznań nie zostalibyśmy skazani. Witek Tukałło cały czas zaprzeczał wszystkim zarzutom. Podobnie my z Witkiem Tosiem – dopóki nie przedstawiono nam obciążających nas zeznań Papieża. I Papież wyszedł, a my z Witkiem Tosiem zostaliśmy skazani.

       Staszek na rozprawie był całkowicie załamany. Jąkał się, zeznając. Był blady i nie patrzył nam w oczy. Zakłopotanie to za słabe słowo. Nie wiem, jak się czuł, bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji, w jakiej on się znalazł. Mogę się tylko domyślać.

       Papież załamał się, wysypał. Poszliśmy siedzieć. Dziś nie mam do Staszka pretensji. Po chrześcijańsku mu wybaczyłem. Miał wtedy 17 lat. Został poddany wielkiej presji i nie wytrzymał... Zdumiewam się tylko, że po 1989 roku wrócił do świata polityki, po tym wszystkim, co zrobił i jeszcze pisał w swoich ulotkach wyborczych o swojej kombatanckiej przeszłości...

       Kuria zapewniła mi obrońcę. Został nim mec. Kazimierz Ostrowski [Tosia bronił mecenas Stefan Kosiński]. Mówił, że skoro nie udało się nam ominąć trybu doraźnego (tj. przeciągnąć sprawy ponad 3 miesiące od daty aresztowania) to wyroki będą bezwzględne. – „Dostaniecie po trzy lata”.

       Prokurator Wolicki był bardzo gorliwy na sali sądowej i za wszelką cenę chciał się przypodobać sędziemu.

       Ja okazywałem prokuratorowi i sądowi pogardę, żułem gumę i kłóciłem się z prokuratorem. Nie chciałem mówić do sądu, tylko przez całą salę zwracałem się bezpośrednio do niego. Byłem zmęczony i chciałem, aby to wszystko już się skończyło. Na sali sądowej powiedziałem, że póki będę żył, to będę walczył z komuną.

       Na rozprawy przychodziło dużo ludzi. Była wśród nich żona Witka Tosia w widocznej ciąży.

       Ogłoszenie wyroku wyznaczono na 8 października 1982 po południu. Tego samego dnia rano w Warszawie ogłaszano wyrok w sprawie Moczulskiego i innych przywódców KPN. Wyroki w Warszawie były bardzo surowe, a adwokat mówił, że nasz wyrok zależy od wyroku w Warszawie. Dostaliśmy obaj z Witkiem po trzy lata więzienia. Na mniej nie liczyłem. Wyrok przyjąłem z ulgą.

       To nie był wyrok za te kilkaset ulotek, które przy nas znaleźli. Wszyscy sądzeni za ulotki dostawali wyroki w zawieszeniu. To był wyrok za KPN. Za to, że domagaliśmy się niepodległości. SB chciała wszystkim pokazać, że dla takich jak my nie będzie taryfy ulgowej. I nie obchodziło ich to, że jednym z oskarżonych był maturzysta, a żona drugiego z oskarżonych była w ciąży. Chcieli udowodnić swoją bezwzględność w stosunku do KPN. Byliśmy ostatnimi w Krakowie skazanymi w trybie doraźnym na więzienie.

       Z perspektywy czasu jestem zadowolony, że tak się skończyło. Tego, że nie muszę się wstydzić swojego zachowania w śledztwie i w czasie procesu. Jedyne, czego żałuję, to że w śledztwie potwierdziłem w końcu część stawianych mi zarzutów. Należało wszystkiemu zaprzeczać. No, ale nikt nie jest doskonały... Po ogłoszeniu wyroku konwojenci milicyjni, którzy się przysłuchiwali procesowi i nie bardzo chyba mogli zrozumieć, że można było dostać tak surowe wyroki za druk ulotek (oni jedynie nie lubili „kamieniarzy” – oskarżonych o rzucanie kamieniami w czasie walk ulicznych), umożliwili mi nieformalne widzenie. Dostałem wtedy mnóstwo papierosów, bo każdy na ogłoszenie wyroku zabrał dla mnie i dla Witka papierosy. Miałem ich dwie reklamówki, ze 40-50 paczek. W więzieniu było to bogactwo niesłychane!

