Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

Wspomnienia konfederatów

Obszar VI - Poznań

Restytut Staniewicz

 

Piotr Plebanek:
     Koledzy Konfederaci!
     Uznałem, że najwyższy czas upublicznić powyższy tekst. Zwłaszcza, że zdarza mi się usłyszeć że pan Restytut niewiele miał do powiedzenia na temat nurtu niepodległościowego (coś podobnego powiedział ostatnio Grzegorz Wołk na promocji mojej książki). Kilka lat temu nagraliśmy na trzech kasetach magnetofonowych wywiad z panem Restytutem. Odbyło się to w gronie Konfederatów w mieszkaniu Kasi Pietrzyk. Wywiad zaczyna się od rodowodu Staniewicza w XVIII wieku. Nam chodziło głównie o czasy najnowsze. Dlatego tekst z trzeciej kasety, dotyczący czasów po II Wojnie Światowej pracowicie przepisał Irek Głażewski. Nie było to takie proste, bo pan Restytut dykcję miał nienajlepszą, do tego palił papierosy i kaszlał. Przepisany tekst trochę wygładziłem i dla uporządkowania dodałem śródtytuły. Niestety nie udało się już go autoryzować, dlatego możliwe są nieścisłości, zwłaszcza jeśli chodzi o mniej znane nazwiska.
     

 

Rodowód

 

     Moja matka, córka Restytuta. Dziadek zmarł na trzy miesiące przed moim urodzeniem. Był dosyć znaną postacią wileńską. Urodził się w 1854 r., skończył prawo i był adwokatem, brał udział w sprawie Zułowa, kiedy Zułów bankrutował. Był przedstawiony Piłsudskiemu. W 1903 r. był syndykiem czy radcą prawnym w banku w Wilnie, od 1911 dyrektorem banku ziemskiego. Zawsze był za niepodległością. [Był] ostrożny, bo trudno było inaczej w banku ziemskim, ale zawsze (w konwentyklach) popierał orientację niepodległościową. Mama w tej atmosferze wyrosła. W latach 1907-1911 studiowała w Krakowie.
     Ojciec był dwa lata starszy, poznał ją gdy miał 17 lat...
     Mama była bardziej radykalna, jeszcze bardziej lewicowa. Sufrażystka, feministka. Ostatni rok przed wojną była w Paryżu. Była na odczycie Piłsudskiego w siedzibie Towarzystwa Geograficznego. Piłsudski naszkicował w lutym 1914 roku program działania obozu niepodległościowego. Długoszowski pisze – „To jest mój Wódz!”. Matka znalazła w tym przemówieniu wszystkie swoje tęsknoty, sprzeciw ugodzie i filisterstwu społeczeństwa, pragnienie walki o niepodległość.
     W czerwcu 1914 r. zrobiło się groźnie [bo na ziemie polskie i litewskie wkroczyło wojsko niemieckie i austro-węgierskie]. Dziad musiał ewakuować się z Wilna w 1915 r. z bankiem ziemskim, [chociaż] nie chciał tego. Mama spędziła okres wojny [w Wilnie, pod okupacją niemiecką], bo jej mama była chora, dziadek [w tym czasie przebywał] na terenie rosyjskim. W 1916 r. mama, młoda dziewczyna uznała, że musi pracować i znalazła pracę w Smoleńsku jako nauczycielka. [Pracowała tak przez] 2 lata. Przeżyła tam rewolucję[bolszewicką] w gimnazjum dla uchodźców.
     W Poznaniu żyje 90-letnia pani Krystyna, która była jej uczennicą, wdową po bratanku Narutowicza, który odegrał bardzo ciekawą rolę. Był członkiem Taryby [Litewska Rada Państwowa, która istniała od września 1917 r. do maja 1920 r.] i on zmusił ich do podpisania deklaracji niepodległości w 1918 r. Ci byli ugodowi, on był niepodległościowcem. Był Polakiem uznającym państwowość litewską. [Jego] syn był łącznikiem między rządem litewskim a Piłsudskim.
     Matka była w Wilnie pod okupacją niemiecką do 1918 r. Przeżyła czynnie wyzwolenie Wilna [przez wojsko polskie] w kwietniu 1919 r. Później pracowała w szkolnictwie, w gimnazjum. (została dyrektorem).
     Mama była bardzo piłsudczykowska, skłaniała się ku lewicy. Ojciec był bardziej centrowy. Mama w 1936 r., gdy była sprawa "Płomyka" [25 numer tygodnika dla dzieci i młodzieży (z 2 III 1936 r.) za sprawą Wandy Wasilewskiej, był przepełniony sowieckimi treściami i ukazywał ZSRR jako krainę miodem i mlekiem płynącą, co wywołało skandal] [i gdy nastąpił] atak prawicowy na lewicę, uważała, że nie była to infiltracja komunistyczna. Na pewno wpływ na nią, jako żonę ministra miało doświadczenie ze Smoleńska. Mama przez pierwsze dwa lata nie chciała przyjechać do Warszawy. Dojeżdżali do siebie, bardzo się kochali, o czym świadczą listy [ojca] do żony, które są diariuszem ministerstwa. Wszystko pisał, włącznie z tym, jak go podrywa pani Bartlowa [żona premiera Kazimierza Bartla]. Ale w 1928 r. mama zdecydowała się połączyć z mężem, dostała pracę w Poznaniu u Spasowskiego. Był on lewicowym człowiekiem. Jego syn był ambasadorem [PRL] w stanie wojennym [chodzi o Romualda Spasowskiego, który kilka dni po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce, poprosił o azyl polityczny w USA, za co skazano go na karę śmierci i pozbawiono polskiego obywatelstwa]. [Jej miejscem pracy była] półwyższa szkoła pedagogiczna. Bartlowie ich odwiedzali. Ojciec powiedział, odnosił [takie] wrażenie, że Bartlowa była nieszczęśliwa z mężem. Bartel ją zdradził z Hołówkową i małżeństwo się rozpadło.
     Hołówko to była tragiczna postać [chodzi o Tadeusza Hołówkę, pisarza i polityka II RP]. To był wielki przyjaciel Ukrainy (pół -Ukrainiec). Mama jadąc z nim salonką słyszała od niego, jaką wspaniałą rzeczą jest małżeństwo, jak on kocha swoją żonę. Może już coś podejrzewał. [Potem żona] zaszła w ciążę i on uznał córkę. Strasznie [był] zakochany w żonie.
     Mama była przeciwniczką nacjonalizmu, jako dyrektorka miała w gimnazjum Żydówki, Karaimki, Tatarki, Rosjanki. Litwinów było mało. Kucharki to były antysemitki katolickie. Zawsze mnie uczyła: - "Jeśli kochasz pana Marszałka, to musisz lubić Żydów!".
     Mama odegrała dużą rolę [w naszym życiu]. To, że ojciec przeżył, to [była] jej zasługa. [Była] wspaniała i nigdy [się] nie zniechęcała do działania. Matka zachęcała [nas do podejmowania wyzwań], była czynnikiem inspirującym. 11 listopada 1973 r. była [już] chora na raka (nie rozpoznanego). [Z ojcem stanowili] wyjątkowo partnerskie małżeństwo. W pewnych sprawach się różnili. Ojciec nie lubił Jędrzejewiczów, a mama się z nimi przyjaźniła, zwłaszcza z Januszem [chodzi o Janusza Jędrzejewicza, który w czasie I wojny światowej służył w legionach i POW, a w II RP był ministrem wyznań religijnych i oświecenia publicznego oraz premierem]. Była córka językoznawcy, sama była polonistką, zakochaną w Mickiewiczu. I nas tak uczyła! Naprawdę rozsądni są ci, których uważają za szalonych! Na ukształtowanie mojej osobowości ideowo-politycznej miała duży wpływ.


