Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wspomnienia konfederatów

Obszar drugi

Stanisław Palczewski

Konspiracja szkolna w czasach stalinowskich

      Gąsiorowski zaproponował mi w połowie września 1950 roku bym przystąpił do tajnej organizacji, która działa w szkole. Konspiracyjne spotkania, pisanie ulotek i ich rozprowadzanie, napisy na murach, próby zdobycia broni, samokształcenie w zakresie wyszkolenia wojskowego strzelca, a później dowódcy drużyny, wciąganie do konspiracji nowych członków z myślą, że jak wybuchnie nowa wojna — to pójdziemy do lasu. Nie było pytania „A jak nic się nie zdarzy to co dalej?”. Uważaliśmy, że reżim komunistyczny można obalić wyłącznie siłą zbrojną.
     Jak to na wojnie — weszliśmy na minę w postaci kapusia, który zadenuncjował naszą organizację. Aresztowanie, śledztwo, rozprawa przed sądem wojskowym, wyrok. Staliśmy jak dwa sny w ławie sądowej przyznając się do kolejnych zarzucanych nam czynów. Jednoznacznie deklarując — nie ma w nas żadnych win, do których byśmy się poczuwali. A w ostatnim słowie zadeklarowałem, że działania przeciwko reżimowi podejmę znów po opuszczeniu więzienia.
Nie przypuszczałem, że okazja do nowej konspiracji nadarzy się tak szybko. Skazanym przez sądy wojskowe młodocianym, reżim urządził w obozie w Jaworznie reedukację według sowieckiego systemu Makarenki — mieliśmy stać się janczarami systemu. W obozie natychmiast podjęliśmy „nową–starą” konspirację. Oprócz mnie znaleźli się w niej Krzysztof Gąsiorowski, Marek Eminowicz, Janusz Machalski, Jan Mężyk, Zygmunt Kural i kilku innych skazańców. Pierwszym celem było przygotowanie ucieczki z obozu. I znów wylecieliśmy na minie — kapusiu. Po wpadce porozwożono nas po innych więzieniach.

 

Działalność harcerska po 1956 roku 

     Po amnestii z kwietnia 1956 roku — obejmującej także więźniów politycznych z najcięższymi wyrokami — wyszliśmy razem z Gąsiorowskim. Podjęliśmy studia na UJ. Rozumiejąc jednoznacznie wypowiedź Cyrankiewicza, że odrąbią rękę każdemu szaleńcowi czy prowokatorowi, który odważy się podnieść ją na władzę ludową, nie uciekaliśmy się do haseł zbrojnej rewolty, ale postanowiliśmy odtworzyć patriotyczny ruch młodzieżowy. Na studia dostał się także Michał Muzyczka. Nawiązaliśmy znajomość z kręgami harcmistrzów sprzed rozwiązania ZHP w 1948 roku, wśród których powstała idea reaktywowania Związku. Atmosfera popaździernikowej odwilży sprawiła, że dostaliśmy zezwolenie na zorganizowanie 
     w auli UJ wiecu w tej sprawie. Głównym mówcą był nasz kolega z więzienia, Zygmunt Kural. Po uchwaleniu wiecowej rezolucji o reaktywowaniu ZHP, wystąpił Jacek Kuroń zapraszając tymczasowe władze reaktywowanej organizacji na Zjazd Organizacji Harcerskiej do Łodzi. Stąd nasza dalsza znajomość z Kuroniem. W odtwarzaniu harcerstwa wziął również udział kolega Michała Muzyczki, Wincenty Mierzwa (syn Stanisława, działacza ruchu ludowego sądzonego w Moskwie w Procesie 16–tu, więźnia stalinowskiego). 


