Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wspomnienia konfederatów

Obszar drugi

Jan Pacula

 13-16 grudnia 1981

 

Przyszli po mnie do mojej mamy, do której często jeździłem z powodu jej choroby, i chyba myśleli, że ja tam mieszkam. Wystraszyli mamę i zabili jej dużego psa, który pilnował domu. Mnie nie znaleźli.

 

Około północy przyjechała do mnie Halina Swałtek i Jan Skrzypek (kolega z pracy) i powiedzieli mi, że coś się dzieje, bo trwa akcja zatrzymywania przewodniczących kół zakładowych „Solidarności”. Samochodem Janka pojechaliśmy w trójkę do siedziby Zarządu Regionu. Auto zostawiliśmy w bocznej uliczce i podeszliśmy od tyłu pod budynek. Gdy zobaczyliśmy, że tam już jest milicja, wycofaliśmy się. Pojechaliśmy do Tadka Piekarza, Jacka Smagowicza i do Edwarda Kubisiowskiego, aby ich uprzedzić o zatrzymaniach, oraz na Akademię Medyczną, gdzie pracowała Halina Swałtek. Ona tam została. Następnie pojechaliśmy do MPK w Czyżynach, gdzie chciałem się spotkać z Krzyśkiem Bzdylem. Poza tym wiedziałem, że MPK to był jeden z mateczników KPN-u w Krakowie, więc tam spodziewałem się zorganizowanego oporu. Rzeczywiście w tej zajezdni organizowano już strajk. Nie spotkałem jednak Bzdyla, bo ten był w zajezdni w Łagiewnikach. Z kolei Michał Żurek był już internowany. W Czyżynach porozmawiałem więc m.in. ze Stanisławem Dylągiem z KPN – jednym z organizatorów strajku w tej zajezdni. Zdecydowałem, że Janek Skrzypek, który cały czas jeździł ze mną swoim autem, ma wracać do domu (miał w zastępstwie mnie kierować „Solidarnością” w naszym przedsiębiorstwie), a ja dostałem od MPK autobus z kierowcą (był nim Kazimierz Kowalówka), aby zebrać ludzi i pojechać do Huty. Pojechaliśmy najpierw do mnie do domu (powiadomiłem żonę o mojej decyzji i zabrałem jakieś osobiste rzeczy), potem pod Politechnikę, skąd zabraliśmy studentów [to była jedna z nielicznych uczelni krakowskich, która w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 kontynuowała strajk studencki – pozostałe uczelnie krakowskie zakończyły ten strajk wcześniej], a w końcu – na kombinat. 

 

W Hucie trwał strajk. Na jego czele stali: Mietek Gil, Staszek Handzlik, Marian Kania i Janek Ciesielski. Oni też prowadzili rozmowy z komisarzem wojskowym oraz z dyrekcją o zakończeniu strajku przed wejściem ZOMO. Też wszedłem do Komitetu Strajkowego, podobnie jak wszyscy inni przewodniczący komisji zakładowych „Solidarności”, którzy wzięli udział w strajku Huty. W Kombinacie spotkałem też wkrótce Antoniego Piekałkiewicza z KPN, który powiedział, że strajk w zajezdni MPK w Nowej Hucie został rozbity 15 grudnia, ale jemu udało się uciec. Później rozbito też strajki w innych zajezdniach MPK (w Łagiewnikach i – na końcu – w Czyżynach). 

 

Studenci, którzy przyjechali ze mną na strajk, znali mnie ze spotkań KOWzaP-u sprzed 13 grudnia. Dlatego razem współpracowaliśmy na strajku. Wysłałem ich do skarbniczki „Solidarności” w moim zakładzie pracy i podałem im umówione hasło. Przynieśli od niej pieniądze, które przekazałem organizatorom strajku w Kombinacie. Wysłałem ich także po powielacz, który był w moim przedsiębiorstwie. Pracownicy mojego przedsiębiorstwa – wspomniany już Jan Skrzypek oraz Piotr Piekarczyk (obaj członkowie KPN) pomogli im wynieść ten powielacz. Potem wykorzystywaliśmy go przy drukowaniu „Biuletynu Małopolskiego”. Ponieważ w Kombinacie nie byłem gospodarzem, przekazałem tych studentów Jankowi Ciesielskiemu. Oni mieli ze sobą jakieś części radiowe i już w czasie strajku w HiL udało się im nadać pierwszą audycję Radia Solidarność Potem Janek wraz z nimi kontynuował prace nad tym radiem. Od maja 1982 r. były nadawane audycje, które można było odbierać w różnych częściach miasta. Sam słyszałem je dwa razy. W „Biuletynie Małopolskim” od czasu do czasu była informacja, kiedy będzie można usłyszeć audycję. 

 

W nocy, gdy ZOMO przystąpiło do pacyfikacji Huty, wydano hasło do ewakuacji dla komitetu strajkowego. Ściślej rzecz biorąc, Marian Kania powiedział: „Panowie, spierdalać!”. Większość tych, którzy uciekli z Huty, wydostała się z terenu Kombinatu kanałami telekomunikacyjnymi (instalatorzy, którzy obsługiwali te kanały, znali ich układ, na przykład jeden z tych kanałów wychodził na rzeczkę Dłubnia już poza Kombinatem). Tą drogą wydostali się z Huty m.in. Gil, Nowak, Handzlik i Ciesielski. Początkowo miałem iść z nimi. Ale działacz „Solidarności” z Tarnowa (członek Prezydium ZR), który przyjechał do Kombinatu samochodem (był to duży fiat) zaproponował, aby wyjechać z Kombinatu autem w kierunku na Niepołomice. Pojechałem z nim. Był z nami także Stanisław Góral (czwartą osobą w samochodzie był kierowca). Dojechaliśmy pod płot otaczający Kombinat, tam zostawiliśmy auto, przeszliśmy przez ogrodzenie i przez pola doszliśmy na piechotę do linii kolejowej. Wsiadłem do pociągu na stacji Szarów. W ten sposób wróciłem do Krakowa i zacząłem się ukrywać. 

 

W ukryciu

 

Pojechałem do kościoła Kapucynów. Przed 13 grudnia jeden z braci z tego zakonu utrzymywał kontakty z sekcją, którą kierował Tadeusz Piekarz. Zakonnicy udzielili mi schronienia. W klasztorze spotkałem ukrywających się tam już Tadeusza Piekarza oraz Leszka Maleszkę. Z tym, że o ile my z Piekarzem siedzieliśmy cały czas w budynku klasztornym, o tyle Maleszka ciągle wychodził gdzieś w ciągu dnia i wracał na noc. Piekarz zaczął coś podejrzewać. Być może zakonnicy śledzili Maleszkę? W każdym razie wieczorem drugiego dnia, gdy kładliśmy się spać, przyszedł do nas przeor i powiedział, że bardzo mu smutno, ale ma informację, że w nocy będzie wizyta SB i musimy opuścić klasztor. Nie pytaliśmy, skąd ma tę wiedzę, tylko wyprowadziliśmy się. Ja przeniosłem się niedaleko ul. Kapucyńskiej – na ul. Studencką, do mieszkania Tadeusza Świdzińskiego. Nie wiem, gdzie przeprowadził się Tadek Piekarz. Spotkałem się z nim dopiero w grudniu 1982, gdy minęliśmy się na spacerniku Aresztu Śledczego przy ul. Montelupich 7. U Świdzińskich ukrywałem się około dwóch tygodni, aż do wpadki drukarni przy ul. Długiej. Świdziński, a także jego syn, poszli na ul. Kapucyńską i potwierdzili, że było tam w tym czasie dużo patroli milicyjnych, co dowodziłoby, że uciekliśmy w ostatniej chwili... 

