Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

Wspomnienia konfederatów

Obszar VI - Poznań

Romuald Szeremietiew - rozmowa nt. początków działalności opozycyjnej

 

Mirosław Lewandowski: Panie Ministrze. Prezes IPN Janusz Kurtyka, występując na uroczystości w Krakowie inaugurującej Jubileusz 30-lecia KPN, mówił m.in. o sytuacji, która istniała w Polsce w czasach PRL, w okresie poprzedzającym pojawienie się opozycyjnych, jawnych organizacji: KOR, ROPCiO, KPN. Otóż ówczesny kontekst często jest dzisiaj zapominany. Po pierwsze - tego typu jawna działalność wymagała od działającej osoby (a także od jego rodziny) akceptacji możliwych represji. Poczynając od groźby utraty pracy i załamania kariery, poprzez aresztowania, wiezienie, pobicie przez nieznanych sprawców z utratą zdrowia i życia włącznie. Po drugie - co podkreślił Kurtyka - upomnienie się o niepodległość w czasach PRL wymagało nie lada odwagi cywilnej, gdyż niemal wszyscy wokół uważali niepodległość za mrzonkę. W konsekwencji osoba upominająca się o wolną Polskę w najlepszym razie uchodziła za idiotę, a w najgorszym - za prowokatora. Interesuje mnie, jak w takich warunkach doszło do tego, że kilkudziesięciu ludzi zdecydowało się utworzyć ROPCiO w roku 1977, a w dwa lata później - KPN. Kim Pan wtedy był i co Pan robił? 

 

Jak Pan poznał te kilkadziesiąt innych ludzi, którzy weszli do ROPCiO, a potem do KPN? 

 

Jak zareagowała Pana rodzina, przyjaciele, koledzy? Na co Pan liczył? Czy Pan się bał? Czy miał Pan świadomość, jaką cenę może Pan i Pana bliscy zapłacić za tę decyzję? Jakie znaczenie miała - dla podjęcia tych decyzji - Pana wcześniejsza działalność w konspiracyjnym "Ruchu"? 

 

Romuald Szeremietiew: Postaram się odpowiedzieć. Nie mam zbyt wiele czasu więc na początek będzie to częściowa odpowiedź, ale na tym nie kończę. Naszą dyskusję dopiero zaczynamy - mam nadzieję.

 

A więc: Moja decyzja o podjęciu jawnej działalności w KPN była konsekwencją wcześniejszej działalności niejawnej. Wieloletniej. Wcześniej działałem w gronie znajomych i przyjaciół na zasadach półjawnych. Po prostu spotykało się grono osób i dyskutowało o różnych sprawach. Zawsze jednak był to kontekst taki, nazwijmy, antykomunistyczny chociażby dlatego, że mieszkałem w Legnicy. A tam z racji na obecność garnizonu sowieckiego nie można było mieć złudzeń czym jest PRL. Nie tworzyliśmy żadnej struktury konspiracyjnej uważając, że zostanie ona szybko rozpracowana przez SB i skończy się to więzieniem. Przy czym oceniałem taką ewentualność nie tyle jako zagrożenie dla siebie, ale jako okoliczność uniemożliwiającą jakąkolwiek działalność na dłużej. Tutaj dowodem wprost była sytuacja związana z organizacją Ruch. Mój przyjaciel, nie żyjący dziś Zygmunt Urban, był dobrym znajomym jednego z braci Czumów, Łukasza pracownika naukowego KUL. Zygmunt był absolwentem KUL. Tą drogą trafiła do mnie informacja o powstaniu Ruchu. Po pewnym czasie dostałem dokumenty programowe organizacji. Niepodległościowy charakter Ruchu bardzo mi odpowiadał. Zostałem więc dzięki Zygmuntowi wprowadzony do Ruchu jako kolporter ich drukowanego na powielaczu spirytusowym biuletynu. W moim mieszkaniu był podręczny magazyn tych publikacji. Rozprowadzałem je wśród zaufanych. Zanim jednak nasza legnicka działalność rozrosła się kierownictwo Ruchu wpadło. Zygmunt był przekonany, że ubole trafią też do nas. Miał rację o tyle, że po pewnym czasie rzeczywiście zjawił się w moim mieszkaniu esbek, który usiłował dowiedzieć się od mojej babci co zamierzam w życiu robić. I wtedy na tym się skończyło. Wkrótce okazało się, że Andrzej Czuma został skazany na wieloletnie więzienie i Ruch przestał istnieć. Był to dla mnie dowód, że działalność konspiracyjna jest nieskuteczna skoro szybko kończy się izolacją konspiratorów od społeczeństwa, izolacją w więzieniu.