O współpracy Krzysztofa Gąsiorowskiego z SB 

     Z Jackiem Kuroniem to było tak: w książce — wspomnieniu opisuje jak któryś z opozycjonistów z Krakowa przyjechał do niego i w pijackim szlochu, wylewając na jego pierś łzy przesiąknięte alkoholem, zaproponował mu wspólną działalność. Od razu — wspomina Kuroń — zwietrzyłem prowokację, bo wiedziałem, że jest to kapuś. Wielokrotnie pytany przez Emina [Marka Eminowicza], po opublikowaniu książki Kuronia, Gąsiorowski odpowiadał — „To oburzające, napiszę do Jacka w tej sprawie”, a po latach — „Napisałem do Jacka w tej sprawie”. Ale ani listu, ani odpowiedzi na list się nie doczekaliśmy. Po przyznaniu się Gąsiorowskiego do współpracy z SB, na kilkanaście dni przed jego śmiercią, rozmawiałem z nim o motywach donoszenia. Gąsiorowski nie udzielił mi odpowiedzi, tłumacząc, że napisze o tym nieco później. Napisał, ale w opracowanym przez siebie nekrologu. Kłamliwie. Zamknął sprawę bez możliwości zadania mu pytań. Ponieważ Kuroń napisał o agenturalności Gąsiorowskiego na długo przed możliwością wglądu kogokolwiek w papiery SB, musiał więc mieć skądś informacje świadczące o współpracy Gąsiorowskiego. Kuroń w swojej książce nie podaje źródła. Gdy spytałem o to tuż przed śmiercią Gąsiorowskiego, ten powiedział: „Jacek musiał mieć kogoś w MSW, kto ujawniał mu dane”. 

 

O przystąpieniu do ROPCiO 

     Połowa lat 70–tych. Akt końcowy w Helsinkach, Radom i Ursus. Po wypadkach czerwcowych 1976 roku, w związku z trwającą akcją świeżo powstałego KOR–u, umówiłem się z Krzysztofem Gąsiorowskim żeby obgadać sytuację i coś zacząć robić. Od końca lat 50–tych utrzymywałem z nim kontakty towarzyskie. Uzgodniliśmy, że Gąsiorowski będąc na delegacji w Warszawie (pracował w zaopatrzeniu) nawiąże kontakt z Jackiem Kuroniem, z którym znał się z okresu pracy w ZHP, oraz z innymi warszawskimi środowiskami. Może przywiezie jakąś bibułę i po rozpoznaniu podejmiemy decyzje. Stwierdziliśmy, że trzeba się włączyć. 
     Najkrócej rzecz ujmując, dwa ośrodki w tym czasie kreowały idee. Te „na co dzień” prezentował KOR, a te idee dalsze, niepodległościowe formułowane były przez Moczulskiego, Czumę, Wojciechowskiego. Opowiedziałem się za tą dalszą perspektywą. Abstrahuję od planów i zamierzeń III Departamentu SB, nie wnikam w to, w jakiej mierze SB chciała wykorzystać TW „Rawicza” i nas — naiwnych, prostolinijnych „figurantów” — w swoich grach operacyjnych. Za motto swego działania przyjąłem — z Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela — stwierdzenie „Osoba ludzka ma niezbywalne prawa do ...” — stąd już tylko jeden krok do stwierdzenia „Polska ma niezbywalne prawo do...”. Założyłem przy tym (może oportunistyczne), że jakiekolwiek wystąpienia zbrojne będą prowadziły na manowce. Deklaracja taka, przy spotkaniach z nieznanymi ludźmi, była jasno formułowana. Przeszedłem ewolucję od mojego twierdzenia z czasów szkolnej konspiracji w latach 50.: „Jedynie walka zbrojna może przynieść Polsce niepodległość” do sformułowania Leszka Moczulskiego: „Rewolucja bez rewolucji”. Przy czym mam wątpliwości co do oryginalności autorstwa tej tezy, po przeczytaniu w stanie wojennym wydawanych w drugim obiegu pism Havla o Czechosłowacji. Może należałoby przeprowadzić studium porównawcze publikacji ich obu?