 

Ukrywałem się kolejno w kilkunastu różnych mieszkaniach. Pierwszą noc po wpadce przy ul. Długiej spędziłem u koleżanki z liceum. Potem kilka nocy spędziłem u tej slawistki, która była naszą redaktorką. Ona akurat wyjechała na święta Bożego Narodzenia i mieszkanie było wolne. Było to wbrew zasadom konspiracji, ale sytuacja była nadzwyczajna. Potem wyprowadziłem się na os. Widok, gdzie przez ok. trzy miesiące ukrywałem się u czteroosobowej rodziny. Pan domu był matematykiem, jego żona – korektorką w Wydawnictwie Literackim. Moje miejsce noclegowe znała łączniczka, którą była studentka polonistyki (siostra tej kobiety, która przepisywała matryce). Umawiała mnie z poszczególnymi osobami, bo mimo ukrywania się, cały czas organizowałem wydawanie bibuły. Zwykle wyprowadzałem się z mieszkania znienacka i bez pożegnania. Wychodziłem i już nie wracałem. Potem przychodziła tylko moja łączniczka i zabierała moje rzeczy do nowego mieszkania. 

 

Przez cały ten czas rzadko spotykałem się z żoną. Dzielnie znosiła niedogodności związane z moim ukrywaniem się. Była śledzona. Czasami śledzili ją nachalnie, a czasem z daleka. Gdy zostałem aresztowany, wspierała mnie cały czas. Nie pękała – wykłócała się z prokuratorem Drabikiem o widzenia ze mną i o paczki dla mnie. Życzę każdemu, aby w tak trudnym okresie miał tak wspierającą go żonę, jak ja miałem. 

 

Hardek okropnie bał się zamknięcia na małej przestrzeni. Cierpiał na klaustrofobię. Dowiedział się o tym w momencie gdy zaczął się ukrywać. Zwłaszcza pierwszy okres był dla niego trudny, bo był bardzo głęboko zakopany. W tym czasie w ogóle nie wychodził z domu. Jak go spotkałem, to był zupełnie rozbity. Mówiłem mu: „Musisz się ruszyć trochę z domu”. Odpowiadał: „Ale to niebezpieczne”. Tłumaczyłem mu: „Trudno. Inaczej zwariujesz”. Na jego prośbę przez tydzień mieszkałem razem z nim przy ul. Bernardyńskiej. Razem wychodziliśmy na spacery wzdłuż Wisły, choć było to wbrew zasadom. Tak już jest, że po długim ukrywaniu się, człowiek słabiej przestrzega zasad konspiracji. Kiedyś spotkał nas tam razem były pracownik Zarządu Regionu, który był zdumiony naszą brawurą. Widziałem, że jak nas zobaczył, to stanął jak wryty. To uświadomiło mi ryzyko, które podjęliśmy i skłoniło mnie do wyprowadzenia się z mieszkania, w którym ukrywał się Władek. 

 

Prawdą jest, że Władek chodził z pistoletem, i że miał drugi pistolet. Dał mi ten drugi pistolet, ale po tygodniu – gdy znowu się spotkaliśmy – zwróciłem mu broń. Powiedziałem mu, mając na myśli SB: „Chyba oni nam chcą tę broń włożyć w ręce”. Pytałem też Hardka: „Czy to jest bezpieczna i pewna broń?”. Odpowiedział mi: „Mam to z pewnego źródła. To nie jest broń podsunięta przez SB!”. Wiem, że Hardek miał kontakt z kimś z wojska i od niego mógł dostać te pistolety.

 

Ukrywanie się znosiłem bardzo dobrze. Starałem się być aktywny, bo wiedziałem, że to mnie wzmacnia psychicznie.

 

Pierwsze zebranie osób z „Solidarności” i NZS w Krakowie, które poprzedziło powstanie RKW, było kilka dni po wpadce Mieczysława Gila [został aresztowany 13 stycznia 1982 r.] przy ul. Długiej, w mieszkaniu Andrzeja Komornickiego. Było to swego rodzaju „pospolite ruszenie”, które stało się nieformalnym komitetem założycielskim RKW. Obecni byli: Adam Kramarczyk, Tadeusz Świdziński, Jacek Smagowicz, Jan Rokita, Antoni Piekałkiewicz, no i ja. Nie używaliśmy jeszcze nazwy RKW. Na tym zebraniu powiedziałem, że najważniejsza jest informacja, że „Solidarność” nie padła, tylko działa w podziemiu. Oni się ze mną zgodzili i w ten sposób zostałem szefem nieformalnego na razie pionu informacyjnego (później – Sekcji Informacji). 

 

Formalne powstanie RKW nastąpiło w marcu 1982. Inicjatywa wyszła od działaczy z Kombinatu. Pierwsze spotkanie zorganizował Krzysztof Goerlich (który był już w komitecie założycielskim „Solidarności” w Małopolsce w 1980 roku). Prezydium RKW to: Władysław Hardek, Stanisław Handzlik, Jan Ciesielski (wszyscy trzej z Kombinatu) oraz ja (z Krakowa). Dlaczego byłem jedyną osobą spoza HiL? Myślę, że legitymowało mnie wyda­wanie przez pierwsze miesiące 1982 roku „Biuletynu Małopolskiego”. Pełny skład RKW był szerszy, ale nigdy nie spotkaliśmy się w pełnym gronie. Prezydium spotykało się co dwa ty­godnie tak, by każdy numer „Biuletynu” zawierał nowe dokumenty sygnowane przez RKW – były to apele kierowane do społeczeństwa. Dokumenty podpisywali początkowo Hardek i Handzlik [od marca 1982], ale później [od czerwca 1982] uznaliśmy, że lepiej będzie, jeśli będziemy je sygnowali w czwórkę (chodziło o zachowanie ciągłości w razie wpadki jednego z nas). W RKW byłem odpowiedzialny za informację (co obejmowało także druk i kolportaż). Hardek odpowiadał za kontakty z innymi ośrodkami i to on reprezentował nas w TKK [Tymczasowa Komisja Koordynacyjna „Solidarności” powstała 22 kwietnia 1982 r. Ko­ordynowała działalność podziemnej „Solidarności” w skali kraju]. Raz czy dwa razy Władek nie pojechał na posiedzenie TKK i wtedy zastąpił go Jerzy Zdrada. I miałem duże wąt­pliwości, czy przedstawił on stanowisko RKW zgodnie z rzeczywistością. Zdrada był tym człowiekiem, który miał bezpośredni kontakt na Władka. Wedle mojej oceny, nawet trochę nim manipulował. Handzlik z Ciesielskim trzymali się razem i koncentrowali na Kombinacie. W RKW silny był konflikt między nimi a Hardkiem. Władysław Hardek, chociaż miał kontakty z WZZ jeszcze przed Sierpniem i to on zakładał „Solidarność” w Kombinacie, nie był lubiany przez tamtejszych działaczy. To za ich sprawą przegrał wybory na przewodniczącego Zarządu Regionu z Wacławem Sikorą. 