Po wojnie

 

     Wielu ludzi endeków trochę pogodzonych z Polską Ludową realizowało orientację zachodnią. Wojciechowski był z rodziny ugodowej. Ja nie mogłem się z tym pogodzić. W konspirację się nie zaangażowałem. Zgodnie z koncepcją kardynała [Augusta] Hlonda, że przy niezłomności w sprawach podstawowych, trzeba żyć w tym systemie. Wyciągał ludzi z podziemia. Ojciec był dobrym politykiem i wiedział, że III wojny światowej nie będzie (mimo, że w 1950 r., gdy wybuchła wojna koreańska, [rzeczywiście] mogła wybuchnąć).
     Jeśli chodzi o mnie chciałem podjąć legalną opozycyjną działalność. W 1946 r. po maturze, w wieku po 16 lat, próbowaliśmy stworzyć młodzieżówkę Stronnictwa Pracy. Jednak zostało ono przejęte przez agentów PPR [Feliksa Teodora] Widy-Wirskiego i [Zygmunta] Felczaka i za radą ojca wycofałem się.
     W 1950 r. zacząłem studiować historię. [Tymczasem] ojciec został aresztowany. [Wcześniej] przyszło trzech z Frontu Narodowego i zaczęli ojca namawiać, aby podjął inicjatywę, aby w środowisku naukowym podpisano list do biskupów z wezwaniem do uczciwego realizowania umowy między państwem a Kościołem. Ojciec odmówił, inicjatywa została storpedowana. [Późniejsze aresztowanie ojca] to była zemsta za storpedowanie tej inicjatywy. Ojciec pół roku siedział. Prokurator [Henryk] Łozowski-Cieśluk, który był później generalnym prokuratorem, chciał zrobić wielki proces. Pomogli ludzie z grupy wileńskiej. Ojca oskarżono o napisanie w 1946 r. opracowania na zlecenie [Władysława] Gomułki na użytek Instytutu Bałtyckiego w Bydgoszczy. Ojciec pisał o stosunkach polsko-sowieckich i rozstrzeliwaniach akowców. Był oskarżony na podstawie art. 24 § 2 [kk]. Podpadało [to] pod amnestię i umorzyli. [Ale] nie wolno było cytować [mojego ojca] profesora, drukować, wspominać. [To była dla niego] śmierć cywilna, [a dla nas -] trudny okres.
     Przez znajomości przez Komitet Centralny trzeba było odkręcać sprawę mojego zatrudnienia. Podjąłem pracę w Przedsiębiorstwie Robót Drogowych. Byłem przeciw systemowi, [ale] ulegając romantyce budów uznałem się za socjalistę (oczywiście nie za bolszewickiego, lecz niepodległościowego i demokratycznego).

 

Poznański Czerwiec 1956 r.

 

     Przyszedł czerwiec 1956 r. Ja, jeżdżąc do Warszawy, byłem zorientowany, że jest konflikt w PZPR-ze, że narastało wrzenie ludności … Ale w Poznaniu te środowiska były tak wyizolowane, że niewiele wiedzieliśmy, co się dzieje u Cegielskiego.
     K.P.: Nawet o sobie środowiska nie wiedziały.
     Kiedy rano przyszedłem do pracy i dowiedziałem się o sytuacji, no to próbowałem oczywiście skłonić załogę przedsiębiorstwa do strajku i wyszedłem. Pierwszy kontakt z buntem robotniczym był na Młyńskiej, gdzie [było] to więzienie… Palono akta, [i to] tak głupio, że akta hipoteczne nawet palono. Rozbrojono straż więzienną.
     Byłem wówczas taki „gomułkowy”. Widziałem, że właściwie jedyna szansa to jest Gomułka. Zdawałem sobie sprawę, że jednak to musi być w ramach tego systemu. Należałem do tych „październikowców”, jak wielu młodych z tego okresu… Wzniosłem hasło pod więzieniem na Młyńskiej: - "Niech żyje prymas Wyszyński i niech żyje towarzysz "Wiesław" - Gomułka!".
     Zorientowałem się, że klasa robotnicza nie bardzo podziela tego mojego zachwytu dla towarzysza "Wiesława". I zaraz potem znalazłem się w okolicach ulicy Kochanowskiego, gdzie padły pierwsze strzały. Od godz. 11.00 do godz. 4.00 operowałem właśnie na tym terenie. Bazą naszą było mieszkanie Wojciechowskiego, który tam mieszkał. On raczej nie wychodził z domu, ale [co innego] jego żona Nina, która była bardzo ładną dziewczyną i przebojową jeszcze z takim naszym kolegą Krzysiem. Podjechały trzy samochody to była chyba szkoła oficerska KBW.
     Oni tak stanęli, cały tłum na nich nacierał. 26-letnia Nina rozdarła bluzkę i obnażając piękny biust krzyknęła: - „Strzelajcie!” To wywołało wrażenie. Zaczęli oddawać pistolety maszynowe.
     A potem [nastąpił] właśnie szczytowy punkt. Ja z bronią w ręku nie walczyłem, to zawsze uczciwie mówię, ale w sensie agitacyjnym [brałem udział]...
     Później podjechało 5 czołgów, kompania oficerska imienia Czarneckiego, która dotąd była na Golęcinie [część Poznania; na terenie Golęcina znajdowała się po II wojnie światowej Wyższa Oficerska Szkoła Wojsk Pancernych]. Przy moście teatralnym zebrało się 200-300 osób. Rozmowy... Ja zacząłem grzać ten tłum. Zaczęliśmy śpiewać „Warszawiankę”, „Rotę”, i wznosiłem własne hasła. Pamiętam: "Precz ze stalinowsko-ochabowską reakcją!", "Niech żyje prawdziwy socjalizm!", "Niech żyje prawdziwy front narodowy, walczący o wolność i niepodległość!", "Niech żyje tow. Wiesław Gomułka!", :Niech żyje prymas Wyszyński!".
     To bardzo dobrze oddawało późniejszą atmosferę Października i ci chłopcy z czołgów (to były 4-osobowe załogi, 20 ludzi) tak się wahali się. Czy strzelać do naszych braci i sióstr? Tak trwało pół godziny, taka sytuacja patowa. Chłopcy nie zdecydowali [się] jeszcze [atakować] tych czołgów. I nagle w pewnym momencie pojawiła się grupa tramwajarzy na czele z 20-letnią dziewczyną - Marysią Kapturską. Ładna blondynka. Trzymała w ręku biało-czerwoną flagę umaczaną we krwi… Wpadłem na pomysł, że trzeba to wykorzystać i mówię do niej: - "Skacz na czołg!". Jeszcze pamiętam, że ją podsadziłem. To była scena, którą trochę zaaranżowałem (z jej oczywiście chętnym udziałem). To była najbardziej patriotyczna scena jaką widziałem w życiu… To było coś, jak scena [z obrazu] Delacroix „Wolność wiodąca lud na barykady”. Młoda dziewczyna, tylko nie z ciemnymi włosami, stojąca na czołgu z tą skrwawioną flagą.
     Ją parę dni później aresztowali, bo była bardzo widoczna, wszędzie się ruszała. Strasznie ją zbili. Wkrótce po tym przeszła na rentę, [będąc wieku] koło trzydziestki. Ona żyje jeszcze. Mieszka pod Poznaniem. Miała trudności z pracą, siedziała kilka miesięcy. Po październiku wypuszczono wszystkich, Gomułka kazał.
     Trafiliśmy z Krzysiem pod ogień czołgów. 4 karabiny maszynowe strzelały. Pisk taki straszny, iskry po bruku. Skoczyliśmy do takiego ogródka. Płot był na takiej wysokości jak ten obraz. Ja nigdy wysportowany specjalnie nie byłem, jednak przesadziłem ten płot bardzo sprawnie. Jak się jest pod ogniem, to takie siły się znajdują.
      W pewnym momencie zorientowałem się, że do miasta wkraczają całe masy czołgów. Widziałem jak grupa pancerna generała Boota maszerowała na Moskwę, widziałem, jak później bolszewicy maszerowali w drugim kierunku, ale takiej masy czołgów, jaka była w Poznaniu w dniu 28 i 29 czerwca nigdy nie widziałem. Oni tak już od godziny drugiej, trzeciej jeździli po mieście i wymiatali ulice ogniem maszynowym, taki dostali rozkaz. Dopóki wchodzili w kontakt [z cywilami], to żołnierze przechodzili na stronę powstania albo co najmniej ulegali neutralizacji. Ale potem im kazano zamknąć klapy i nie wychodzić, tylko jeździć i strzelać. Mimo że te grupy [czołgów] były [na ulicach], [to] na poddaszach i piwnicach ludzie walczyli do rana następnego dnia. Gdzieś ok. czwartej, piątej zorientowałem, że sprawa jest przegrana. Nie ma szans z setką czołgów, które wymiatają ogniem i zacząłem wracać do domu.
     Spotkałem wtedy znajomego, Konstantego Syrewicza. On był dziennikarzem w Słowie Wileńskim (zmarł w 1960 r. na raka), a z nim [Stanisław Cat-]Mackiewicz [pisarz, działacz polityczny, w latach 1954-55 premier rządu londyńskiego], który dwa dni wcześniej wrócił do kraju. On szedł mego ojca odwiedzić i razem poszliśmy. Ciekawa była reakcja Mackiewicza - taka ambiwalentna. Bo z jednej strony [był to] stary antykomunista, ułan u Dąbrowskiego, walczył z bolszewikami [w 1920 r.], a z drugiej strony - uraz antybrytyjski i taka świadomość, że to na pewno prowokacja. Pytał, czy to cały kraj, czy to tylko w Poznaniu. I na mnie patrzył podejrzliwie, bo ja przez ten skok przez płot byłem obdarty, umorusany. Parę godzin rozmawialiśmy. Jest taka książka, jak on się pierwszy raz znalazł pod ogniem jako ułan; ja go też poznałem pod świstem kul. On jeszcze godzinę posiedział im poszedł.
     Nie ukrywałem się, jednak miałem pietra, co będzie dalej i dopiero we wrześniu byłem dwukrotnie wzywany na przesłuchania, nie wiem dlaczego dopiero wtedy? Oni tam doszli, czy ktoś mnie zakapował? Pytali się: - "Co pan robił? Czy Pan ma ciemne okulary?". Jakieś niedokładne zdjęcia mieli. Krążyli w tłumie i robili zdjęcia. Czy ktoś kto mnie nie znał robił zdjęcia? Od większych kłopotów mnie wybronił Mackiewicz.
     - Czy ktoś może potwierdzić Pana alibi, że o czwartej, piątej był pan w domu?
     - Spotkałem Stanisława Mackiewicza...
     Nie dziwię się [że mnie zwolnili], [bo] byłoby to bardzo niezręczne, gdyby świadkiem procesu był człowiek (podkreślano, że premier rządu emigracyjnego), człowiek który wrócił, zaakceptował PRL. To byłoby niezręczne. Temu chyba zawdzięczam, że to się zakończyło tylko dwoma przesłuchaniami.
     Potem działałem w ruchu znakowym, katolickim, byłem inicjatorem...
 