 

Punkt informacyjny ROPCiO w Krakowie 

     Przypominam sobie... Przed oczami jak na zwolnionym filmie... Punkt informacyjny [ROPCiO w Krakowie, przy ul. Meiselsa] to mieszkanko około 20 m2. Wchodzę tam z Gąsiorowskim. Na wprost drzwi wejściowych jest kuchenka gazowa, a przy kuchence stół z utensyliami kuchennymi. Kuchenkę zasłania się przesuwną kotarką. Na prawo zlew z bieżącą wodą i coś, co teraz rozśmiesza, ale w tamtej epoce jeszcze na krakowskim Kazimierzu było regułą — duża emaliowana miednica osadzona na metalowym stelażu. Ten również osłonięty kotarą kącik, odgrodzony jest od reszty pomieszczenia regałem, na którego plecach zawieszona jest półeczka z kubkiem i mydelniczką. Wisi lusterko. WC jest wspólne, na zewnątrz mieszkania. Na podłodze chodnik. Mijam regał z porozkładanymi książkami, gazetami. Pośrodku pomieszczenia zwisa lampa. Pomieszczenie ma ponad 3 metry wysokości. Świeci się żarówka i jest na tyle jasno, że można swobodnie czytać gazetę. Z prawej strony jest okno przesłonięte kotarą. Przy oknie okrągły stół i trzy krzesła w dobrym stanie. Czy na stole był obrus ? Pewnie nie, bo bym pamiętał... Za stołem wciśnięta w kąt szafa, na której jakieś walizki i poukładane gazety. Drugi kąt kawalerki zajmuje piec kaflowy z przylegającą do niego wersalką przykrytą kocem. Prostokąt pomieszczenia się zamyka. Biednie. Ani schludnie, ani brudno. 
     Za zgodą gospodarza, moim miejscem zakotwiczenia w pokoju stała się wersalka. Tutaj lektura ostatniego Tygodnika Powszechnego. Zaczynałem zawsze od felietonu Stefana Kisielewskiego. „Kisiel” to napisał, tamto sformułował, „dowalił” komunie — komentowaliśmy z Dropiowskim. Dropiowski przemierzając szlak kolejowy z Wrocławia do Przemyśla przewoził sobie tylko poznanym sposobem Biblię tłumaczoną w językach Związku Radzieckiego — w tym ormiańskim, gruzińskim, ukraińskim. Dostałem wówczas od niego po jednym egzemplarzu w każdym z języków, jako pamiątkę naszego wspólnego dyżurowania w punkcie i namiętnych dyskusji przy lekturze Tygodnika Powszechnego. W naszych dywagacjach na tematy lektury Tygodnika nie brał nigdy udziału Gąsiorowski. Aż dziwne, bo było tyle czasu. Aż do znudzenia. Do punktu Gąsiorowski przynosił "Opinię", czasami korowski "Biuletyn Informacyjny", "Bratniaka", a później — gdy dołącza do nas Stasiu Tor — pokazał się na stole "Związkowiec". 
     Któregoś dnia zagadnąłem Dropiowskiego: — Jak doszło do utworzenia punktu?      Odpowiedział: — Niech pan spyta Gąsiorowskiego. Pytany o to samo Gąsiorowski: — Zapytaj gospodarza. Pełna konspiracja albo brak dostatecznych uzgodnień co do wersji [aluzja do faktu, że zarówno Gasiorowski, jak i Dropiowski byli ewidencjonowani przez SB jako TW]. Nie dociekałem dalej, bo nie było to istotne dla działalności jaką prowadziłem w sposób jawny, podając swoje dane z imienia i nazwiska. Nie było to wtedy proste — przełamać strach narzucony dyktaturą, gdy głoszenie innego poglądu, niż pogląd ideologicznie słuszny, PZPR–owski, mogło skończyć się wieloletnim więzieniem. 
     

Emilia Afenda-Dadał i Jadwiga Gąsiorowska 

     Emilia Afenda–Dadał podeszła do mnie w przedsionku bazyliki N.M.P. przy Rynku. Przeprowadzaliśmy wtedy akcję rozdawania ulotek — „Pomogę panu” — powiedziała. Dałem jej kilkanaście ulotek. Potem umówiliśmy się na spotkanie na mieście. W tym czasie wiedziałem o spotkaniach grupy Niepodległość i Demokracja w mieszkaniu u Gąsiorowskiego przy ul. Pijarskiej 5. I właśnie na takie spotkanie Emilię wprowadziłem. 
     Zanim spotkania „młodych” [grupy NiD] zaczęły odbywać się u Łenyka, pierwsze były przy ul. Pijarskiej 5 w mieszkaniu matki Krzysztofa Gąsiorowskiego. Gdy zawędruję na groby moich bliskich, przechodząc zawsze zapalam znicz na jej grobie — światło pamięci. 