 

Początkowo posługiwaliśmy się, jako pseudonimami, tytułami naukowymi. Hardek był „profesor”, Handzlik i Ciesielski – to „docenci”, a ja byłem „doktor”. Potem stosowaliśmy kody liczbowe. Ja używałem kodu „4 500”. 

 

Pisemne informacje przychodziły zwykle od kolporterów albo od kolejarzy. Były one weryfikowane przez ludzi związanych z redakcją. Następnie trzeba było je zredagować. Zajmowała się tym znajoma slawistka, którą poznałem kiedyś na zebraniu „Solidarności” [Prawdopodobnie chodzi o Danutę Abrahamowicz] i jej koleżanka, która była też zatrudniona w Wydawnictwie Literackim. W pewnym okresie redakcją zajmował się też Jerzy Zdrada i nieznana mi z nazwiska osoba [Prawdopodobnie chodzi o Romana Laskowskiego]. Zredagowane teksty były przepisy­wane na matryce. Zajmowała się tym dziewczyna po polonistyce, również zatrudniona w Wydawnictwie Literackim. Najpierw drukowaliśmy ulotki, a od stycznia 1982 zaczęliśmy wydawać „Biuletyn Małopolski” (był to dwutygodnik). Ponieważ nadchodziło dużo infor­macji, od lutego 1982 wznowiliśmy jeszcze „Aktualności”, które ukazywały się dwa razy w tygodniu. „Aktualności” miały osobną redakcję [Oficjalnym organem RKW był jeszcze „Serwis Informacyjny”]. Byli to głównie ludzie zatrudnieni w PAN, m.in. Jurek Petlicki. 

 

Nie byłem członkiem żadnej z redakcji tych pism ani nie ingerowałem w ich treść. Miałem jednak wgląd we wszystkie materiały, które miały być opublikowane. Czasami sam też pisałem w „Biuletynie” pod pseudonimem „Szreniawa” [Cykl trzech artykułów pt. „Mechanizmy propagandy” podpisanych przez „Szreniawę” opublikowano w „Biuletynie Małopolskim” nr 5, 8 i 9 z 1982 r.]. 

 

Początkowo oba pisma były drukowane przez tych samych ludzi i kolportowane tymi samymi kanałami. Rozdział nastąpił latem 1982.

 

Drukiem zajmowali się studenci. Drukarnia była początkowo na os. Krowodrza. Mie­liśmy dwa powielacze białkowe. Jeden należał do studentów, a drugi to był ten wyniesiony z mojego zakładu pracy w grudniu 1981. Zasada była taka, że nigdy nie było dwóch powie­laczy w jednym lokalu (aby w razie wpadki nie stracić obu). Stosunkowo często też starali­śmy się zmieniać miejsce druku. Przez pewien czas drukarnia znajdowała się w pawilonie w parku Jordana. Nakład Biuletynu wynosił co najmniej 2 tysiące egzemplarzy. 

 

Największe kłopoty mieliśmy ze zdobyciem papieru. Po wydrukowaniu trzeba było zszyć kartki, podzielić na paczki i przekazać do kolportażu. Były to jedne z pierwszych pism podziemnych, które zaczęły ukazywać się w Krakowie po wprowadzeniu stanu wojennego. W obu pismach trafiały się informacje o KPN-ie, natomiast nie było dokumentów KPN-u, bo ogół redakcji nie godził się na to. 

 

Już w styczniu 1982 [25 stycznia] w mieszkaniu Andrzeja Komornickiego przy ul. Długiej, gdzie była wtedy drukarnia „Biuletynu Małopolskiego” pojawiła się bezpieka. Gospodarza akurat nie było w Krakowie, klucze do mieszkania miał Jerzy Marian Simon, ps. „Wiktor”. 

 

Pierwszy numer „Biuletynu” zszywaliśmy we czwór­kę: Tadeusz Świdziński, Jerzy Simon, Ola Gumuła i ja. Nie było tam żony Świdzińskiego. Z tej czwórki dwie nie paliły (ja i Świdziński). Zszywaliśmy ten numer kilka godzin – gdy­by mieli wtedy o nas wiedzę, to chyba zwinęliby nas od razu. Wersja z dymem papierosów byłaby bardziej prawdopodobna, gdyby odnosiła się do naszego wcześniejszego spotkania w tym mieszkaniu 20 stycznia 1982 [Chodzi o wspomniane wyżej spotkanie, uważane – błędnie – za początek RKW]. W tym dniu było więcej ludzi, wśród nich sporo palaczy.

 

Zrobili tam kocioł, w który wpadł najpierw Świdziński a potem Kubisiowski. Duża część nakładu pierwszego numeru „Biuletynu” wpadła w ręce bezpieki. Ten numer rozpoczynał się słynnym później wierszem Tomasza Jastruna o pacyfikacji KWK „Wujek” – „Idą pancry na Wujek...”. Bibułę z mieszkania przy ul. Długiej miały odbierać kolejno cztery osoby. Pierwszy na Długą poszedł jednak Świdziński (ok. godz. 16), który miał wydawać „przydział”. Po wydaniu bibuły pierwszej osobie miał „okienko” i wtedy miał wrócić do domu. Ponieważ nie wrócił, więc odradzałem Adamowi Kramarczykowi (który przyszedł w międzycza­sie do mieszkania Świdzińskiego i miał być drugim odbierającym bibułę), aby szedł na Długą. Było to wbrew zasadom. Nie mogłem mu tego jednak formalnie zakazać. Powie­działem mu na koniec: „Decyzja należy do ciebie”. Obiecał: „Jak będzie coś nie tak, to nie będę wchodził do tego mieszkania”. Jednak wszedł i jego też zatrzymano. Wraz z nim poszedł syn Świdzińskiej – czekał na Kramarczyka na ulicy. Gdy ten nie wrócił, mieliśmy już pewność, że tam jest kocioł. Na szczęście bezpieka nie poszła od razu do mieszkania Świdzińskiego, więc miałem czas na szybką wyprowadzkę. 

 

Kolejnymi, którzy mieli odbierać „Biuletyn”, byli Edward Kubisiowski oraz Jacek Smagowicz. Jednak Smagowicz nie przyszedł, tylko wysłał zastępcę – Jakubowskiego. Ku­bisiowski i Jakubowski wpadli w kocioł bezpieki. 

 

Wśród naszych współpracowników wyróżniał się Zbigniew Fijak [W tym czasie młody pracownik naukowy w Katedrze Etnografii Słowian UJ]. Zrobił na mnie dobre wrażenie. Zorganizował kolportaż pierwszej odezwy, którą wydrukowaliśmy prób­nie. Rozdzielił nakład między kilka osób, a potem sprawdziliśmy „na dole” piramidy, którą tworzyła sieć kolportażu, że ulotka rzeczywiście dotarła do adresatów. Postano­wiłem z nim współpracować. Bodaj od trzeciego numeru „Biuletynu” to on i jego ludzie zajmowali się drukowaniem. Od maja lub czerwca 1982 już w ogóle nie zajmowałem się drukiem – ta część roboty była w całości na głowie Fijaka. Także redakcje obu pism działały już w tym czasie bardzo samodzielnie. Natomiast w sieci kolportażu ważną rolę odgrywał Jerzy Petlicki. 