Polski Październik 1956 r.

 

     W 1956 r. bardzo przeżywałem to VIII Plenum [VIII posiedzenie plenarne Komitetu Centralnego PZPR, na którym wybrano Władysława Gomułkę na I sekretarza KC PZPR wbrew stanowisku ZSRR]. Jak zaintonowałem w kościele „Boże coś Polskę” to wszyscy na mnie jak na wariata spojrzeli. 23 października zaraz po Plenum przyjechali [Ignacy] Loga-Sowiński [działacz komunistyczny] i gen. [Jan] Frey-Bielecki [oficer LWP] wyniki Plenum przekazać. Tłumy były wielkie. Ja chciałem wygłosić z balkonu deklarację poparcia dla Gomułki i żądanie wypuszczenia Prymasa, ale nie udało mi się tam dotrzeć, bo była silna obstawa.
     Poszliśmy na [ul.] Ostroroga, gdzie były wojska sowieckie. Dziewczyny krzyczały: - „Udusić ich! Zamordować!”. Ja tłumaczyłem: - "Słuchajcie! W ten sposób mogą wkroczyć i wszystko to nam przerwać!". Tłum ruszył. Gen. Frey-Bielecki wytłumaczył w ciągu dwóch kilometrów marszu, że nie można tego robić. Należał do frakcji puławian, która popierała Gomułkę.
     Zaniosłem tekst do redakcji "Głosu Wielkopolskiego". Został wydrukowany z jednym skreśleniem. Taka była postawa Bolesława Piaseckiego [w II RP działacz ONR-"Falanga", w czasie II wojny światowej przywódca Konfederacji Narodu, w latach 1944-45 w więzieniu sowieckim; potem stworzył i kierował Stowarzyszeniem PAX]. Skreślił słowo „agenturalne”. Tekst był w duchu chrześcijańsko socjalistycznym - „Żądamy wypuszczenia Prymasa!”.
     To był taki okres, że wszystko puszczał naczelny Kraśko [Wincenty Kraśko, w tym czasie I sekretarz KW PZPR w Poznaniu, w latach 1951-52 redaktor naczelny "Głosu Wielkopolskiego", dziadek dzisiejszego dziennikarza TVP - Piotra Kraśko], który był październikowcem.
     Ja pojechałem do Krakowa, do Stommy [Stanisław Stomma - w latach 1946-1953 redaktor naczelny miesięcznika "Znak"], gdzie zaczęły się tworzyć KiK-i [Kluby Inteligencji Katolickiej], byłem na zjeździe założycielskim 3-4 listopada w Krakowie a następnie koło Skarżysko-Kamiennej.
     Rozeszła się wiadomość, że Rosjanie wkraczają do Budapesztu [chodzi o powstanie narodowe na Węgrzech w październiku i w listopadzie 1956 r., krwawo spacyfikowane przez Armię Czerwoną]. [Powstała] panika, że wojna będzie. Francuzi i Anglicy uderzyli na Egipt [chodzi o tzw. kryzys sueski w październiku 1956 r.] i wciąż sowieckie czołgi stały pod Warszawą.
     Ludzie Frankowskiego [Jan Frankowski w 1956 r. wraz z ok. 40 innymi osobami wystąpił ze Stowarzyszenia PAX i założył Chrześcijański Instytut Społeczny, przemianowany w 1957 r. na Chrześcijańskie Stowarzyszenie Społeczne] odskoczyli od partii, zakładali "chrześcijańskie stowarzyszenie" i mnie zaprosili. Ale ja odpowiedziałem, że nie będę przeciw "Tygodnikowi Powszechnemu". Okazało się, że Frankowski robił to na zlecenie Kliszki [Zenon Kliszko - działacz komunistyczny, współpracownik Gomułki]. [Była to] alternatywa katolicka i dla PAX-u, i dla ruchu [KiK-ów] - może nie agenturalna, ale frakcja Gomułki potrzebowała mieć [swoich] katolików. Morawski [chodzi o Kazimierza Morawskiego, działacza ChSS], wnuk księcia-regenta [Kazimierz Morawski był wnukiem księcia Zdzisława Lubomirskiego, jednego z trzech członków Rady Regencyjnej 1917-1918] był [później] w SLD. Był takim "katolickim eseldowcem". Kilka tygodni temu jak wyszły antysemickie wypowiedzi tych od Kwaśniewskiego to "Kwach" wybronił tych swoich, a jego wywalił z kancelarii [w marcu 2001 r. Kazimierz Morawski zrezygnował z funkcji dorady Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ds. mniejszości narodowych, po artykule w "Gazecie Polskiej", w którym zarzucono mu udział w antysemickiej nagonce w 1968 r.].
     Naraziłem się bo mnie do zarządu [ChSS] chcieli wybrać w Poznaniu. Weszli tylko endecy i chadecy, ja znalazłem się na marginesie w latach 1956/57. Ja miałem orientację chrześcijańsko-lewicową.