       Gdy mnie przywieźli na Monte, było już dość późne popołudnie, zrobiło się zamieszanie, ciekawscy klawisze interesowali się tym, jaki wyrok dostałem, a nie tym, co miałem w siatce. Przyszedłem na oddział i nawet mnie nie zrewidowali. W celi nikt nie chciał uwierzyć, że dostałem tak wysoki wyrok. Z tej okazji poczęstowałem wszystkich papierosem.

       A potem zacząłem rządzić tymi papierosami. Po pierwsze, wybrałem sobie najlepsze łóżko (bo spałem na jaskóle, gdzie było duszno, a poza tym, co rano trzeba było skakać). Najlepsze łóżko to była „szuflada” i to tak położone, że można było na nim położyć się w ciągu dnia, bo strażnik go nie widział przez lipo. Na dźwięk klucza trzeba było błyskawicznie się poderwać i zasłonić ciałem pomięte łóżko, które zdradzało naruszenie regulaminu więziennego. Zamiana łóżka kosztowała mnie chyba 5 papierosów. Jak przyszedł mój dyżur sprzątania celi (pastowanie podłogi, szorowanie stolików), to zapytałem: "Kto to zrobi za pięć papierosów?”. Ktoś się zgłosił od razu, ale inny powiedział, że to zrobi za cztery papierosy. A jeszcze ktoś inny powiedział, że za trzy. I licytacja skończyła się na trzech papierosach. Takie były realia więzienne. A potem, jak sam paliłem, to częstowałem też innych. Ale nie wszystkich. Nie częstowałem np. takiego więźnia, który łamał grypserę, tzn. nie przestrzegał zasad obowiązujących w więzieniu. Na przykład korzystał z toalety, gdy ktoś jadł. Raz nawet został za to ciężko pobity. Wyglądał na jakiegoś partyjniaka, który nakradł w magazynie i go wsadzili. Jemu się ciągle wydawało, że mu wszystko wolno. Nawet w kryminale!

      Po wyroku moje miejsce w hierarchii więziennej wyraźnie się polepszyło, nie tylko za sprawą papierosów. W więzieniu jest tak, że jak ktoś dostanie surowy wyrok, to znaczy, że został doceniony przez sąd i to go w jakiś sposób nobilituje wśród więźniów. Przyszedł nawet do mnie jakiś strażnik i dał mi gazety, w których były notatki o skazaniu nas. Także w więzieniu atrakcją jest ktoś, kto jest popularny, ktoś, o kim piszą w gazetach albo pokazują go w telewizji. 14 października 1982 (a więc z pewnym opóźnieniem) w Dzienniku Telewizyjnym także podano informację o tym, że skazano mnie i Witolda Tosia. Ponieważ niecodziennie się zdarza, że mówią o nas w Polskim Radiu i w TVP oraz piszą w gazetach, więc z tej okazji rozpieczętowałem paczkę Dunhilli z Peweksu, którą dostałem od Gośki Słowik. Co trzeci współwięzień, którego częstowałem, mówił, że wolałby dwa sporty zamiast tego Dunhilla...

      Kiedy siedziałem, moją mamę przeszeregowano na najniższe stanowisko w Biurze Studiów i Projektów Budownictwa Wiejskiego, gdzie pracowała, a ojca zwolniono z pracy w Przedsiębiorstwie Rewaloryzacji Zabytków.

 

Publikowane powyżej wspomnienia Marka Bika wykorzystane zostały w książkach Mirosława Lewandowskiego i Macieja Gawlikowskiego poświęconych historii RPCiO i KPN w Krakowie: "Prześladowani, wyszydzani, zapomniani... Niepokonani. ROPCiO i KPN w Krakowie 1977-1981", Kraków, 2009 oraz "Gaz na ullicach. KPN w Krakowie. Stan wojenny 1981-1982", Kraków, 2012

Wortal Instytutu Historycznego NN im. Andrzeja Ostoja Owsianego.

 Materiały są dostępne na licencji CC BY 3.0 PL

Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści pod warunkiem wskazania autorów praw do tekstu.

Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autorów.