Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wspomnienia konfederatów

Obszar pierwszy, Warszawa

Konrad Zbrożek

Moja pierwsza Kadrówka, czyli wspomnienie z lat chmurnych, lecz nie durnych

 

Kto był pomysłodawcą naszego uczestnictwa w Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej dzisiaj chyba nikt nie wie. Może Wiesiek? On zawsze słynął z najciekawszych, nierzadko brawurowych pomysłów. Może Andrzej Szomański? Był naszym mentorem, przywódcą, no i wielkim znawcą historii, a nade wszystko, od półwiecza jej aktywnym uczestnikiem. W każdym razie latem `84 kilkuosobowa grupa warszawian przybywa na kwatery do Krakowa. Tubylcy obserwowali nas z ironiczną uwagą. Odczuwałem, jakże rozczulający, stary dystans, wynikający z poczucia wyższości, nad - w gorącej wodzie kąpanymi - „królewiakami”. Zwiedzając ich domy, narosłe ocalonymi z tyluż pożóg, artefaktami polskiej przeszłości, z udawaną zazdrością deklarowałem często: „Następne powstanie robimy w Krakowie”. Tymczasem, po wspaniale spędzonych chwilach na mieszczańskich kwaterach, wymianie wszelkiej bibuły, odwiedzinach w krypcie Srebrnych Dzwonów, stajemy o świcie, 6 sierpnia, a jakże, na Oleandrach. Krótka odprawa i wyruszamy do Michałowic. Trochę mnie zatkało, że ten pomnik ocalał pod okupacją rosyjską (w naszym gronie kadrówkowiczów, przybyłych z całej Polski, co do tego, że PRL jest państwem okupowanym nie było wątpliwości).

 

Ruszamy do Kielc. Nasza grupka szybko zyskuje przydomek Plutonu Warszawskiego. Jakżesz byliśmy z niego dumni, gdy odwiedził nas major „Szary”. Legenda Gór Świętokrzyskich, były podkomendny „Ponurego”, dowódca akcji odbicia AK-owców więzionych przez Rosjan w Kielcach.

 

Gdzieś w drodze - o rycerskich szlakach gawędzi mjr Szary 

(repr. z Antoni Heda - wspomnienia Szarego).

 

Pogoda wspaniała. Upał. Wędrujemy co prawda bez oporządzenia, podwożonego na noclegi jakimś Żukiem, ale wiadomo, wszystko w warunkach konspiracji, więc perturbacje są nieuniknione. I się zdarzają. A to jakiś ksiądz noclegu nam odmawia, bo „byli panowie z Kielc i grozili, że jak was przyjmę to będzie to i tamto”, czyli podobno odbiorą klesze przydział na cement potrzebny do budowy nowej świątyni.

 

Maszerujemy bez większych kłopotów, marząc permanentnie o kąpieli, żeby wreszcie dotrzeć do Jędrzejowa. Tutaj stacjonował Komendant Piłsudski ze swym sztabem przed uderzeniem na Kielce. Pod poświęconą temu tablicą na kamienicy w rynku odśpiewujemy gromko Pierwszą Brygadę. Milicji ani widu ani słychu. Nasze patrole informują jednak o silnym zgrupowaniu ZOMO pod miastem i licznych tajniakach na ulicach Jędrzejowa. Po improwizowanej uroczystości i gromkim odśpiewaniu „I Brygady” na jędrzejowskim rynku, gościmy w kamienicy Państwa Przypkowskich. Tej samej, gdzie kawaterował Marszałek ze swymi oficerami. Dotykamy z oczywistym nabożeństwem słynny „Parasol” Rydza Śmigłego (odznaka ukończenia kursu oficerskiego w POW) i podziwiamy zbiory tej wielkiej polskiej rodziny, gromadzącej od pokoleń słoneczne zegary. Dzisiaj muzeum zegarów Rodu Przypkowskich uważane jest za najbogatsze na świecie.

 

 