 

Leszek Moczulski

 

     Wówczas znalałem się w "Więzi", która była najbliższa mi ideowo. Mnie nie odpowiadała u Mazowieckiego [chodzi o Tadeusza Mazowieckiego, który w 1958 r. był twórcą i został redaktorem naczelnym miesięcznika "Więź"] ugodowość wobec PRL-u, ale generalnie Leszka przygarnął i innych [Leszek Moczulski, po wyjściu z więzienia w 1957 r. otrzymał decyzją Biura Prasy KC PZPR zakaz pracy w mediach; w 1959 r. trafił do redakcji "Więzi", gdzie współorganizował dział historyczny]. Był to parasol dla opozycjonistów.
     Jak ktoś miał "zapis", to pisywał do "Więzi". Kuroń, Michnik, przedtem Moczulski. I właśnie powstał ośrodek z Siemianowskim na czele [chodzi o Andrzeja Siemianowskiego, redaktora "Więzi"]. Myśmy dużo zrobili.
     W maju 1967 r. nastąpiło pierwszy raz podjęcie [przez nas] piłsudczykowskiego motywu. Rok po śmierci ojca (jego nie stało to ja się poczułem) i zamówiłem 12 maja mszę u dominikanów. Namówiłem Siemianowskiego: - "Zaprosimy Moczulskiego, to taki dobry historyk, zna węzłowe tematy II Rzeczpospolitej". Siemianowski chętnie się zgodził. Na wejście i zakończenie mszy był motyw I Brygady a potem było spotkanie dla kilkunastu ludzi. Moczulski mówił o Piłsudskim. Doszliśmy do godz 20.40 dokładnej daty śmierci i ja przeczytałem meldunek Składkowskiego [chodzi o gen. Felicjana Sławoj-Składkowskiego, żołnierza I Brygady Legionów, ostatniego premiera II RP] i wezwałem do chwili milczenia.

 

Giertychowie i PAX

 

     [Na tym spotkaniu] był Maciej Giertych, syn Jędrzeja. Jeszcze nie był profesorem dendrologii. Jak niepyszny stanął, bo oni są strasznie antypiłsudczykowscy.
     Miałem kolegę z Wilna. Był to Jerzy Milecki, postać dwuznaczna, który był w PZPR i PAX-ie, agent rosyjski, bardzo zdolny człowiek, parę książek wydał. Piasecki słabo pisał dlatego go używał, żeby tamten pisał pod swoim nazwiskiem, [a] Piasecki mówił co pisać. Gość był gadatliwy, odwiedziłem go w Słupsku. Powiedział, że Giertych robi działalność w Londynie za pieniądze PAX-u.
     [Ale] cała działalność PAX zaczęła się od rozmowy [Piaseckiego] z Sierowem [chodzi o gen. NKWD Iwana Sierowa, tego samego, który doprowadził do aresztowania 16 przywódców podziemia niepodległościowego w 1945 r., skazanych w tym samym roku w procesie moskiewskim]. Piasecki miał go przekonać, że należy go [Piaseckiego] użyć, a nie rozstrzelać.
     W 1957 r. w [artykule opublikowanym w piśmie] „Dookoła Świata” Moczulski dał do zrozumienia że syna Piaseckiego zabili ortodoksi żydowscy, [gdyż Piasecki] ściągnął na siebie ich nienawiść. Ludzie z UBK [chodzi o Uderzeniowe Bataliony Kadrowe – oddziały partyzanckie Konfederacji Narodu działające w latach 1942-1944 (od 1943 w ramach Armii Krajowej)] zabili rabina. W Talmudzie jest zapis że za zabójstwo rabina karze się śmiercią pierworodnego [22 stycznia 1957 r. został uprowadzony i zamordowany 15-letni syn Bolesława Piaseckiego, Bohdan. Dopiero 8 grudnia 1958 r. odnaleziono jego zwłoki].
     Mój znajomy, Lemborkowski [Lęborkowski?], gdy ich [oddział UBK] otoczył, [to] Piasecki został włączony do 77 pułku piechoty AK. Brał udział w marszu na Wilno [chodzi prawdopodobnie o akcję AK "Ostra Brama"], a potem [w obawie przed Sowietami] szybko się wycofał [razem] z Niemcami. W oczach bolszewików miał stare kondemnatki [wyroki]. Jesienią 1944 r. został aresztowany [przez NKWD].

 

nurt niepodległościowy

 

     To dosyć dobrze wychodziło. Myśmy nie zdawali sobie sprawy (większość z nas), że to już jest działalność nn. A z różnych takich niedopowiedzeń, napomknięć Leszka [Moczulskiego] (była wokół niego taka aura tajemniczości) wynikało, że to coś więcej, niż to co oficjalnie robimy.

     To było w 25 rocznicę września w 1964 r. Była ostatnia konferencja toruńska. Był referat Wojciechowskiego o genezie II wojny światowej, Leszka [Moczulskiego] o kampanii w Polsce. Ja mówiłem o problemie mniejszości niemieckiej, Szteyer [Steyer?] o polityce okupanta hitlerowskiego. To była odważna sesja, to miało być opublikowane w formie materiałów i nagle to storpedowano przed oddaniem do druku. Wojciechowski się chyba wówczas przestraszył i odskoczył wówczas od nas i zaraz zapisał się do partii bojąc się o i swoją pozycję na Uniwersytecie.

     Z tym że Akcja Historyczna w formie tego wykorzystywania oficjalnych sesji się skończyła. Ponieważ jednocześnie byłem od końca lat 50. związany ze środowiskiem "Więzi", przyjąłem jako platformę działania oddział redakcji "Więzi" w Poznaniu. Pierwszy mocniejszy akcent to był 32 rocznica śmierci Piłsudskiego. W 1968 r. - 50 rocznica niepodległości. Była grana "Pierwsza Brygada". Był wieczór słowno - muzyczny. Leszka nie było, tylko ja to robiłem z Siemianowskim.

 

Millennium [1966 r.]

 

     Bardzo ważnym momentem było Millennium 1966 r. Po raz pierwszy tak wielkie masy wyszły przeciw władzy. Była prowokacja, grupa moczarowska chciała obalenia Gomułki. Zaczęło się w Gnieźnie i w Poznaniu. Jakiś oficer SB przyszedł do spowiedzi i powiedział [księdzu] zastrzegając, że to nie jest tajemnica spowiedzi. Miało być tak, że obraz przyjechał w sobotę wieczorem do Hali Poznańskiej. Była atmosfera napięcia. A następnego dnia miał przejść w procesji do katedry. Było wiadomo, że władze partyjno-policyjne miały obrazu nie puścić. Robotnicy Cegielskiego odgrażali się, że z gazrurkami w rękach utorują Matce Boskiej drogę. Kto wie, czy część z tych robotników nie była manipulowana. Rzuciliby się z gazrurkami, padłyby strzały... I biskupi zrezygnowali z procesji i przewieźli obraz mniej oficjalnie. Nie było pretekstu do prowokacji. Była w partii frakcja przeciwna prowokacji.
     J.W.: Być może władze obawiały się dużej liczby ludzi na ulicach, nieprzyjaznych wobec władz i przeciek kontrolowany był po to, aby zachęcić biskupów do takiej reakcji.
     Celu nie osiągnęli. Tłumy i tak były przed katedrą. Gomułka przemawiał: - „Nie wpuściliśmy Papieża do Polski!” (Paweł VI chciał [wtedy] przyjechać). Podpisywano listy. Ja tam wtedy nie byłem. Wyszyński czekał 3 godziny, aż ludzie stamtąd przejdą tutaj, bo ludzie powoli uciekali. Jak Gomułka skończył to rozchodzili się, ale ogromna większość była pod katedrą. A Prymas cierpliwie czekał. O północy, w czasie pasterki maryjnej arcybiskup Kominek mówił: „Nie można z żelazem w ręku bronić Matki Bożej !”. Ostrzegał, wiedział o tej prowokacji.
     W Warszawie 24 czerwca [1966 r.] [stałem tam, gdzie jest] róg katedry i Plac Zamkowy. Były ogromne tłumy, ale jedna trzecia to aktyw partyjny, oficerowie LWP po cywilnemu, SB i inni. Prymas wybrnął po mistrzowsku hasłem „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. [Byli] młodzi ludzie w ortalionach (spod tego wystawały [im] koloratki). Za nami szło czoło pochodu. Ludzie zaczęli odrzucać milicjantów. [A były wtedy w Warszawie] ogromne masy milicji, co 5 metrów gazik na Nowym Świecie. Cały teren: Świętokrzyska, Ogród Saski, Marszałkowska [był obstawiony]. Tłumy milicji z pistoletami maszynowymi, w kaskach.
     [Po tych uroczystościach] pożegnałem narzeczoną i poszedłem do Leszka. On był trochę z boku, rolę Kościoła docenił później. Siedzieliśmy na [ul.] Jaracza [w mieszkaniu Moczulskiego] i nie wiedzieliśmy o tym co się działo na Nowym Świecie. Doszło do starć, nastąpiło wtargnięcie do kościoła św. Krzyża. To były pierwsze tak masowe zajścia, dwa lata przed 1968 r.!
     J.W.: Wzmożona walka Gomułki z Kościołem.