 

O "Opinii Krakowskiej" 

     Wszedłem w skład redakcji "Opinii Krakowskiej", która zaczęła ukazywać się na wiosnę 1978 roku w kilkudziesięciu egzemplarzach przepisywana na maszynach do pisania oraz kserowana w pomniejszeniu (taki format kieszonkowy). 
     "Opinia Krakowska" nie była powieleniem tego, co ukazało się w warszawskiej "Opinii". Założeniem ideowym "Opinii Krakowskiej", jak to w numerze pierwszym w odredakcyjnym tekście napisaliśmy, było stwierdzenie, że my jako zespół i jako każdy z nas, mamy prawo do wyrażania swoich opinii i poglądów. Jest oczywiście inną rzeczą, że nie podejmowaliśmy merytorycznej dyskusji (dla uniknięcia wewnętrznych konfliktów) z tezami zawartymi w warszawskiej "Opinii". Zawarte w "Opinii Krakowskiej" wypowiedzi były wyłącznie przemyśleniami ich autorów lub zespołu redakcyjnego. 
     Z drukiem ksero było tak. Pracowałem przez parę lat z Antkiem Kunickim,który przeszedł do Zjednoczenia Przedsiębiorstw Budownictwa Przemysłowego „Południe” i tam w administracji miał dostęp do maszyn kserograficznych. Przy jakiejś okazji zagadnąłem go, czy nie mógłby przedrukować po kilkanaście egzemplarzy "Opinii Krakowskiej". Ksero numeru 1. nie udało się, gdyż odbitki zrobił na papierze światłoczułym tak, że po paru miesiącach egzemplarz stał się mało czytelny. Następne numery „Opinii” były zmniejszone do 1/2 formatu A4. Po odbiorze nocami składaliśmy poszczególne numery wraz z żoną. O miejscu, gdzie robią mi odbitki nie informowałem K. Gąsiorowskiego. Antek robił odbitki z maszynopisów dostarczanych mi przez Romę [Kahl-Stachniewicz] bodajże do maja 1979 r. Przy ostatniej partii, którą odbierałem, powiedział mi, że dalszych odbitek nie może mi robić. Ponieważ w pomieszczeniu było jeszcze dwóch mężczyzn nie dopytywałem się dlaczego. 
     Co do [niewielkiej] ilości wydawanych materiałów w drugim obiegu to chciałem tylko powtórzyć za Moczulskim, który gdzieś w pamiętnikach doczytał się, że po rewolucji francuskiej w jakimś pomieszczeniu znaleziono tysiące ulotek wzywających do rewolucji. Rewolucja odbyła się i tak, bo taka była wola społeczeństwa. Wiadomo, że aby uruchomić lawinę przemian wystarczy jeden kamyczek w świadomości. 
     Już w marcu 1981 (gdy miało dojść do strajku generalnego po prowokacji bydgoskiej) przygotowywaliśmy z Gąsiorowskim drugi garnitur redakcji „Opinii Krakowskiej”. Szefem miał być Żebrowski, a drukarzem – Długogórski. 

 

Metody działalności opozycji przed Sierpniem 

     Początkowo kolporterzy zostawiali ulotki lub wydawnictwa w ławce kościelnej, albo rozdawali lub rozrzucali ulotki w kościele w czasie Mszy św. Sygnały z Kościoła mówiły żeby zaprzestać takich praktyk. Aby nie dopuścić do rozdawania ulotek w kościele, wzywałem do przekazywania ulotki lub bibuły z ręki do ręki.