 

Do takich wniosków doszliśmy w dyskusji z Zygmuntem i z drugim przyjacielem, Bronisławem Kamińskim, nauczycielem historii. Zygmunt i Bronek byli dużo starszymi ode mnie i także z tej racji mieli wpływ na moje poglądy i decyzje. A Bronek uważał, że skuteczniejszą metodą będzie prowadzenie działalności przy wykorzystaniu jakichś legalnie działających w PRL organizacji, czy stowarzyszeń. Był zwolennikiem czegoś na kształt „pracy u podstaw”. Zresztą wraz z Zygmuntem to właśnie robił podsuwając uczniom różne lektury. Wg niego należało propagować treści niepodległościowe, np. odkłamując historię Drugiej RP. Dzięki temu miała powstawać formacja niepodległościowa wśród młodych ludzi. Bronek uważał, że trzeba zdobywać wiedzę i umiejętności przydatne w życiu publicznym. Zygmunt ponadto przeznaczał część swoich zarobków na pomoc materialną dla uczniów, którzy szli na studia. Mnie wypatrzył wśród uczniów szkoły zawodowej - pracował jako nauczyciel w zespole takich szkół. Za jego namową oraz dzięki Bronkowi nie zakończyłem mojej edukacji na zawodówce. W liceum zaocznym dla pracujących zdałem maturę, a następnie też przy ich wsparciu dostałem się na prawo. Bronek poświęcił sporo czasu, aby przygotować mnie na egzaminy wstępne na studia bowiem poziom nauczania w liceum zaocznym nie był najwyższy.

 

Wydaje mi się, że to Bronek zaproponował, aby wykorzystać jak parawan dla naszej niepodległościowej działalności Stronnictwo Demokratyczne. Razem zapisaliśmy się do SD i stworzyliśmy tam koło młodych. Zaczęliśmy organizować spotkania i prelekcje na tematy historyczne. Pamiętam, że sporym sukcesem było zorganizowanie wystawy fotograficznej nt. bitwy pod Monte Cassino z uwypukleniem osoby dowódcy II Korpusu gen. Andersa. To sprawiło, że szef legnickiego SD był wzywany do komitetu PZPR i musiał się tłumaczyć. Oczywiście po pewnym czasie władzom SD esbecja wyjaśniła jaką krecią robotę prowadzimy i zostaliśmy z hukiem pozbawieni członkostwa, ale grono zaufanych ludzi zostało. Podobną działalność prowadziłem później na terenie Stowarzyszenia PAX (na ten temat duży artykuł napisał dr Waligóra z IPN). 

 

W 1972 r. nawiązałem kontakt z Leszkiem Moczulskim. Od niego dowiedziałem się, że funkcjonuje środowisko, które on określał mianem „nurtu niepodległościowego”. Mówił mi, że takim nieformalnym liderem jest gen. Roman Abraham. Są w nim wyżsi oficerowie z dawnej Komendy AK i grono dziennikarzy, historyków takich jak Restytut Staniewicz, czy Andrzej Szomański. To grono także prowadziło działalność podobną do tego co my robiliśmy. Skracam bardzo kwestię nawiązania współpracy z Moczulskim. W każdym razie po pewnym czasie uczestniczyłem w powołaniu formalnej już organizacji Nurtu Niepodległościowego (NN) i znalazłem się w składzie „Rombu”, czyli kierownictwa Nurtu. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się z Andrzejem Czumą, liderem dawnego Ruchu, a teraz członkiem „Rombu”. W ten sposób zetknąłem się z ludźmi, którzy wkrótce powołali do życia ROPCiO. Ja początkowo nie ujawniałem moich związków z ROPCiO bowiem byłem wówczas szefem PAX-u w Lesznie. Kiedy jednak przekonałem się, że SB mnie intensywnie rozpracowuje wiedziałem, że skończy się to wyrzuceniem mnie z PAX-u. A ponieważ sytuacja o tyle uległa zmianie, że można było podjąć jawną działalność niezależną bez obawy uwięzienia na dłużej – po konferencji KBWE i ratyfikowaniu paktów praw człowieka władze PRL nie mogły tak jak dawniej zamykać przeciwników do więzień. Oczywiście stosowano różne represje, zatrzymania na 48 godzin, grzywny, inwigilacje, rewizje w domach, zwolnienia z pracy. To utrudniało życie, ale nie przerywało działania. Czyli jawna niezależna działalność stawała się formułą skuteczną. I dla mnie też stało się oczywistym, że będę musiał podjąć jawną działalność.