 Rok 1968

 

     J. W. : Jaki był wpływ roku 1968 na nurt niepodległościowy?
     Muszę powiedzieć, że tu różniliśmy się trochę z Leszkiem. On stawiał na grupę Moczara. Mówił: „Ja manipuluję Moczarem”. Chociaż to było trochę przesterowane. Moczar miał za sobą aparat MSW, ZBOWiD. Leszek był samotny nawet licząc nn - opierał się na starych działaczach jak generał Abraham, Pluta Czachowski, luźna struktura. To byli ludzie z ogromnym doświadczeniem, dawna formacja peowiacko-dwójkarska.
     Kiedyś rozmawiałem z Henrykiem Józewskim polityk piłsudczykowski z czasów II RP], mówiłem, że przyjdę do niego z Leszkiem Moczulskim, a on mówi: „Żadnych Leszków!”. To nie był brak zaufania, chodziło o to żeby nie łączyć pionów. Henryk Józewski był na pewno czołową postacią nn. Zmarł w roku 1979 lub 1980. Miał wylew krwi do mózgu, ostatnie dwa lata był wyłączony.
     W 1968 r. strasznie przeżywałem to poczucie bezsilnej rozpaczy, bo niewiele można było zrobić.
     W 25 rocznicę Marca wziąłem udział w takiej sesji, która miała miejsce na uniwersytecie. Przyjechało na nią masę komandosów. [Byli] już obywatelami Izraela. [Przyjechali] z dziećmi, nastolatkami, które ani słówka po polsku nie umiały. Szwargotały po hebrajsku. Atmosfera była taka, że to żydowska sprawa. Zabrałem wtedy głos.
     Ja nie byłem nigdy antysemitą. Wiedziałem, że plany operacji amerykańsko-izraelskiej przez Moskwę i Warszawę przedostały się do Mossadu. I oni [sowieci] chcieli zlikwidować ośrodki żydowskie w Polsce. Ale Marzec to także dalsze ogniwo walki o niepodległość. W Warszawie, gdzie było więcej ludności pochodzenia żydowskiego, ten nurt dominował, ale w Poznaniu, gdzie Żydów było niewielu, chodziło o coś innego.
 

Rok 1970

 

     J.W. : Jaki był wpływ roku 1970 na nn ?
     Leszek Moczulski przyjechał do Poznania na początku Grudnia 1970 r. To było po podwyżkach. Staliśmy na dworcu i mówiliśmy: - „Mój Boże, jaki [jest] ten naród? Przecież powinien się ruszyć”. Nie wiedzieliśmy, że tego dnia, co rozmawialiśmy, w Gdańsku już się zaczęło. Ale potem tak, jak wszystkie środowiska intelektualne, inteligenckie, zachowaliśmy się biernie. Konwentu [jeszcze] nie było... To było trochę po załamaniu się Akcji Historycznej, a jeszcze przed tym nowym etapem. Mnie usunięto z Instytutu Zachodniego 1 stycznia 1971 r. Miałem starania o [nową] pracę. Nie był to dla mnie dobry czas. Zresztą wiadomo, że prawie nikt nie poparł robotników Wybrzeża. Dopiero doświadczenia Marca 1968 r., kiedy robotnicy nie poparli inteligenckiej młodzieży i późniejsze Grudnia 1970 r. złożyły się na [powstanie] KOR.

 

Działalność nn w pierwszej połowie lat 70.

 

     W mojej działalności starałem się kanalizować ludzi marcowych, młodzież. To był taki przyjaciel Sylwester Skory, wówczas młodziutka Ola Bessert [miała wtedy] 18-19 lat, studentka. Młodzi Puszelniccy. To był wyraźnie element działalności niepodległościowej. Oni też nie wiedzieli tego, ale ja już wiedziałem [- wtedy] na przełomie [lat] 1970-71. Pamiętam, że były takie rekolekcje w Chludowie pod Poznaniem. Było niewiele osób. Potem doszło do zerwania z Siemianowskim, który się przestraszył. Przestraszył się dlatego, że myśmy zaczęli planować i przygotowywać taką wielką imprezę w 150 rocznicę „Ody do młodości”. Było to wyraźne nawiązanie do „Marca”. Uznał, że to robota rewolucyjna. I doszło do rozejścia się. Zresztą w to środowisko młodzieżowe - na terenie kilkunastu chłopców i dziewcząt - bardzo zręcznie wkradł się agent, Juli Eiman. Umiał grać na ambicjach Siemianowskiego. I został wkrótce zdemaskowany jako agent. I potem jak został spalony okazało się, że był członkiem partii i asystentem. On postraszył Siemianowskiego.
     Ale wówczas mieliśmy nową płaszczyznę, już w prywatnych mieszkaniach. Inauguracją były obchody 55. rocznicy niepodległości w moim mieszkaniu Było ok. 50 osób przy poparciu matki ciężko chorej, ale wspaniałej. Zaprosiłem Cywińskego. To było zaraz po opublikowaniu jego książki „Rodowody Niepokornych”. To były dwie [ważne wtedy] książki „Wojna polska” Leszka Moczulskiego i „Rodowody Niepokornych”. Cywiński nie przyjechał i dotąd się nie wytłumaczył. Podejrzewam, że był pod wpływem przyjaciół z kół liberalnych z kręgów warszawskich, tak sądzę. Przyjechał Leszek i wygłosił wspaniałe przemówienie. To była wizja tego, co nastąpiło. [Mówił o tym, że] naród polski odzyska poczucie swojej siły, że teraz jeszcze tego nie widać, ale już niedługo [treść tej prelekcji prezentujemy tutaj]. To zrobiło wrażenie na zebranych. Nie wszystkim odpowiadało, byli agenci SB i postendeckie środowiska. To było 11 listopada [1973]. Zaczęto ludzi straszyć.
     22 stycznia [1974 r. było spotkanie w] mieszkaniu państwa Kruszewickich. Dopiero wtedy się wystraszyli, gdy padło „nic się nie osiągnie bez ofiar” (na przykładzie powstania 1863 r.).
     Następny wieczór był w marcu [1974 r.], w mieszkaniu Oli Bessert. [Był to wieczór] młodzieżowy. [Przyszło] niedużo ludzi. [Zorganizowaliśmy go] pod tytułem „ Cztery rocznice w roku 1974: 70 rocznica pierwszego wystąpienia zbrojnego na placu Grzybowskim, 60 rocznica wymarszu pierwszej kadrowej, 35 rocznica „wojny polskiej”, 30 rocznica powstania narodowego (wtedy tak nazywano Powstanie Warszawskie w 1944). Potem zorganizowałem Leszkowi spotkanie w bibliotece poznańskiej. Mówił o światowej sytuacji, wysunął tezę, że islam od południa rozsadzi Związek Sowiecki, a Ameryka Północna zagrożona jest przez południową presję demograficzną. To jest w „Dylematach”. Zmierzch supermocarstw i wniosek, że Europa wygra tę rywalizację. To odważnie było powiedziane.
     Przekonaliśmy się, że można urządzić takie spotkanie, powiedzieć rzeczy mocno odważne i SB nie wkroczyło, chociaż straszono i oddziaływano później.
     Były inne młodzieżowe spotkania w Krakowie.
 