     Na przełomie lat 70–tych i 80–tych w środowisku ROPCiO — KPN czyniono starania o przekazanie rzetelnej wiedzy swoim członkom i sympatykom o najnowszej historii Polski i świata, o ratyfikowanych przez PRL umowach międzynarodowych dotyczących ochrony praw człowieka i obywatela, o konferencji helsińskiej. 
     Zgłosił się do mnie (w okolicznościach, których nie pamiętam) młody człowiek deklarując o chęci przystąpienia do opozycji. Jak to zwykle bywało umówiłem się z nim w moim mieszkaniu. W czasie spotkania powiedział, że ma grupę ludzi w jego wieku i czy mogą w dwie lub trzy osoby przyjść do mnie. Na spotkaniu mówiłem o prawach człowieka i obywatela, a także o prawach narodów i państw do suwerennego bytu (tak zwany trzeci koszyk na konferencji helsińskiej). Od Adasia Macedońskiego dostałem drukowany przez oficjalną drukarnię PRL–u z debitem Akt Końcowy Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Helsinkach. Nawiasem mówiąc był to ewenement w PRL–u, wydany w niewielkim nakładzie. Dziś stanowi biały kruk wydawniczy. Egzemplarz, który otrzymałem od Adama Macedońskiego poszedł w lud i nigdy do mnie nie wrócił. Zwróciłem się do Gąsiorowskiego, powiadamiając go o fakcie istnienia tej grupy i o ich chęci działania. Zapytałem, czy nie można by było wykorzystać Ryszarda Zielińskiego do wykładów o historii najnowszej. Zieliński wykładał ideę niepodległości ruchu PPS–u. Po dwóch lub trzech spotkaniach u mnie w pokoju na 14 metrach kwadratowych, w wyniku wniosku inicjatora grupy, wykłady Zielińskiego zostały przeniesione do domu jednorodzinnego w Tenczynku. Jak długo to trwało — nie wiem. Na pewno również z wykładami występował drugi historyk z towarzystwa ChSS–u, ale jego nazwiska nie zapamiętałem. Grupa tenczyńsko–krzeszowicka w stanie wojennym została osądzona i skazana za rozprowadzanie ulotek [chodzi prawdopodobnie o środowisko znane pod nazwą Akcja na rzecz Niepodległości]. Opiekę nad nimi i ich rodzinami sprawował komitet charytatywny przy parafii. 
     Zwrócił się do mnie Michał Żurek z pytaniem, czy można dla jego grupy zorganizować wykłady o treści historycznej. Zrobiliśmy je w szkole przy ul. Kocmyrzowskiej. Uczestniczyli w nich członkowie KPN–u z MPK i zapraszani ludzie z zewnątrz, regularnie po kilkanaście osób. Po wykładzie odbywały się zebrania KPN–owców dla omówienia bieżących zadań. 
     

Wizyta Jana Pawła II w Krakowie w 1979 roku 

     Balony z transparentem przemieszczały się w kierunku wschodnim nad Hotel Cracovia i dalej nad Puszczę Niepołomicką. Aby akcja balonowa mogła się udać, wiatry musiały być zachodnie lub północno–zachodnie (najczęściej wiejące w naszej strefie geograficznej). W przygotowaniach ten aspekt lotu był przez nas roztrząsany, łącznie z odcięciem transparentu gdyby kierunek wiatru zmienił się się na południowy, wschodni lub zachodni. Przy takich wiatrach zachodziła obawa, że transparent uderzy w ołtarz, a wtedy bez wystrzału opozycja niepodległościowa byłaby skazana na niebyt polityczny. Ale już nie dywaguję co by było, gdyby było. Nic złego nie było. I dobrze. A wiatr posłuszny woli Ducha Świętego zwiewał balony na wschód, tam gdzie Hotel Cracovia. W dwadzieścia lat później Ryszard Bocian zwrócił się do komitetu przygotowującego kolejną pielgrzymkę Jana Pawła II z prośbą o umożliwienie powtórzenia — już w wolnej Polsce — naszej akcji balonowej. Odpowiedź była negatywna — ponoć względy bezpieczeństwa nie pozwoliły. 
     W ubiegłym roku na wystawie dokumentów — raportów SB z I Pielgrzymki Jana Pawła II czytam minutowe sprawozdanie z zabezpieczenia operacyjnego SB: „Godzina... minuta... — głos spikera nakazujący zwolnić z uwięzi balony znad dachu ołtarza”. 
     Nic więcej o balonach. Gdzie raport TW „Jerzego Rawicza” [pod tym pseudonimem SB ewidencjonowała Krzysztofa Gąsiorowskiego jako TW] z przygotowań i wykonania akcji? W przygotowaniach uczestniczyło i miało wiedzę o wypuszczaniu balonu z transparentem co najmniej trzech TW. Nie spotkałem w dokumentacji SB żadnego raportu TW na ten temat. 