 

Moje pierwsze spotkanie z Jackiem Mar­chewczykiem, które ostatecznie doprowadziło do „domknięcia RKW”, miało miejsce za po­średnictwem Krystyny Ryczaj. Bociana przy tym nie było.

 

W 1982 roku (do czasu mojego zatrzymania przez SB) miałem rzeczywiście kontakt z Ryszardem Bocianem. Zwykle był to kontakt przez łączniczkę (pracowniczkę naukową PAN – Aleksandrę Gumułę), a nie osobisty. W styczniu 1982 roku Bocian pomagał mi w podziemnej pracy wydawniczej, co było ważne w tym trudnym początkowym okresie. Pożyczył mi nawet swoją włoską maszynę do pisania, która później wpadła w ręce bezpieki, co dla niego i dla KPN było poważną stratą. Bocian był zwolennikiem ścisłej współpracy KPN z „Solidarnością”, ale w „Solidarności” była duża nieufność wobec Konfederacji. 

 

Aby przełamać tę nieufność, Bocian zorganizował przy ul. Wrzesińskiej spotkanie ok. 10 osób z podziemnej „Solidarności” oraz z KPN. Byłem ja, Adam Kramarczyk, ktoś z MPK (członek KPN) i jeszcze kilka osób. Jednak do jakiejś bliższej współpracy naszych organiza­cji nie doszło z uwagi na skład RKW. 

 

Niezrozumienie idei KPN wśród działaczy związkowych było powszechne. Sta­szek Handzlik miał do mnie pretensje, że angażowałem się w działalność Konfederacji. Po moim wyjściu z więzienia powiedział mi: „Jak mogłeś narażać Solidarność, działając w KPN!”. Skrót KPN powodował u niego silniejsze negatywne emocje niż skrót SB! Ten jego stosunek do KPN określiłbym jako strach. Dziś oceniam, że on wtedy był działaczem związ­kowym bez zapędów wolnościowych czy niepodległościowych. Redaktorka jednego z wyda­wanych przez nas pism, u której się ukrywałem, gdy przypadkowo zobaczyła na biurku, które mi udostępniła, dokumenty kapeenowskie, tak bardzo się wystraszyła, że musiałem się z tego mieszkania wynieść. KPN była dla wielu ludzi „Solidarności” za radykalna. Po­stulat niepodległości powszechnie uważano za nierealny. 

 

RKW miała środki finansowe. Dla ukrywających się działaczy RKW były diety. Były też środki na działalność podziemną. Na przykład za 1250 dolarów kupiliśmy skodę, która była w dyspozycji Zbyszka Fijaka. Decy­zje o zakupie samochodu podjął Władek Hardek. Auto najpierw było zarejestrowane na Petlickiego, potem na inną osobę. Gdy wpadł Fijak, zarekwirowała je SB. 

 

Do wpadki Zbyszka Fijaka 13 września 1982 roku doszło w bardzo głupi spo­sób. Barański z Fijakiem jechali samochodem. Z tyłu na siedzeniach mieli matryce przykryte jakimś kocem. Złamali przepisy ruchu drogowego i zostali zatrzymani przez drogówkę. Milicjanci znaleźli matryce i nie mając gdzie ich zatrzymać, zamknęli ich w najbliższym kiosku Ruchu. Fijak poprosił jakąś przypadkową kobietę, aby powiadomiła Bożenę Wit­kowską (żonę jednego z drukarzy podziemnej „Solidarności”), że został zatrzymany. W tym czasie ukrywałem się w dwóch mieszkaniach. Jedno z nich było mieszkaniem Fijaka, drugie było w bloku w Nowym Prokocimiu (mieszkała tam znajoma Józefa Barana, która akurat wyjechała na kolonię, gdzie opiekowała się dziećmi i zostawiła nam klucze). W tej sytuacji wycofałem się na z góry upatrzone pozycje, czyli zrezygnowałem z mieszkania u Fijaka i korzystałem wyłącznie z mieszkania w Prokocimiu.

 

Aresztowanie

 

To był mój błąd. Człowieka czasami dopada nostalgia. 29 września zadzwo­niłem z budki telefonicznej do żony. Mieliśmy umówiony szyfr. Powiedziałem jej: „Ma pani przymiarkę kostiumu, który pani szyje u krawca”. Żona odpowiedziała zgodnie z umową: „Dziękuję za informację, będę u Ali”. Wcześniej ustaliliśmy, gdzie się spotkamy. Najprawdopodobniej jednak telefon był na podsłuchu. Dwa lub trzy razy udawało nam się w ten sposób spotkać. 

 

Przed tym spotkaniem mieliśmy posiedzenie Prezydium RKW. Posiedzenie się prze­ciągnęło i byłem spóźniony prawie dwie godziny. Miałem przy sobie wszystkie dokumenty RKW, które miały iść do druku. Miałem już nawet nie jechać na to spotkanie z żoną. Pod klatkę schodową domu podwiozła mnie właścicielka mieszkania, w którym było spotka­nie RKW. Esbecy, którzy byli na dole, nie zatrzymali mnie. Z rozmów, które potem toczyli między sobą, zorientowałem się, że po prostu mnie przegapili, mimo że nie byłem w ogóle ucharakteryzowany (uznałem, że najlepszym sposobem ukrycia się będzie brak wszelkiej charakteryzacji). 

 

Zorientowałem się, że jest tam kocioł, gdy wysiadłem z windy i usłyszałem, że idą równocześnie jacyś ludzie z dołu i z góry. A gdy zadzwoniłem do mieszkania, w którym mieliśmy się spotkać, to już na mnie czekali. Potem dowiedziałem się, że SB weszła do tego mieszkania około pół godziny po żonie i ponad godzinę przede mną. Powiedzieli, że kogoś szukają. Wylegitymowali wszystkich, którzy tam byli (chyba cztery osoby) i już zo­stali. Sprawdzili też dwa inne mieszkania na tym samym piętrze. Prawdopodobnie żona miała ogon. Później część ludzi mówiła, że żona mnie sprzedała, ale to jest nieprawda. Zaraz zabrali nas na Mogilską. Odwieźli nas osobnymi samochodami. 

 

Na Mogilskiej zabrali mi torbę, którą miałem przy sobie. – „Proszę się roze­brać! Do golasa! Całkowicie!”. Gdy wszystko zdjąłem, moje ubranie dokładnie sprawdzili i spisali to, co miałem przy sobie. Potem pozwolili mi ubrać się i wzięli mnie na górę na przesłuchanie.