Ruszamy na Kielce. Opuszczamy jednak Jędrzejów jedynie na chwilę, by do niego wrócić na dłuższą, pełną przygód chwilę. W najbliższym przydrożnym barze na „siódemce” mamy posiłek. Wreszcie coś gorącego i przy stole... Cała wiara wyraźnie rozanielona, rozśpiewana i zupełnie pozbawiona czujności. Zaskoczyli nas kompletnie. Wokół baru robi się niebiesko, do środka wchodzą tajniacy i coś tam obwieszczają o zatrzymaniu. Kilkoro z nas pryska do lasu. Ci, którzy już rozsiedli się do obiadu takich szans nie mają. Pod obrusy trafiają więc dziesiątki egzemplarzy wszelkiej maści bibuły. Jeszcze wtedy nie mieliśmy sztandaru, więc straty, i konieczność podjęcia walki, nam nie groziły. Zapraszają do „suk”. Trafia mi się zaszczyt niezmierny bycia zamkniętym razem z dziewczętami, więc duma mnie rozpiera. Nie byliśmy skuci kajdankami. Chyba im zabrakło. Było nas około siedemdziesięciu osób. Przewożą nas na komendę w Jędrzejowie. I tam błyskawicznie ilość aresztantów topnieje. Zamknęli nas fujary, tymczasowo w jakiejś świetlicy na pierwszym piętrze. Okno otwarte, pod oknem daszek nad okapem wejściowym, więc błyskawicznie kilku chłopców było na ulicy. Resztę spisują, nie próbują przesłuchiwać. Są bardzo uprzejmi, wręcz nadskakujący. I po kilka osób wychodzimy na ulicę z przykazaniem, że za uczestnictwo w nielegalnym zgromadzeniu grozi „to i tamto”. Na ulicy nasz łącznik informuje, że XXXX(?) Marsz Szlakiem Kadrówki „odbudowuje” się w pobliskim klasztorze (?) Kamedułów. Braciszkowie goszczą nas jak obyczaj przykazał. Biesiadujemy w refektarzu, przeżywamy i dyskutujemy co robić dalej. Część z naszych, kilka osób, siedzi na milicyjnym dołku. Wiesiek, który zwiał nie wiadomo kiedy, nigdy się nie przyznał, w jaki sposób przekazał im ciepłą odzież, papierosy i czego by tam jeszcze aresztant potrzebował. Zresztą nikt go o to nie pytał. Było wiadomo. Wiesiek to Wiesiek.

 

Czekamy na decyzje komendy marszu. Nasi dowódcy w tym czasie rozmawiają z bezpieką. Wybucha drobna sensacja, że wśród sb-ków są również oficerowie LWP. Nasza grupa negocjacyjna przynosi wieści, że domagają się natychmiastowego rozwiązania marszu. Postanawiamy więc tymczasowo przygotować się na dłuższe oblężenie w klasztorze. Braciszkowie, jak się zdaje, a na pewno reguła im nakazuje, przyjmują nasze pomysły ze stoickim spokojem.

 

Kolejna tura negocjacji. Przeciwnik godzi się na dalsze kontynuowanie marszu, ale nie w zwartej kolumnie. Po kilka osób i w przypadku, gdybyśmy do Kielc wmaszerowywali w zwartej kolumnie, wszyscy zostaną aresztowani. Na dotrzymanie takiej umowy jeden z wojskowych dał oficerski parol. Atoli, przykro mi, pamiętam, że nikt jego słowu nie wierzył.

 

I w tym czasie powstaje sztandar. Zrobiony przez Zbyszka Romanowskiego, plastyka-amatora z Nowej Huty, tego samego, który stworzył przejmującą, biało-czerwoną szarfę w kształcie „V” wywieszoną na kościele św. Stanisława Kostki podczas pogrzebu ks. J.Popiełuszki. Skąd na nasz sztandar wziął materiał? Dobrą farbę, nici, itp.? Może braciszkowie pomogli? Najważniejsze, że mieliśmy sztandar, który w najgodniejszej i najsilniejszej obstawie wyruszył do stolicy Ziemi Świętokrzyskiej.
Gdy ten sztandar zobaczyliśmy już nie było dyskusji: czy i jak wejdziemy do Kielc. Aby się tylko wyrwać z Jędrzejowa. Ruszamy po kilkoro, gdzieś polami, zagajnikami, zaułkami z rozkazem zbiórki pod skocznią narciarską „tego i tego o tej i o tej”. A czas goni, bo przecież idziemy trasą zgodną z kalendarzem marszu tamtych z 1914 roku.

 

Autor wspomnień ze sztandarem

 

Idziemy we dwóch i wraz z towarzyszem, gdzieś na leśnym dukcie, zupełnie jak ostatnie ofermy, włazimy na szarą wołgę ze śpiącymi czterema sb-kami. Byliśmy już nieźle umundurowani. Na głowach nosiliśmy bordowe berety z prawidłowymi orzełkami. Zaspanych tajniaków zatkało. Pytają; „A wy to kto?”. Jak zwykle przytomny Wiesiek gromko rzuca: Wojsko Polskie. Nawet nie wysiedli z samochodu.

 

Docieramy pod skocznię. To chyba tam narodziła się idea, aby w Kielcach się nie rozstawać, a przerodzić w Pielgrzymkę w Intencji Odzyskania Niepodległości.

 

Wchodzimy do miasta zwartą kolumną, ze sztandarem na czele, i śpiewem, że aż mury huczą. Wokół, aż się roi od tajniaków. Ale idziemy trasą przygotowaną przez nasze patrole. Są zupełnie zmyleni i nie potrafią się na tyle skutecznie i szybko przegrupować, żeby nas rozbić. Wchodzimy do Katedry. No cóż... Niech będzie patos. Świątynia niemal wypełniona po brzegi. Nawa środkowa pusta. Czeka na nas. Przypominają się sceny z trylogii czy z „Hubala” (i cóż z tego, że przez kolaboranta wyreżyserowanego).