Międzymorze

 

     Jeszcze wracając do wieczoru 11 listopada 1973 r. Ja przywiązywałem wielką rolę do idei Międzymorza. Całe mieszkanie było udekorowane. Bukiety kwiatów: biało-czerwone, żółto-zielono-czerwone, biało-czerwono-białe, żółto-niebieskie. Barwy narodów I Rzeczypospolitej: polskie, litewskie, białoruskie, ukraińskie. Również świeczniki były w tych kolorach. To stwarzało atmosferę. A potem był wieczór muzyki białoruskiej, tańce. Ale to jakoś nie chwytało.
     Znacie Panowie sprawę Sylwestra Wojewódzkiego i działaczy białoruskiej Hromady. Byli sądzeni za zdradę, wyjechali do ZSSR, a tam z kolei skazani na śmierć za zdradę na rzecz Polski i białoruski nacjonalizm. U nas uważano ich za zdrajców, a ja wiem od ojca, że to byli ludzie wysłani przez Piłsudskiego, aby utrzymać kontakty z tamtejszymi Polakami.
 

Litwa

 

     Z młodzieżowych akcji nn-owskich bardzo ciekawe było spotkanie w grudniu 1974 r. Przyjechały do Poznania dwie Litwinki. Jedna z nich z 29-letnia Grażyna Mensoniani z domu Sokołowska, która była córką oficera czy podoficera I pułku ułanów im. ks. Radziwiłła w Kiejdanach. Była inżynierem urządzeń chłodniczych. Ona dużo mówiła, była bardzo patriotyczna. Moim zdaniem była powiązana z podziemiem. Było spotkanie o litewskim maju 1972 r. [Była] manifestacja [po której] siły niepodległościowe na pół dnia opanowały miasto Kowno. Tam były bojówki studenckie, w kaskach motocyklowych, z pałkami i rowerowymi łańcuchami (straszna broń) i oni tę milicję rozpędzili. Kiedy nadjechały czołgi dali sygnał przez tranzystory, aby opróżnić ulice. Nie było większych strat. Grażyna opowiadała jak 80 młodych chłopców, kawalerów nie mających dzieci ani nikogo na utrzymaniu złożyło przysięgę, że gotowi są ponieść śmierć przez samospalenie za wolność Litwy i religii katolickiej. Sześciu się spaliło, kilku zostało schwytanych, kilku złamało ustalenia. Tych, których wykryto, to zniknęli. Ich rodziny zostały bez żadnych wiadomości. Ciekawy pomysł. SB się dowiedziało. Gdy [potem] przyjechała [do mnie] kobieta aż z Wilna, poprosiłem ją, aby pozdrowiła Grażynę. Syn jej miał dwa lata, nie chciała, aby zginął w ten sposób. Ale [jej] mąż mówił, że dla wolności Litwy żadna ofiara nie jest za wielka. [Kiedyś] zadzwoniłem [do niej]. Syn odebrał. Powiedział, że rodzice się rozstali.
     Ten kontakt mnie ostatecznie zdeterminował, gdyż ja mam taką litewską świadomość. Powiedziałem, że skoro ten mały naród litewski ma taką determinację, to my tym bardziej.
     Wolna Europa mówiła o tych spaleniach. Kowno 19 maja 1972 r., [potem] 27 maja ([to] były moje imieniny). Wzniosłem toast na cześć tego co się stało w Kownie, ludzie byli z całego kraju z nn. Pogrzeb zmienił się w demonstrację, która została zaatakowana przez milicję rozpędzoną przez bojówki niepodległościowe. Po paru godzinach uciekli.
     Wydarzenia 1972 r. są na Litwie bardziej znane niż w Polsce.

     Poza jawną działalnością (petycje) była czysta konspiracja o charakterze bojowym. W 1976 r. komandosi Frontu Wyzwolenia Litwy 3 razy wysyłali list do I sekretarza KPL [Komunistycznej Partii Litwy], żeby jako Litwin był patriotą w różnych sprawach, [np] rozliczenia z budżetem związkowym. On nie zastosował się do tych rad. Po trzecim ostrzeżeniu był zamach na niego, komandosi z Frontu Wyzwolenia Litwy zajechali go samochodami, jak jechał z Wilna do Kowna, [a następnie] ostrzelali i obrzucili granatami. Został ranny w lesie. Co się stało z tymi ludźmi nie wiadomo. Mówiono, że otoczyły ich helikoptery z komandosami sowieckimi i wymordowali wszystkich.
     Później była historia bardziej jawna. W Szawlach był zakład przetworu produktów mięsnych, w którym wyrabiano znakomite produkty. Zaopatrywano głównie Moskwę. To było na fali polskich wydarzeń w 1976 r. Na bocznicy stanął pociąg z 50 wagonami. W nocy przyspawali go do szyn. Dwie lokomotywy ruszyły i wszystko się rozwaliło. Dwa tygodnie trwał remont torów.
     Rozmawiałem o tym z moim przyjacielem, były prezesem Sajudisu, który mówił: - ”Nie ujawniamy wszystkiego [co robimy], bo to jeszcze za wcześnie. Co innego [wiadomości] o podziemiu z lat 1944-54. [Nasi o tym] dużo piszą, bo ci ludzie [którzy wtedy walczyli o niepodległość Litwy] przeważnie nie żyją, [a] jeśli żyją to [już] przeszli obozy. Natomiast ci z lat siedemdziesiątych mogą się jeszcze przydać, [bo] może być [sowiecka] inwazja [na Litwę]”.
     On mi opowiadał - Braunas Makauskas (Bronisław Makowski) - że w latach 70. ciągle go SB nachodziło czy zapraszało. Pytali [go] o Staniewicza. Był to jeden z litewskich bohaterów i on KGB zniknął. Ani nie znaleziono go wśród zabitych, ani nie uciekł za granicę. [Albo] poległ i nie zidentyfikowano go, albo się dobrze zakonspirował. SB dostało polecenie i Makowskiego pytali czy on nie wie i czy w Polsce go warto szukać.
 

Konwent

 

     W tym okresie powstał Konwent. 18 marca 1974 r. w Poznaniu [odbyło się] spotkanie Konwentu. Brało udział 5 osób: gospodarz - Ryszard Zieliński, Leszek Moczulski, Romuald Szeremietiew, Andrzej Szomański i ja. Imieniny Komendanta.
     Było jeszcze jedno spotkanie w tym roku. Późniejszy rok odpuściłem. Miałem trudny okres, bo mama umierała na raka (w latach 1974-75). Byłem zmęczony: śmierć matki, zmieniałem mieszkanie.
     Leszek przyjechał na pogrzeb mojej matki, była mała stypa, i towarzyszył mi do ZUS poznańskiego. Opowiadał, że się szykuje "List 69". On o tym wiedział. Mówił o tym [także] Wojtek Ziembiński, ale naprawdę on [Moczulski] wiedział wcześniej.
     Leszek mówił w Krakowie w 1974 r. , że trzeba mocno pójść naprzód. „Demoliberałowie”, masoni z loży Kopernika, niech idą [pierwsi]. Musimy iść z tyłu, przepuścić ich przodem, a potem wyprzedzić. Na spotkaniach Konwentu mówiono już wyraźnie o podjęciu jawnej działalności opozycyjnej. Spotkania [były] w Warszawie. Leszek dużo opowiadał.
     Później miałem kłopot z mieszkaniem, zostałem zmuszony do opuszczenia mieszkania, bo władze partyjnie postanowiły komuś to mieszkanie podarować, przydzielić. To był koniec życia mojej matki.
     