 

Represje 

     Zatrzymania związane bezpośrednio z naszym punktem informacyjnym miałem dwa. Pierwsze — zabawne. Otóż do Krakowa miał przyjechać Kazimierz Świtoń i wstąpić do punktu informacyjnego w czasie naszego dyżuru. Nie dotarł, a z informacji Wolnej Europy, których wysłuchałem przed wyjściem z domu, dowiedziałem się, że Świtoń w tym dniu został zatrzymany na dworcu po przyjeździe do Warszawy. Przed wejściem do punktu złapali mnie esbecy, po chwili wyprowadzili z bramy Gąsiorowskiego. Na komisariacie, parę przecznic dalej rozdzielono nas i poddano próbie przesłuchania. Zupełnie nieznany ubowiec zadawał mi pytania, na które chyba nawet nie oczekiwał odpowiedzi. Po jakimś czasie wyszedł z pokoju, a w korytarzu rozległy się krzyki i wołanie o pomoc. „Tu Świtoń! Pomocy! Pomocy! Biją mnie!”. Po chwili wrócił ubek, spakował swoją teczkę i wyszedł prowadząc mnie na dyżurkę. Niedbale rzucił: „Zwolnijcie go”. Gąsiorowski — przesłuchiwany w pokoju obok — zapytany przeze mnie czy słyszał wołanie o pomoc Świtonia, odpowiedział, że nic nie słyszał. O co w tym wszystkim chodziło — nie wiem. Takie dziwne gierki prowadziła wobec nas bezpieka. Pozorując rzekome bicie Świtonia bezpieka chciała sprawdzić, jak ja zareaguję. Nie wiedzieli, że ja wiem o zatrzymaniu Świtonia w Warszawie, a w konsekwencji o jego nieobecności w Krakowie w tym dniu. Drugi raz zostałem zatrzymany przed punktem informacyjnym i przewieziony na 48 godzin na ul. Szeroką na komisariat. Tak podłych warunków, jakie były w tym areszcie, w żadnym nie spotkałem. A gościłem we wszystkich w Krakowie. 

 

O wycofaniu się Dropiowskiego z działalności opozycyjnej (wiosną 1980 roku) 

     Dropiowski tłumaczył, że czuje się zagrożony, że boi się o swoją córeczkę. W ulotkach i wydawnictwach od tego momentu podawaliśmy nowy adres punktu kontaktowego — mojego mieszkania przy ul. Krowoderskiej. 

 

Manifestacja 11 listopada 1980 roku 

     Znakomity efekt dały pochodnie, które nieśliśmy w pochodzie. Zaopatrzył nas w nie Edward Postawa. 
     Mojego autorstwa były teksty przemówień w święto 11 listopada w latach: 1979 (nie odczytane, prewencyjnie zostałem zatrzymany na 48 godzin) i w 1980 — osobiście je odczytałem. Tekst ten został rozkolportowany w formie ulotki i kończył się słowami przeciw „hegemonii radzieckiej” a przy Grobie Nieznanego Żołnierza czytając tekst zmieniłem go w tej części na” hegemonię obcych państw” . Przed ostatnim zdaniem — „Niech żyje ...” — zawiesiłem głos, a stojący za mną nieznany mi mężczyzna zapytał — „Dlaczego zmienił pan treść tego zdania?”. Musiał czytać tekst razem ze mną. Gdy dokończyłem „…Najjaśniejsza III Rzeczpospolita!” odwróciłem się do niego ze słowami — „Bo to jest mój tekst i tak lepiej oddaje istotę Niepodległości”. A sobie dopowiedziałem — „Na propagandzistę, to ty zupełnie się nie nadajesz”. I wreszcie 11 listopada 1981 r. — mój tekst czytał Kazimierz Zmarlik po wystąpieniach płk. Herzoga i Stanisława Kusia z Solidarności. 