 

Było ok. godziny 23. Pierwsze przesłuchanie trwało 19 godzin i brało w nim udział chyba z ośmiu esbeków. Ciągle się zmieniali, ale jeden z nich był prowadzący. Była oczy­wiście zabawa w dobrego i złego policjanta. Ci, którzy przesłuchiwali mnie, później mu­sieli przeanalizować już papiery, które miałem przy sobie. Wiedzieli, że wracałem z posie­dzenia prezydium, bo na dokumentach były podpisy nas trzech. Pytali przede wszystkim o Władka Hardka i o to, gdzie było to spotkanie. Mówili: „Po co pan się męczy. My i tak go złapiemy”. Odpowiadałem im: „No to jak go złapiecie, to go będziecie mieć. Na razie go nie macie!”. Maglowali mnie całą noc, do rana. 

 

Rano zaprowadzili mnie na dół do celi. Było 15 minut po 6, bo właśnie zaczęło się w celach tzw. kiblowanie, czyli wymiana kibli. 

 

Nie zdążyłem się nawet położyć, gdy przyszła druga zmiana i zabrali mnie ponownie. Przesłuchiwano mnie cały dzień, do wieczora. Nie wiem, która była godzina, jak skoń­czyli. Zabrali mi zegarek. Dla mnie czasu już nie było. W pewnym momencie usłyszałem na korytarzu głos mojej żony. Chyba ją prowadzili. Zapytałem: „Żonę żeście zatrzyma­li?”. Odpowiedzieli: „Tak”. Zapytałem: „A dlaczego?”. I zapowiedziałem im: „Tak długo, jak nie zobaczę żony, nie będę się do was odzywał”. Po ponad pół godzinie przyprowadzili żonę. Zapytałem ją, czy coś jej zrobili. Powiedziała, że nic. Na dłuższą dyskusję nam nie pozwolili. To pierwsze przesłuchanie było nagrywane, ale nie było protokołowane. 

 

Przez kolejne dni były kolejne przesłuchania, już na protokół. Zwykle dwa razy dziennie. Ponieważ oni nie zachowywali się po chamsku, ja również nie byłem agresywny. Esbecy nawet pochwalili mnie: „Jak to czasami można się pomylić! Pan się w czasie prze­słuchania bardzo kulturalnie zachowuje, w przeciwieństwie do pana kolegi Handzlika, który w czasie przesłuchania miotał przekleństwa”. 

 

W czasie przesłuchań esbecy proponowali mi kawę lub herbatę. Zawsze odmawia­łem, bo obawiałem się, że coś mi dosypią. Ponieważ jednak chciało mi się pić, poprosiłem o wodę z kranu, z tym że sam sobie ją nalewałem do szklanki. Pozwalali mi na to. 

 

Pamiętam taką sytuacją drugiego dnia po zatrzymaniu (czyli 1 października 1982 roku) rano. Z dołka na wyższe piętro, na przesłuchanie, zawieźli mnie windą. Gdy wyszli­śmy na korytarz, stało tam wielu zatrzymanych. Prawdopodobnie z demonstracji 30 wrze­śnia 1982 roku. Pilnujący ich milicjanci (albo zomowcy – trudno było się zorientować, bo byli w moro) ryknęli: „Do ściany!”. I wszyscy zatrzymani odwrócili się twarzą do ściany, tak by nie mogli mnie rozpoznać, gdy przechodziłem korytarzem. W pewnym momencie młody chłopak odwrócił się w moją stronę. Może przez ciekawość, a może niechcący. Wte­dy doskoczył do niego ten w moro i uderzył go w twarz, tak że chłopak poleciał na ścianę. To nie był policzek otwartą dłonią, ale cios pięścią, w szczękę. Krzyknąłem: „Co robisz?!”. Odwrócił się w moją stronę i chciał mnie uderzyć. Wtedy ubek, który mnie prowadził, chwycił go za mundur na piersiach, odepchnął i krzyknął: „Uważaj, skurwysynu, na kogo rękę podnosisz!”. Tamten grzecznie się wycofał. 

 

W celi siedziałem z dwoma złodziejami. Nie prowadziłem z nimi żadnych rozmów, bo po tym długim przesłuchaniu byłem zmęczony i spałem. 

 

Dopiero w poniedziałek, 3 października (a więc piątego dnia od zatrzymania) zosta­łem przewieziony do prokuratury wojskowej na Rakowicką, gdzie przedstawiono mi zarzu­ty. SB najwyraźniej nie spieszyła się z dopuszczeniem do mnie prokuratora. Ten prokurator wojskowy zachował się bardzo ładnie. Niestety, nie pamiętam jego nazwiska. Wkrótce prze­stał być prokuratorem. Po pierwsze, wyprosił obu esbeków z pokoju. Powiedział do nich: „Proszę opuścić pokój!”. Oni nie chcieli wyjść. „Mamy inne polecenia!” . Prokurator jednak był stanowczy. „Proszę powiedzieć, kto wydał wam te polecenia!”. Gdy podali mu namiary, zadzwonił, chyba na Mogilską i po tym telefonie ci esbecy wyszli. Potem prokurator poin­formował mnie o wszystkich przysługujących mi prawach. Powiedział mi też, że na razie to nic nie ma na mnie w papierach. Uprzedził mnie, że w areszcie będę inwigilowany. Jedno­znacznie dawał mi do zrozumienia, jak mam się zachowywać na przesłuchaniu: „Ma pan prawo odmawiać odpowiedzi na konkretne pytania, a także w ogóle odmawiać zeznań”. 
W trakcie tego przesłuchania chyba ktoś do niego zadzwonił. Po tej rozmowie z głupia frant zapytałem go:

— Panie kapitanie, pan tu ma bezpośrednie połączenie z miastem? 

— Tak, mam. 

— Czy mógłby pan wykręcić numer telefonu, który panu podam. 

— Proszę podać. 

Podałem mu numer telefonu do domu. Chciałem się zorientować, czy już puścili żonę. Wykręcił i podał mi słuchawkę. Niestety, w słuchawce usłyszałem głos nieznanego męż­czyzny, prawdopodobnie esbeka. Powiedziałem: „Przepraszam. Pomyłka” i odłożyłem słu­chawkę. 

 

Dostałem postanowienie o przedstawieniu zarzutów i zapadła decyzja o przewiezieniu mnie na Montelupich. A tego prokuratora potem odsunęli i kto inny przejął postępowanie. 

 

Getto

 

Wkrótce po przesłuchaniu przy Rakowickiej przewieziono mnie do aresztu śledczego przy Montelupich. Od razu trafiłem do „getta”, do celi nr 117. W celi były już dwie osoby. Jednym był Jasiu Rojek, młody chłopak zatrudniony w Hucie, drugim był kapuś, który miał charakterystyczne długie włosy i zajęczą wargę. „Hipis” pytał się mnie, za co siedzę. Odpowiedziałem: „Człowieku, daj mi spokój! Nie wiem, za co siedzę! Niewinny jestem!”. Nie przyznałem nawet, że jestem więźniem politycznym. Dopiero klawisz, wywołując mnie na przesłuchanie, powiedział: „No to chodź, solidarnościowcu” i w ten sposób oficjalnie współwięźniowie dowiedzieli się, że mam coś wspólnego z „Solidarnością”.