Generał Abraham i opozycja

 

     P.P.: Czy znał Pan generała Abrahama?
     Generała Abrahama poznałem chyba w kwietniu 1976 r. na obchodach piętnastej rocznicy [powstania] „Więzi”. Tadeusz Mazowiecki wówczas [tę imprezę] urządzał. Była msza w Kościele św. Marcina i potem raut w lokalu KiK-u i „Więzi” na [ul.] Kopernika. [Przyszło] ok. 200 osób. Ze starszego pokolenia: generałowie Abraham i Boruta-Spiechowicz, Melchior Wańkowicz, Stefan Kisielewski, środowisko „Więzi”, Michnik z późniejszego KOR-u, Jacek Strzelecki, Leszek Moczulski jako były współpracownik "Więzi". Masa ludzi, cała późniejsza opozycja. Nie było Kuronia. Wiele lat później dowiedziałem się od Szpakowskiego, że poprzednio pojechali do Kuronia – Mazowiecki i paru innych – z butelką koniaku.
     Kiedy kardynał Wojtyła przyjechał do Warszawy, Tadeusz Mazowiecki zapraszał ich na kolację, na której był Kuroń i Michnik, po czym oni odwiedzali Kardynała w Krakowie.
     Słabością Leszka było to, że nie miał on szerszego oparcia w środowiskach warszawskich. To mu chyba zrobili po tym artykule w „Dookoła Świata”. Rzucili taki cień na człowieka, że niepoważny, nacjonalista, antysemita. A on z kolei - tu jest też jego błąd – czuł się trochę zaszczuty.
     J.W.: Stąd się pewnie wziął fakt, że Przewodniczący zawsze kandydował nie z Warszawy, a z Krakowa, widocznie tam czul się lepiej.
     [W Krakowie istniały silne] środowiska piłsudczykowskie...


 Rok 1976

 

     Potem przyszedł rok 1976. Ursus i Radom. Pamiętam, że przed przejściem do jawnej opozycji pragnąłem się skonsultować u biskupa Szykuckiego, przyjaciela Prymasa i pojechałem do Warszawy. Radził z Moczulskim iść naprzód. Zaczęło się na dobre.
     W 1976 r. było pismo „U progu”. Łącznikiem między Poznaniem i Warszawą został Ryszard Szostakowski, starszy ode mnie inżynier. Miał dojeżdżać do Poznania często. Został opublikowany "Program 44" (w lipcu i sierpniu 1976 r.). Niektórzy z nas zaangażowali się w KOR. Ja byłem za współpracą. Oni byli nieufni. Uważali że my to klerykałowie, nacjonaliści. Ale ja uważałem, że trzeba współpracować.
     Miało być w grudniu 1976 r. spotkanie z Kuroniem w celu współdziałania. Miał być Leszek, ja, Kuroń i Macierewicz. Ja w tym nie wziąłem udziału. Omawiano wspólną linię działania.


Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela

 