 

O zawieszeniu działalności KPN w Krakowie wiosną 1981 roku 

     Zadaliśmy sobie pytanie — jak wykazać „władzy”, że zarówno w przesłaniu ideowym jak i w działaniu na co dzień posługujemy się hasłem dosłownie sformułowanym przez Moczulskiego — „rewolucja bez rewolucji”? Propozycja jak zmierzyć się z tym problemem wyszła od Gąsiorowskiego. Tekst oświadczenia KAB Obszaru II miał już przygotowany. Rozpoczęliśmy dyskusję. Gąsiorowski wciąż wychodził z pokoju i po każdym powrocie wydawało mi się, że jest bardziej wstawiony. Schodził do kotłowni — Roma mieszka w domku jednorodzinnym — i tam raczył się winem, które wyrabiał mąż Romy. W tekście oświadczenia opowiadałem się za użyciem słów „wstrzymuje się zewnętrzne działania”, zamiast „ zawiesza się działalność”. Wyjaśnię różnicę. Otóż w zaborze austriackim funkcjonował autonomiczny sejmik i gdy posłowie nie mogli dojść do porozumienia w sprawie, którą chcieli uchwalić, a formalny czas na dysputę zbliżał się ku końcowi, przewodniczący wstrzymywał zegar na pięć minut przed upływem czasu i posłowie dalej dyskutowali, aż do skutku. Proste. Cokolwiek byśmy nie zdziałali, miałoby datę przykładowo 26 listopada 1980 r. Słowo „zawiesić” kojarzyło mi się z „zawisnąć” — brr, nieprzyjemne skojarzenia... Oświadczenie KAB miało być adresowane do Rady Państwa, prokuratury warszawskiej, gazet. Ponieważ dyskusja nad tekstem trwała długo, w pewnym momencie Gąsiorowski stwierdził, że musi iść i po sformułowaniu od nowa naszego oświadczenia prześlemy je adresatom i upublicznimy. W parę dni później powiadomił mnie, że jak wracał z naszego spotkania KAB–u, został zatrzymany przez SB, zrobiono mu rewizję i brudnopis naszego oświadczenia został zatrzymany. Później do sprawy zatrzymania (także wstrzymania) nie wracaliśmy, bo w parę dni później doszła nas informacja o zawieszeniu działalności KPN –u w całej Polsce. Naszego krakowskiego tekstu oświadczenia nie widziałem, a na pewno nie podpisywałem. Kto inspirował Gąsiorowskiego do zawieszenia KPN–u? Nie wiem, Przy jakiejś okazji wspomniał, że o zawieszeniu KPN–u rozmawiał z Majką — żoną Moczulskiego i od niej miał się dowiedzieć, że CKAB wydał oświadczenie o zawieszeniu KPN–u. Zawiesić działania miał Szeremietiew. Czy tak było? Nie wiem. Tekstu oświadczenia CKAB nie widziałem. Formalnych uchwał CKAB odwieszających zawieszone działania KPN–u nie widziałem, ani o nich nie słyszałem. KPN działała w sposób identyczny jak przed wydaniem oświadczeń. Wydawaliśmy Opinię Krakowską, okolicznościowe ulotki. Uczestniczyliśmy w patriotycznych imprezach. Napływali masowo nowi zwolennicy. Jak oceniam słuszność tamtej decyzji? Jak wyżej napisałem — nie miała ona żadnego wewnętrznego znaczenia. Czy była legitymacją władz przed Sowietami, że mają kontrolę nad całością wydarzeń? Nie wiem. Ta część dokumentacji jest na razie niedostępna dla historyków. Byliśmy w sytuacji żeglarzy wykorzystujących przeciwny wiatr do płynięcia naprzód. Na pewno za busolę mieliśmy dobro Polski i jej obywateli. 