 

Jasiu Rojek mnie poznał i zadawał mi więcej pytań. Dałem mu do zrozumienia, że nie chcę z nim rozmawiać w celi i że to, co on mówi, w ogóle mnie nie interesuje. Opowiadał coś o jakichś ulotkach, które u niego znaleźli w biurku w pracy i opowiadał, że jest niewinny. Ja odpowiadałem mu: „No to dokładnie tak jak ja! Ja też jestem zupełnie niewinny. Zaraz się wyjaśni i nas wypuszczą”. 

 

Po trzech dniach wymienili kapusia. Ten nowy (wysoki, szczupły, lekko łysiejący brunet, w dżinsach „Paris”, które – jak mówił – są najlepsze na świecie!) działał rzekomo w „Solidarności” w Regionie Podbeskidzie i miał być łącznikiem między tamtym regionem a Krakowem. Codziennie wywoływano go z celi, a potem wracał z papierosami. Miał do tego dorobioną „legendę”. Mówił, że ma brata księdza, który go regularnie odwiedzał i częstował papierosami. Miał wyrafinowany sposób wyciągania informacji. Cały dzień był spokój. Ale w nocy, gdy Jasiu szybko usypiał (miał znakomity sen), to on zaczynał opowieści, aby wciągnąć mnie w rozmowę. Miał dużą wiedzę o Staszku Handzliku, o którym opowiadał, oraz interesował go Janek Ciesielski. Był bardzo ciekawy i zadawał mi różne pytania. No to ja opowiedziałem mu, że – gdy się ukrywałem – wysłałem do Szczecina dziewczynę i jestem bardzo zadowolony z tego, co mi przywiozła. Była to informacja nieprawdziwa, którą mu podałem, aby go sprawdzić. Po tygodniu w czasie przesłuchania esbecy zaczęli mnie o tę dziewczynę i o Szczecin pytać. Wtedy miałem już pewność, że to jest „kabel”. Zacząłem się śmiać w twarz esbekom: „Takie numery robicie ze mną, panowie! Ja jestem za stary, aby dać się na to nabrać! Weźcie go ode mnie!”.

 

No i przenieśli tego kapusia do innej celi, jak się wkrótce okazało – do celi Leszka Kuzaja [Przewodniczącego „Solidarności” na UJ w 1980 roku i członka Prezydium ZR Małopolska]. O tym, że on siedzi obok mnie w celi, dowiedziałem się kilka dni później. Kuzaj podszedł do okna (klapy – jak się mówiło) i powiedział: „W celi 118 siedzi Leszek Kuzaj!” Podszedłem do klapy i powiedziałem: „Cześć Leszek! W celi obok ciebie – Janek Pacula!”. Odpowiedział: „Dwie cele dalej siedzi Tadek Piekarz”. Zaraz zrobiło się jakieś zamieszanie (porozumiewanie się przez klapę było zabronione) i na tym rozmowa się skończyła. 

 

Za to wykroczenie wymierzyli mi jakąś karę. 

 

Ale kilka dni później Leszek (który był niepoprawny) podszedł znowu do okna i powiedział: „Zabrali mi kabla i przenieśli go prawdopodobnie dwie cele dalej w twoją stronę”. Sądzę, że poznał to po odgłosie otwieranych drzwi do cel. Wychodziło, że to musi być cela obok mojej. Gdy następnego dnia szedłem korytarzem na spacer i przed celą sąsiednią zauważyłem charakterystyczne trampki Fijaka (wiedziałem, że je nosił, bo przez pewien czas ukrywałem się w jego mieszkaniu; to były charakterystyczne trampki marki Dunlop, które Fijak kupił sobie na Zachodzie, gdy był na stypendium w Londynie – w smutnym i szarym PRL takich trampek nie było; nie wiem, czemu te trampki były przed celą w ciągu dnia, powinny być tylko w nocy). Zorientowałem się więc, że Fijak siedzi w celi z kablem. Czułem się za niego odpowiedzialny i postanowiłem go ostrzec. Gdy wracałem ze spaceru, odprowadzał mnie inny klawisz niż ten, który mnie wyprowadzał. Był to klawisz z innego oddziału. Skorzystałem z okazji i zatrzymałem się przed drzwiami do celi Fijaka. Gdy otworzył mi drzwi (myśląc, że to moja cela, skoro przed nią się zatrzymałem), szybko zorientował się w moim podstępie. Zdążyłem Fijakowi powiedzieć (wskazując na współwięźnia): „Zbyszek, masz w celi kabla!”. Błyskawicznie mnie zabrali do mojej celi. Potem przyszedł oddziałowy i powiedział mi: „Pacula, masz następną karę!”. 

 

Na Monte złapałem w sumie 8 kar dyscyplinarnych za naruszenie regulaminu. Karą było np. pozbawienie wypiski (to jest prawa do robienia zakupów w sklepie co dwa tygodnie). Ponieważ wtedy nie paliłem, więc taka kara nie była dla mnie zbyt dotkliwa. 

 

Po tym, jak ostrzegłem Fijaka, przenieśli mnie do „tygrysówy”, czyli do celi po drugiej stronie korytarza, gdzie siedzieli skazani na KS (kara śmierci). W założeniu byli to więźniowie niebezpieczni. Drzwi i okna tych cel miały dodatkową kratę od wewnątrz, stąd nazwa tych cel. Gdy wydawano posiłki po prawej stronie korytarza, to brało się miskę i stawało w drzwiach celi. Można było nawet wyjść na korytarz (choć to było wbrew regulaminowi, ale niektórzy klawisze na to zezwalali). W celach po lewej stronie było to niemożliwe, bo była ta dodatkowa krata od wewnątrz. Ja siedziałem z Heniem, kaesiakiem. Drugim był kapuś, który pilnował Henia, aby ten sobie nic nie zrobił. Heniu bowiem uważał, że został skazany niewinnie i miał skłonności samobójcze. Na „widzeniówce” opowiadał później znajomy więzień, że gdy Heniowi przyklepali w II instancji ten wyrok, to w czasie jedzenia wydłubał sobie do zupy łyżką jedno i drugie oko. 

 

W 1983 nie było już moratorium na wykonywanie kar śmierci. Kiedy tam siedziałem, odbyły się co najmniej dwie egzekucje. Zabrali facetów z celi, która była obok mojej. W dniu egzekucji kolacja była o 15. Chodziło o to, aby opróżnić korytarze, bo cela z zapadnią, gdzie dokonywano egzekucji, była niedaleko pomieszczeń kuchennych. Wiadomość o tym rozchodziła się szybko po „getcie”, bo więźniowie kryminalni porozumiewali się między sobą za pomocą stukania. Potwierdził to też kapuś, z którym razem siedzieliśmy w jednej celi. 

 

Trzecim więźniem w „tygrysówie” był mężczyzna nazwiskiem Kowal, skazany za kolportaż bibuły. Był bardzo zastraszony i do wszystkiego się przyznał. Zupełnie się pogubił, jakby nie wiedział, gdzie jest. Jak dostał paczkę, to nie dzielił się z kaesiakami. Ja postępowałem inaczej. Gdy byłem „na getcie” i dostałem jedną paczkę, to powiedziałem: „Panowie, jedziemy teraz na tym samym wózku, chociaż siedzimy za co innego. Proszę sobie brać, kto na co ma ochotę. To jest do zjedzenia!”. Byłem dla nich git-człowiek. Bardzo szybko proponowali mi czaj. 