     Ja nie byłem na początku rozmów o powołaniu ROPCiO, nie uczestniczyłem w powołaniu. Dowiedziałem się dwa dni po powołaniu z Wolnej Europy i wstąpiłem do ROPCIO 29 marca [1977 r.].
     W Warszawie na Marszałkowskiej można było pracować w kawiarni "Świtezianka". W Poznaniu przy Placu Wielkopolskim 29 marca [1977 r. też] w kawiarni "Świtezianka" podpisałem deklarację. Potem Leszek proponował, abym w mieszkaniu urządził punkt informacyjny. Otworzyłem go 1 lipca 1977 r. Za dużo pism nie przychodziło. W środy miedzy 17.00 a 19.00 przychodzili różni ludzie, również i ubecy, olsztyński akowiec, przychodzili ludowcy od Nowaka. Byli ostrożni, ale brali prasę. Nawet pan Jagła Michał. Mówił: - „Jeżeli pozyskacie Nowaka to wygracie”. Pojechaliśmy do niego do Tarnowa Podgórnego, aby podpisał akces do ROPCIO. On robił z siebie chorego inwalidę. Trzeba pamiętać, że był rok w celi śmierci. Nie całkiem ufał, robił z siebie bardzo chorego, a chyba nie był taki. W środowiskach ludowych też mieliśmy wejścia.
     A wcześniej [został utworzony] w Poznaniu NN [tzw. techniczny Nurt Niepodległościowy, pisany zawsze z dużej litery, gdyż przeciwieństwie do nn (z małych liter) była to organizacja a nie luźna struktura]. 15 październiku 1976 r. przyjechał Leszek, zamieszkał u mnie, był kilka dni. Ja zorganizowałem spotkanie kilkunastu osób ze środowiska niezależnego u ojca Gałka. Leszek mówił o całej sytuacji, krytykował Kuronia, a pomimo to zakończył : - „A mimo wszystko to fajny [jest] z niego facet”. To było w godzinach wieczornych, a potem była całonocna konferencja u Oli Bessert. Był Leszek, dwaj ludzie wyznaczeni na kierownictwo NN w Poznaniu. To taki doktor Miecio Sawkowski i Maciej Pstrąg-Bieleński. Chrostowski się trochę przestraszył, Ola Bessert... Później doszło dwóch młodych chłopaków: Edek Maliszewski i Piotr Lisek ze Szczecina. Dużo ludzi się kręciło.
     Sporo rzeczy zrobiliśmy, np. akcja na 1 listopada [1977 r.]: groby znacznych naszych osób udekorowaliśmy biało-czerwonymi wstęgami. To robiło 15 osób. Maciej Pstrąg - Bieleński uważał, że powinien być napis na szarfach ”Wolność, Całość, Niepodległość”, a ja (idąc za tradycją jakobinów wileńskich i PPS) i Anka - że „Wolność, Równość , Niepodległość”. I to na SB zrobiło chyba duże wrażenie. Setki grobów były tak udekorowane.
     Przed 11 listopada [1977 r.] zrobiliśmy piękne afisze z orłem w koronie. Po mszy świętej wyruszyło pięć grup dwuosobowych. Ola i Maciej Pstrąg-Bieleński zostali zatrzymani przez milicję na kilka godzin. Zaczynamy wczesnym rankiem. Część została rozplakatowana, a część natomiast usunęły patrole milicji. Rotmistrz Lubicz-Chojnowski z NSZ-u, żartowniś, podszedł i zapytał:
     - Dlaczego zrywacie, przecież to jest nasz polski orzeł?
     - A bo z koroną;
     - Tu chodzi rocznicę święta. Wtedy był orzeł w koronie, teraz jest bez korony;
     - Taki rozkaz mamy.
     Wszystkie pozrywali metalowymi szczotkami. To była druga akcja w listopadzie w 1977 r.
     Był rozłam w Ruchu Obrony w 1978. Ja stanąłem po drugiej stronie przeciw Leszkowi. Wówczas mówiono, że rozłam zmanipulował Jacek Kuroń z Pawłem Mikłaszem dużą sumą pieniędzy i związaną z tym działalnością. Jednocześnie rzucił pomówienie, że Moczulski jest związany z Moczarem. [Potem] okazało się że inspiratorem był pałac Mostowskich [gdzie mieściła się siedziba SB w Warszawie] nie Kuroń.
     Okazało się, że do każdego działacza przewiązany był agent. Paweł Mikłasz - chyba pod Czumę (był szefem Wydawnictwa 3 Maja, którego centrala mieściła się prawdopodobnie u Pawła, którego podejrzewaliśmy zresztą).
     Do Wojtka Ziembińskiego był podłączony Bogacz, starszy pan, cichy, wiele lat siedział w więzieniu. Był bardzo niebezpieczny. Podżegał Ziembińskiego przeciw Moczulskiemu.
     Do Leszka i Majki był podłączony Marek Skuza. Kiedyś mnie złapał w Warszawie i opowiadał, jak mnie zwalcza Majka [żona Leszka Moczulskiego]. Jej opowiadał na odwrót. Wyraźnie znalazł się między Moczulskimi a mną. Człowiek z konspiracji AK, wiele lat w więzieniu.
     W pewnym sensie sytuację osłabił rozłam. Pstrąg-Bieleński poszedł z Moczulskim, ja z Czumą (grupa sygnatariuszy) i również Pietkiewicz, lider w Kaliszu.
     Nurt [Niepodległościowy - z dużych liter] istniał jeszcze, kiedy powstało ROPCiO, które miało być wierzchołkiem góry lodowej. Rozpadł się jeszcze przed rozpadem ROPCiO na skutek konfliktu Moczulskiego z Czumą (chyba w Niepokalanowie).
     Po rozłamie 1978 r. trochę przysiadło. Moje zatrzymania spowodowały, że ludzie bojący się jawnej działalności zaczęli się wycofywać. Spotykały ich szykany w pracy, gotowi byli na konspirację. Każdemu się wydaje, że oni [SB] nie wiedzieli [o nas], a to była nieprawda. Oni wiedzieli o [naszej] konspiracji więcej, niż o działalności jawnej. [Ich niewiedza] to było złudzenie. Skory się dystansował, Ola była cały czas, potem przeszła na stronę lewicy laickiej.
     W 1979 r. wobec narastającej sytuacji w kraju opozycja wygląda niedobrze - coraz bardziej się dzieli, kłóci. Rzuciłem pomysł aby stworzyć Klub Samoobrony Społecznej Ziemi Wielkopolsko-Kujawskiej w Poznaniu. Główną płaszczyzną działania były środowiska korowskie i Ruchu Obrony. Początkowo moi chłopcy, z SKS-u (Barańczak, Morawski) negatywnie się wyrażali. Barańczak, typowy młody intelektualista. [Mówili], że nacjonaliści, [tj.] nie-korowcy, to pewnie agenci. Ale Kuroń powiedział że to dobry pomysł.
     Strasznie nas prześladowali wtedy SB-cy. Pierwsze spotkanie miało być pod pokrywką moich imienin 27 maja [1979 r.]. Jadwiga Dąbrowska, córka rektora, dała klucz od piwnicy swojego domu. Tam nie przeszliśmy, bo już na imieniny wpadła kilkunastoosobowa ekipa SB. Tych, którzy przyszli z prezentami, kwiatkami po krótkim przesłuchaniu odsyłaniu do domu bez prezentu. Zabierano na przesłuchanie na Kochanowskiego. Dwóch ludzi zamknięto na 48 godzin: mnie i Tadeusza Wolfa, który przyjechał z Kalisza z Pietkiewiczem.
      Wówczas ja, widząc jak to niedobrze wygląda, zorganizowałem spotkanie u księdza. To był koło Konina. Nikt nie wiedział gdzie jedzie. Wiadomo było, że był ewidentny przeciek. I rzeczywiście jeden z członków klubu - nawet nie agent, a oficer policji - wygadał się. Dopiero okazało się [to] w stanie wojennym. I wówczas udało się powstanie deklaracji (7 czerwca[1979 r.] w mieszkaniu Małgorzaty Bratek). Ale ten klub marnie działał, bo każde spotkanie było udaremniane przez zatrzymania. W 1980 r. miało być właśnie w mieszkaniu Koniecznego. Jak oni to rozegrali. Koniecznego nie ruszyli. [Zostawili też] jeszcze jednego. Inny nie dojechał. Wiele osób zatrzymali. Poprzedniego dnia pojechałem do Kalisza, potem na Gniezno z Tolkiem Pietkiewiczem. Zatrzymał nas radiowóz – kontrola drogowa wypadła pomyślnie, ale SB-ek mówi, że wracamy na komendę. Zostaliśmy zatrzymani na 48 godzin. Nie chodziło o zacieranie różnic ideowych, ale uniemożliwienie współdziałania tych dwóch środowisk.
     Jeszcze urządziliśmy kilka imprez wiosną i latem 1980 r. 29 kwietnia 1980 r. [była] msza u dominikanów w rocznicę Katynia. Całą opozycję zwinęli, mnie o 15.00 zatrzymali. 12 maja [1980 r. była] msza za duszę Marszałka - 7 osób zostało zatrzymanych koło kościoła, w tym chłopaki z RMP (przyszli, chociaż nie byli piłsudczykami – w tym Marek Jurek). Zawieźli ich na komendę na Kochanowskiego i trzymali przez kilka godzin. Mnie trzymali dopóki msza się nie skończyła. Barańczaka zatrzymali koło domu i powiedzieli mu: - „Albo wraca Pan do domu albo z nami na Komendę”. To on wrócił do domu. Msza się bardzo udała, były tłumy, znam to z nagrań. Były dwie msze w rocznicę Poznańskiego Czerwca. Kilkaset osób na tych mszach. W sobotę 28 czerwca [1980 r.] u karmelitów i u św. Jana Kantego.
     Wyrzucono mnie z pracy z Polskiej Akademii Nauk. Znalazłem prace zlecone w parafii św. Kantego. Przenocowałem w kościele dwie noce. Potem u karmelitów. Miałem rudą perukę, żeby mnie nie poznali. Następnego dnia przyjechał po mnie ojciec Joachim Badeni z czerwonym pasem dominikańskim. Wiedziałem, że spod opieki ojca Joachima mnie nie porwą. Byłem na obu tych mszach świętych. To było trochę przesterowane.
     Byłem wtedy w panice. W dniu moich imienin, 27 maja [1980 r.] po pijanemu Nowacki opowiadał, jak go wywieźli do lasu, po czym on wystąpił z KOR-u i było z nim niedobrze. Był taki roztrzęsiony. Wiecie jak oni robili. Wywozili do lasu, grozili likwidacją, czego z resztą nie spełniali. Jeżeli facet godził się na to co mu proponowali, to go odwozili z powrotem do miasta. Nowackiego odwieźli z powrotem, pułkownik mu powiedział: – „Teraz Pana odwieziemy, gdzie Pan sobie będzie życzył ”. A jeżeli ktoś się nie zgodził, to kazali mu kopać dołek. W trakcie, gdy ktoś kopał i spodziewał się w każdej chwili strzału w tył głowy – odjeżdżali i zostawiali w głębi lasu. Jeszcze dobrze było, gdy to było w lecie, ale w zimie to niektórzy przechorowali, zanim się wydostali z tego lasu. Ja, gdy się tego obawiałem, chodziłem w obstawie. Zawsze, gdy ktoś był z kimś, to co innego. Nowacki się przyznał. Jeżeli powiedzieli mu, że go odwiozą dokąd sobie życzy, to wiadomo. To po Barańczaku drugi [najważniejszy] poznański członek KOR. Zaraz potem wystąpił z KOR.
     Na przesłuchaniach nigdy nie pytali mnie o nn. Nie proponowali mi nigdy współpracy. Wiedzieli, że ja za dużo nie powiem. Raczej starali się mnie wykończyć przez dyskredytowanie mnie w środowisku przez fałszywki, plotki, jak rzekome deklaracje antykorowskie. Tak jak w przypadku Oli Bessert i jej matki, która w czasie wojny była w pułku „Baszta”. Później działała razem z córką chroniąc ją. Ja oczywiście przekonałem ich, że to jest bzdura, że to jest fałszywka, ale to zostawiło pewien ślad. Podobne były fałszywki dotyczące Pstrąga-Bieleńskiego.


Warszawa 2 i 5 VIII 2002 r.

Skróty w tekście oznaczają nazwiska osób przeprowadzających rozmowę: 

K.P. to Katarzyna Pietrzyk (obecnie Orzeł), 

J.W. to Jerzy Wawrowski, 

P.P. to Piotr Plebanek

 

Materiały są dostępne na licencji CC BY 3.0 PL

Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści

pod warunkiem wskazania autorów praw do tekstu.