 

W tej sprawie odbyłem rozmowę z moją żoną. Wiedzieliśmy, że SB korzystając z mieszkania sąsiadów zamontowała nam podsłuch. Dlatego o sprawach ważnych rozmawialiśmy na spacerach w pobliskim lesie. W trakcie takiego spaceru powiedziałem żonie, że chcę podjąć jawną działalność niepodległościową. Żona zapytała co się stanie. Powiedziałem, że wyrzucą mnie z pracy, nie będzie pieniędzy na utrzymanie domu, będę co pewien czas siedział w areszcie, ubecy będą grzebali w naszych rzeczach i być może w końcu trafię na parę lat do więzienia. A w wersji mniej optymistycznej może mnie „przejechać” ciężarówka, albo zakatrupią mnie jacyś „nieznani sprawcy”. Żona spojrzała na mnie i zapytała – musisz to robić? Odparłem – muszę. Usłyszałem – trudno, skoro musisz. Mam nadzieję, że wiesz co robisz. I nigdy nie usłyszałem od niej słowa wymówki. Zawsze miałem z jej strony pełne poparcie. Zaimponowała mi szczególnie, gdy 13 grudnia ją „internowano” w wiezieniu w Ostrowie Wielkopolskim. Przez kilka tygodni esbecy namawiali ją do podpisanie lojalki w zamian za wypuszczenie z więzienia. Żona odmówiła. Gdy później przyjechała do mnie na widzenie do więzienia w Barczewie powiedziała, że miała świadomość do czego ubekom był potrzebny jej podpis: „Ja wychodzę z więzienia, a "Trybuna" drukuje "Izabela Szeremietiew oświadcza, że będzie postępować zgodnie z socjalistycznym porządkiem prawnym". A ubole z tryumfem przynoszą ci do celi to oświadczenie, zaś tzw. lud mówi - żona Szeremietiewa pękła. O to im chodziło.” 

 

ML: Panie Ministrze, dziękuję za relatywnie obszerną (mimo braku czasu) odpowiedź na pierwsze pytanie. Szczególne wrażenie robi Pana relacja z rozmowy z żoną. Relacja ta dowodzi bowiem, że podjęcie przez Pana działalności niepodległościowej nie było dziełem przypadku, zbiegu okoliczności, czy wynikiem impulsu, lecz było to następstwo stanowczej decyzji, której towarzyszyła pełna świadomość jej konsekwencji. Musiała więc być jakaś wielka siła wewnętrzna, która pchała Pana w kierunku takich działań. 

 

Proszę więc wybaczyć, że spróbuje poszukać źródeł tej siły wewnętrznej. Sądzę bowiem, że Pana indywidualny wypadek może pokazywać pewien bardziej uniwersalny mechanizm, który powodował, że w czasach PRL znajdowali się straceńcy, decydujący się na jawną, nierówną walkę ze zniewoleniem. Proszę, aby Pan potwierdził lub zaprzeczył, ew. uzupełnił poniższe rozważania. Źródłem tej siły wewnętrznej nie mógł być Pana Ojciec. Historia miłości Pana Rodziców jest niezwykła i tragiczna, jednak trudno uznać, że Tata, który był Rosjaninem nauczył Pana miłości do Polski, zwłaszcza, że Tata został aresztowany niemal tuż po Pana urodzeniu i - jak rozumiem - nie miał Pan z Nim później kontaktu. 

 

Rodzice: Irena z domu Lubowicka i Mikołaj Szeremietiew, ppor. WP. Ojciec, z pochodzenia Rosjanin, z przekonań antykomunistą, z zawodu felczer weterynarii, obywatel ZSRR, został wcielony do armii sowieckiej i następnie skierowany do I. Armii WP gen. Zygmunta Berlinga. W Białymstoku poznał przyszłą żonę, przyjął katolicyzm, zawarł związek małżeński i zdezerterował z wojska ponieważ nie chciał – jak wspomina Irena Szeremietiew – uczestniczyć w niewoleniu Polski przez Sowiety. Ukrywał się, poszukiwany przez NKWD został na pocz. listopada 1945 r. aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w ZSRR skąd nie wrócił.

 http://szeremietiew.pl/zyciorys/

 

Być może jednak historia Pana Ojca zaszczepiła w Panu gen antysowietyzmu, który mógł później stać się elementem składowym tej siły wewnętrznej, której korzeni szukamy. 