 

Ponieważ do tej celi przyszedłem ostatni, więc musiałem spać na betonie. Materac rozłożyłem sobie na podłodze. Na dzień go składałem i opierałem obok ściany. Sądzę, że zrobiono to celowo. SB wiedziała, że choruję na podagrę, bo jak mnie złapali, to miałem przy sobie lekarstwa. Lekarstwa mi zabrali przy zatrzymaniu. Gdy w „getcie” nie udało im się nic ze mnie wycisnąć za pomocą kapusiów, spróbowali wywrzeć na mnie presję poprzez moją chorobę. Spałem na betonie przez 6 tygodni. Wkrótce dostałem ostrego ataku podagry. Doszło do tego, że w ogóle nie mogłem się ruszać. Nie wychodziłem na spacery. 

 

Wtedy zabrali Henia Kowala na badania, po czym umieścili go w innej celi. Został „kabel” i dokooptowali do nas Józefa Polaka. Polak lubił gadać i być może SB doszła do wniosku, że to on mnie sprowokuje do rozmowy. Mimo że Polak był poważnie chory, nie puszczano go do szpitala. Zaczął rozważać głodówkę. Powiedziałem mu: „No to, co ci pozostaje? Walnij głodówkę i cześć! Będę głodował z tobą!”. I zgłosiliśmy oddziałowemu głodówkę. Na trzeci dzień klawisz nam zapowiedział: „będziecie karmieni!”. Odpowiedziałem : „Trudno”. 

 

Wtedy pojawił się naczelnik więzienia – Zawada. Znałem go z pracy, bo mój zakład zatrudniał więźniów i do moich obowiązków należało kontaktowanie się w tej sprawie z naczelnikiem Monte. Zawada już wcześniej dał mi do zrozumienia, żebym nie liczył na żadne ulgi. Przedstawiłem mu nasze żądania. Władze ustąpiły i Józef Polak w wyniku naszej głodówki trafił do szpitala. 

 

Natomiast, gdy idzie o mnie, to później się dowiedziałem, że w mojej sprawie interweniował także kardynał Macharski. Przysłali do mnie lekarza, który mnie zbadał i zaordynował mi zastrzyki. Powiedziałem: „Nie chcę żadnych zastrzyków, bo nie wiadomo, co mi w tych zastrzykach podacie. Proszę dać mi te lekarstwa, które miałem w torbie przy zatrzymaniu!”. Nie dali jednak lekarstw, ale przenieśli mnie na drugą stronę korytarza, gdzie siedzieliśmy we dwóch z kapusiem. Tyle zyskałem, że przepisano mi dietę. Miałem więc codziennie bardzo dobry chleb i plastereczek mięsa na obiad (w piątek – gotowaną makrelę). 
Gdy siedziałem „na getcie”, to miałem jedno widzenie z żoną. Trwało ono 15 minut. W czasie rozmowy towarzyszyli nam esbek i strażnik. 

 

Do szpitala trafiłem dopiero wtedy, gdy został wyznaczony termin mojej rozprawy. Wtedy się okazało, że mam nie tylko podagrę, ale także, że mam fatalne EKG. W szpitalu zostałem więc przez trzy miesiące – cały proces i resztę czasu, gdy byłem więziony na Monte. 

 

W szpitalu było już łatwiej. Żona przekupywała strażnika (dawała mu pół litra wódki, a wódka była wtedy na kartki) i dostałem kilka paczek po 7-8 kg każda (wg regulaminu paczka mogła ważyć 3 kg). „Na getcie” było to nie do pomyślenia.

 

Wyrok

 

Śledztwo w naszej sprawie przeciągnęło się, a tymczasem 30 grudnia 1982 roku zniesiono tryb doraźny. Dlatego sądzony byłem w trybie zwykłym. 

 

Pod koniec lutego 1983 rozpoczął się nasz proces. Połączono trzy sprawy: Fijaka, Polaka i moją. Wysypał nas wszystkich „Franek” – jeden ze studentów z grupy Fijaka. Sypnął m.in. Olę Gumułę (siedziała do rozprawy w więzieniu kobiecym w Myślenicach). Jego tak złamali, że jak sobie coś w celi przypomniał, to wzywał esbeków i dodatkowo zeznawał. „Franek” wycofał się z działalności konspiracyjnej już w czerwcu 1982. Rozmawiałem z nim wtedy. Powiedział mi: „Osiągnąłem kres mojej psychicznej wytrzymałości. Muszę się wycofać!”. Przekazał wszystko Jerzemu Petlickiemu. Wiem, że jak złapali „Franka”, to esbecy bardzo go pobili. Opowiadał mi o tym on sam, ale także takie informacje rozchodziły się pocztą pantoflową w więzieniu. „Franek” napisał podobno wtedy oficjalną skargę w tej sprawie. Na rozprawie powiedział mi, że bił go ubek, do którego koledzy mówili „Adaś”. Ja też miałem z nim kontakt w czasie przesłuchania na Mogilskiej: 30-35 lat, krępy, łysawy, okrągły na twarzy. Na rozprawie „Franek” nie odwołał, niestety, swoich zeznań. Nie powiedział też sądowi o tym, że był bity. Inni też nie odwołali swoich zeznań ze śledztwa. Jedynym wyjątkiem był Kowal. 

 

Na nasz proces przywieźli też Staszka Handzlika z więzienia. Zeznał: „Nie znam Jana Paculi i nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie. Ale dziękuję za przywiezienie mnie tu, bo mogłem zobaczyć Kraków”.

 

Na procesie nowy naczelny dyrektor mojego przedsiębiorstwa, który był partyjny, napisał mi znakomitą opinię („Wrażliwy na krzywdę ludzką”, i tym podobne określenia). Jednak na końcu tej pozytywnej opinii napisał „Zdecydowany wróg ustroju”. Poprzedni dyrektor przedsiębiorstwa zeznawał na procesie i bardzo mnie bronił. W rezultacie ławnicy w składzie sędziowskim (było to dwóch pułkowników z „czerwonych beretów”) przegłosowali sędziego zawodowego i dostałem „tylko” półtora bez zawiasów (pozostali sądzeni ze mną dostali kary w zawiasach). Wyrok wydano 17 lutego 1983. Po procesie jeden z tych ławników podszedł do mnie i uścisnął mi rękę, mówiąc, że powinno się mnie odznaczyć za moją działalność, a nie sądzić. Jednak sędzia zawodowy zgłosił votum separatum, a prokurator wniósł odwołanie [29 kwietnia 1983 roku Sąd Najwyższy (Izba Wojskowa) odwiesił wykonanie kary wszystkim skazanym, a Janowi Paculi podwyższył wyrok do 2,5 roku więzienia].