 

Pod jasnogórskimi wałami. Przed transparentem stoi Zbigniew Romanowski. 

Pierwszy z prawej - Przemysław Witek

 

Po nabożeństwie uściski, rozstania. Z oczywistą obietnicą – do zobaczenia za rok. Jednak około trzydzieściorga z nas decyduje się ruszać na Jasną Górę. W pociągu do Częstochowy wzbudzamy niezłą sensację. Nie tylko z powodu „partyzanckiego” wyglądu, ale i repertuaru piosenek, całkowicie nasz wygląd potwierdzających. Część z nas podróżuje w sposób poufny. Oni przewożą ogromny transparent i nade wszystko sztandar Kadrówki. Ale przeciwnik nie wykazuje większej aktywności. Do czasu. Chyba nie wierzyli agentom, którzy zapewne nas śledzili, że mamy zamiar wmaszerować na Jasną Górę w takiej intencji. Uwierzyli, gdy było już za późno.

 

Zorganizowali zasadzkę w Alei NMP, tuż przed klasztorem. Byliśmy w kłopocie. Zgrupowaliśmy się w pobliskim kościele. Nasi informatorzy mówili o około 50-ciu sb-kach i nieznanej ilości milicjantów, bo przecież wokół było ich multum. Właśnie wchodzenie na Jasną Górę rozpoczęły dziesiątki tysięcy pątników. Także obcokrajowców. Wysłany pośpiesznie patrol uzyskał zgodę księży prowadzących pielgrzymkę, abyśmy włączyli się w ich grupę ...No właśnie skąd? Kto to był? (cóż, działo się to przed ćwierćwieczem). W każdym razie – wspaniali ludzie. Wmaszerowujemy w ich kilkutysięcznej rzeszy. Kilku z nas słyszy groźby doskakujących z chodników sb-ków. Odpowiadamy spokojem na ich ujadanie. Już pod figurą MB jesteśmy samodzielną pielgrzymką. Paulini odmawiają nam zgody na wejście do klasztoru. Prawdopodobnie mieli nas za prowokatorów, albo co pewniejsze nie podzielali naszych poglądów. A pewnie było tak, że decyzję podejmował konfident sb, jeden z ówczesnych prominentów zakonu (były przeor klasztoru jasnogórskiego), a w ony czas pełniący funkcję definitora (zastępcy przeora) paulinów.

 

Furda z tym. Stoimy samotnie pod wałami.

 

Definitywne zakończenie marszu. Transparenty pozostawiamy na Jasnej Górze.

 

Po wszystkim Pluton Warszawski rozpierzchł się, aby z Częstochowy do stolicy dotrzeć bezpiecznie. Jedni jechali autostopem. Inni pociągami - niemiłosiernie zatłoczonymi, wszak koniec pielgrzymek. Wtedy poczułem jak jestem zmęczony. Już po „cywilnemu”, uprosiłem funkcjonariusza Poczty Polskiej, aby wpuścił mnie do ich ambulansu. „Siądę sobie i do samej Warszawy Pan nawet nie zauważy mojej obecności” - pewnie powiedziałem. Już zasypiając przyglądałem się pracy pocztowców sortujących listy rodaków.

- O ty, patrz: Warszawa – Golędzinów......(Był tam wówczas garnizon ZOMO.)

- A, to przesyłka lotnicza – odpowiedział mu kolega.

Otworzył okno i list wyfrunął z pędzącego pociągu.

Spokojnie zasnąłem.

 

Konrad Zbrożek

 

P.S. Kilka miesięcy później dostałem wezwanie do Jędrzejowa na Kolegium d/s Wykroczeń. Miałem odpowiadać za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Na miejscu zastałem grupkę kadrowiczów. Karali wszystkich grzywnami z zamianą na areszt. Gdy przyszła moja kolej odczytałem, żądając dołączenia do akt, manifest dotyczący tego czym mym zdaniem jest PRL. Głównym filarem, mej chwilami agresywnej przemowy, było tzw. kłamstwo katyńskie. I o zgrozo dranie mnie ośmieszyli udzielając jedynie upomnienia słownego. Koledzy mieli niezłą zabawę z mej wściekłości i rozczarowania, że nie zostałem ukrzyżowany na jędrzejowskim rynku.

 

Na temat Marszów Szlakiem Kadrówki organizowanych w latach 80-tych, przeciwnik zgromadził wcale bogatą dokumentację. Znajduje się ona dzisiaj w gestii m.in. warszawskiego IPN-u. Niewątpliwie satysfakcją musi napawać fakt, iż nie ma w niej śladu informatorów bezpieki funkcjonujących w gronie kadrowiczów, podobnie jak mego manifestu wygłoszonego przed kolegium. Atoli, było pewnie tak, że nie chciało mi się dokładniej poszukać. 

Wortal Instytutu Historycznego NN im. Andrzeja Ostoja Owsianego.

 Materiały są dostępne na licencji CC BY 3.0 PL

Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści pod warunkiem wskazania autorów praw do tekstu. 

Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autorów.