 

O napływie nowych członków jesienią 1981 roku 

     Kazimierz Apanowicz został poznany przez Gąsiorowskiego na pielgrzymce KPN–u na Jasną Górę jesienią 1981 r. Należał do Ruchu Młodej Polski (mieszkał w Częstochowie lub Kielcach i studiował w Krakowie). Był w KOWzaP i współorganizował planowany przez Moczulską zlot gwieździsty do Warszawy na rzecz uwolnienia Moczulskiego i innych uwięzionych. 
     Adam Grudziński został poznany przez Gąsiorowskiego, w jakich okolicznościach nie pamiętam. Wiązaliśmy z nim nadzieję na ściągnięcie z zagranicy maszyny drukarskiej. Grudziński miał przemycić dwa offsety, jeden dla Solidarności, drugi dla KPN–u. [Jego] Pogrzeb [jesienią 1982 r.] stał się manifestacją „Solidarności”. Został pochowany na cmentarzu Rakowickim. Na grobie złożyłem wiązankę kwiatów z wpiętym znaczkiem Konfederacji Polski Niepodległej. 
     Z [Jerzym] Żebrowskim, jeszcze przed 13 grudnia 1981 r., kontakt mieli Gąsiorowski i Zieliński. 
     Tekst przysięgi został ułożony przez Michała Żurka na którymś ze spotkań u Zygmunta Łenyka. Przysięgę odbierałem w mieszkaniu u Łenyka przede wszystkim od pracowników MPK. Od wielu innych osób deklarację przystąpienia do KPN–u odbierałem w formie podpisu na legitymacji. 
     Pod koniec 1981 Gąsiorowski zasugerował przeprowadzenie szkoleń quasi-wojskowych, abyśmy mieli w Krakowie straż porządkową. Był to chyba pomysł przeniesiony ze Śląska, gdzie takie szkolenia organizowano. 

Internowanie 

     Internowany 13 grudnia 1981, z Komendy MO przy ul. Siemiradzkiego, zostałem przewieziony do więzienia w Wiśniczu, skąd po świętach Bożego Narodzenia (niezapomnianych, z mszą świętą odprawioną przez kardynała F. Macharskiego) zostałem przewieziony do aresztu na ul. Mogilską w Krakowie [z „Książki wydarzeń aresztów przy ul. Mogilskiej” wynika, że było to 28 grudnia]. Tutaj, ktoś ze znanych mi esbeków, którzy mnie zatrzymywali, zapytał, czy wiem, „jak nastąpiło rozwiązanie ciąży mojej żony”. Odpowiedziałem, że nie wiem. Na to on powiedział, że dowie się. I wyszedł. Przez chwilę byłem sam. Po chwili do pokoju przesłuchań wszedł jakiś nowy nieznany mi mężczyzna i od razu nawiązał do kilkanaście dni wcześniej odbywającej się w Krakowie manifestacji [29 listopada 1981]. Ubek mówił, że szedł koło mnie i słyszał, jak wołałem: „Precz z komuną! Precz z PZPR! Precz z ZSRR!”. Wiedziałem, że kłamie. Szedłem wtedy z Bałuką (przywódcą strajku ze Szczecina w 1970) i omawialiśmy zasady współpracy. Patrzyłem na niego, pewnie głupimi oczami, bo mówił dalej, a ja mu nie zaprzeczyłem i tylko taką nad nim miałem przewagę, że wiedziałem, że kłamie. Jeszcze coś tam do mnie mówił, ja na niego patrzyłem, wsłuchując się w jego ciepły, śpiewny ton głosu i pomyślałem: „Może to Rosjanin?”. Czy był z KGB? Może to kiedyś archiwa wykażą. 
     Dopiero w Załężu [30 grudnia 12 osób, w tym Palczewski zostało przetransportowanych z Mogilskiej w Krakowie do ZK w Załężu] dowiedziałem się już po Nowym Roku, że żona urodziła mi 24 grudnia drugiego syna – Janka Pawła. Bogu niech będą dzięki! 

 

Publikowane powyżej wspomnienia Stanisława Palczewskiego wykorzystane zostały w książkach Mirosława Lewandowskiego i Macieja Gawlikowskiego poświęconych historii RPCiO i KPN w Krakowie: "Prześladowani, wyszydzani, zapomniani... Niepokonani. ROPCiO i KPN w Krakowie 1977-1981", Kraków, 2009 oraz "Gaz na ullicach. KPN w Krakowie. Stan wojenny 1981-1982", Kraków, 2012.