 

W drugiej instancji prokurator – mjr Jan Siemianowski – zarzucił mi nawet, że jestem moralnie odpowiedzialny za śmierć Bogdana Włosika, bo to RKW wezwała do udziału w demonstracji 13 października 1982, w której zginął Włosik (gdy mnie zatrzymano, to miałem przy sobie oryginał tej odezwy RKW). W maju 1983 przeniesiono mnie „na przejściówkę”, do celi przejściowej na Monte, a po dwóch dniach wywieziono mnie do Strzelina. W maju 1983 roku wyszedłem na 48 godzin na przepustkę. Przyczyną był mój stan zdrowia. Pewnego dnia zemdlałem na spacerniku. A ponieważ w więzieniu nie było możliwości zrobienia dokładnych badań, to więzienna felczerka zawnioskowała o przeprowadzenie takich badań w Krakowie. Wprawdzie odmówiono mi udzielenia przerwy w odbywaniu kary, ale w wyniku determinacji tej felczerki dano mi przepustkę na dwa dni. Po badaniach wróciłem do więzienia i dopiero po miesiącu uzyskałem zgodę na przerwę w odbywaniu kary. To było już po wizycie papieskiej. 

 

Składowi sędziowskiemu, który nam zaostrzył kary w 1983 roku, przewodniczył sędzia ppłk Mieczysław Przyboś. Ten sam łajdak podpisał się na piśmie, które dostałem w latach 90. z Sądu Najwyższego z Warszawy (z Izby Wojskowej), z informacją, że anulowano mi wyrok. 

 

Na początku lat 90. prokurator, który zażądał podwyższenia dla mnie kary w 1983 roku, prowadził śledztwo przeciwko Jaruzelskiemu i innym komunistycznym zbrodniarzom za masakrę na Wybrzeżu w Grudniu 1970. Jak żona go zobaczyła w telewizji, od razu go poznała. Chociaż żona nie przeklina, to krzyknęła - „Przecież to jest ten skurwysyn, który żądał dla ciebie czterech lat więzienia w Sądzie Najwyższym! Jak on prowadzi śledztwo przeciwko Jaruzelskiemu, to oni go nigdy nie skażą!”. I miała rację... 

 

Gdy Hardek się ujawnił, byłem już na wolności. Władek powiedział w telewizji parę głupich rzeczy. To był dla mnie szok. Dwa tygodnie po jego zwolnieniu spotkałem się z nim i zapytałem: „Czemu to zrobiłeś?”. Odpowiedział mi: „Byłem w tak złym stanie psychicznym, że zrobiłem, to co zrobiłem”. Zdaje się, dopiero w czasie naszej rozmowy Władek uświadomił sobie, że bezpieka go podeszła. Bardzo cierpiał z powodu tego wystąpienia. Ludzie zaczęli wtedy pluć na niego. Mnie to się bardzo nie podobało. Nie bronię jego czynu, ale bronię go, jako człowieka. Pamiętam, że gdy się ukrywał, był w strasznym stanie psychicznym. Przypuszczam, że był w depresji. Było mi go żal. Po wypuszczeniu go przez bezpiekę został w pewien sposób zaszczuty i po kilku latach wyjechał zagranicę.

 

Lata 1983-1989

 

Gdy wyszedłem na wolność zacząłem się izolować, aby nie palić innych. Stawałem się niebezpieczny dla tych którzy działali. Nie miało sensu, abym się angażował w działalność podziemną, konspiracyjną, bo przeze mnie mogliby wpaść inni ludzie. Za mną chodziła bezpieka, miałem rewizje w domu. Musiałem uważać, aby nie narażać innych. Bliższe kontakty utrzymywałem np. ze Zbigniewem Fijakiem – obydwaj byliśmy „poza obiegiem” konspiracji. Miałem też pewne kontakty towarzyskie z ludźmi z KPN. 

 

Jeszcze gdy się ukrywałem, to zwolniono mnie z pracy. Oficjalnie zwolniono mnie dyscyplinarnie w niedzielę 13 grudnia 1981 roku. Powodem było porzucenie pracy. Po wyjściu z więzienia długo nie mogłem znaleźć nowej pracy. Chodziłem na ul. Sebastiana, bo tam był urząd pracy. Ale pracy dla mnie nie było. Esbek, który tam pracował powiedział mi wprost: - „Nie znajdzie pan pracy w Krakowie! Ma pan tylko jedno wyjście. Bilet w jedną stronę! Niech pan wyjedzie z Polski! Przekona się pan”. Mówił mi też: - „Po co to panu było? Przecież pan i tak mówił to co chciał i to jeszcze przed 1980 rokiem. Nie chciał pan być w partii, to pan nie był. Czy pan myśli, że to ludzie docenią? Jaką pan ma korzyść z tego co pan robił?”. Pierwszą robotę dostałem dopiero 2 kwietnia 1984 roku. Była to praca na Śląsku, w Świętochłowicach, w hucie, w piecach tunelowych. Spałem w hotelu robotniczym. W domu byłem w co drugi tydzień, na jeden dzień. Moje zarobki nie pokrywały kosztów mojego utrzymania na Śląsku. Przepracowałem tam 3 miesiące i się zwolniłem. Miałem już wtedy dziecko. Oni byli pewni, że się załamię i wyjadę. Ale nie zdecydowałem się na emigrację. Przez pewien czas byłem zatrudniony w szpitalu psychiatrycznym, jako palacz nocnej zmiany w gospodarstwie pomocniczym. Kolejną robotę dostałem dopiero w 1986 roku, na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pomógł mi rektor Koj. Po 6 miesiącach kolega załatwił mi prace w spółdzielni rzemieślniczej „Elektrotechnika”. I tam pracowałem do 1991 roku.

 

W 1989 roku pomagałem w kampanii wyborczej Leszka Moczulskiego w Krakowie. Znaleźliśmy się ze Zbyszkiem Fijakiem w przeciwnych obozach, bo on pomagał Rokicie. Kampania odbywała się na dziko, na placach, bo nie mogliśmy wynająć żadnej sali. Dzień przed spotkaniem wysyłaliśmy samochód, z którego przez megafon informowaliśmy, że będzie spotkanie z Leszkiem Moczulskim. Zwykle na wiecu zagajał Rysiek Bocian, zapowiadał mnie, potem ja mówiłem parę słów a następnie oddawałem głos Moczulskiemu. Moczulski był wtedy u mnie w domu. Nawet spał jedną noc u mnie. 

 

Czy wiedząc to wszystko, co dziś wiem o tamtych czasach i o dzisiejszej Polsce, zachowałbym się tak samo w latach 80.? Nie jestem zadowolony z dzisiejszej Polski. Ale to jest moja Polska. Mówią, że człowiek uczy się na błędach. Ale w ostatecznym rachunku decyduje charakter człowieka i jego przekonania. Gdybym żył po raz drugi na pewno zrobiłbym to samo, tylko lepiej.

 

A KPN? - Miała dobry program, ale metody działania zbyt łagodne. I po 1989 roku podzieliła mój los. Choć położyła największe zasługi dla odzyskania niepodległości, to po obaleniu komuny stała się partią marginalną. 

 

Wysłuchał i spisał Mirosław Lewandowski (2011). Fragmenty wspomnień Jana Paculi wykorzystano w książce Mirosława Lewandowskiego i Macieja Gawlikowskiego "Gaz na ulicach. KPN w Krakowie. Stan wojenny 1981-1982", wydanej w 2012 roku.

Wortal Instytutu Historycznego NN im. Andrzeja Ostoja Owsianego.

 Materiały są dostępne na licencji CC BY 3.0 PL

Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści pod warunkiem wskazania autorów praw do tekstu.

Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autorów.