 

Zygmunt Urban i Bronisław Kamiński - ich wpływ na Pana patriotyczne poglądy wydaje się w tej sytuacji decydujący. Z tego co Pan napisał wynika, że musieli to być niezwykli ludzie, niemal żywcem wyjęci z książek Żeromskiego (pomoc finansowa i naukowa dla zdolnych uczniów ze szkoły zawodowej, aby mogli podjąć studia).

 

Pańska młodość wydaje się wręcz bajkowym potwierdzeniem możliwości awansu społecznego, jakie dawał PRL. Oto młody człowiek wychowywany bez ojca, naznaczony piętnem syna dezertera z komunistycznego wojska i łagrowego więźnia, uczeń szkoły zawodowej, pracujący potem jako wykwalifikowany robotnik w fabryce dziewiarskiej, zdaje maturę w liceum zaocznym w czasie odbywania służby wojskowej, dostaje się na studia prawnicze na Uniwersytet Wrocławski, kończy je z wynikiem bardzo dobrym i podejmuje studia doktoranckie. W czasie studiów jest prezesem Zarządu Uczelnianego Koła Nauk Politycznych. To wprost wymarzona kariera, która otwierała dobre perspektywy dalszego awansu w ramach systemu PRL! Wystarczyło przyjąć kształt opływowy i zapisać się do PZPR. A Pan zdecydował się to wszystko zniszczyć i zaczął się Pan "stawiać"...

 

Działalność w "Ruchu", może trochę przypadkowa, z pewnością była dla Pana ostrzeżeniem. Wiedząc o aresztowaniu a potem skazaniu przywódców "Ruchu" miał Pan prawo spodziewać się aresztowania i uwięzienia. Z czasów mojej młodości (w okresie stanu wojennego) pamiętam, że taka niepewność (przyjdą czy nie przyjdą, zatrzymają, czy nie zatrzymają?) nie jest niczym przyjemnym. Skończyło się na wizycie eSBeka i rozmowie z Pana babcią. Los udzielił Panu poważnego ostrzeżenia - dostał Pan jeszcze jedną szansę, aby zawrócić z drogi, którą można by określić jako "kopanie się z koniem". Zorganizowanie z Pana inspiracji dyskusji na Uniwersytecie Wrocławskim "Rekapitulacja grudnia 1970" doprowadza (o czym pisze Waligóra) do zawieszenia Zarządu Koła i usunięcia Pana ze studiów doktoranckich. Ciekawe, jak zareagowali na to Zygmunt Urban i Bronisław Kamiński? Czy akceptowali ten Pana wybór? Czy też żałowali załamania się tak dobrze zapowiadającej się kariery? A jak na tę sytuację zareagowała Pana Mama? 

 

R.Sz: Kwestia moich poglądów? Sądzę, że to był naturalny efekt „edukacji” w PRL. Dom rodzinny dziadków Lubowickich – nie tylko pamięć o ojcu, ale także o podziemiu niepodległościowym na Podlasiu. Dziadek Lubowicki opowiadał, że kiedy sowieci zabierali ojca powiedział, aby dano mi na imię Romuald. Podobno na cześć Romuald Rajsa „Burego” – ojciec nawiązywał kontakt z podziemiem i zdaje się jakoś zetknął się z „Burym”. Kiedy zamieszkałem w Legnicy, mama w poszukiwaniu pracy przeniosła się do tego miasta, tam z jednej strony zobaczyłem fałsz „przyjaźni polsko-radzieckiej”, a z drugiej spotkałem grono ludzi, którzy byli polskimi patriotami. 

 

W 1968 r. jeden z naszego grona, nauczyciel matematyki Roman Kwasek w proteście przeciwko wkroczeniu wojsk UW do Czechosłowacji podpalił się pod pomnikiem ku czci armii sowieckiej. Roman był straszliwie poparzony i nie przeżył. 

 

Inny mój kolega artysta malarz Henryk Baca namalował cykl obrazów poświęconych Katyniowi. Otóż Henryk wystawiał te obrazy w domach kultury pod maskującym tytułem „Precyzyjny strzał w podstawę czaszki”. Zdaje się, że nawet cenzor wiedział jaki jest temat tych obrazów, ale udawał, że nie wie. A inspiracją były zdjęcia z książki Luisa Fitzgibona „Katyń – a crime without parallel”. Można by napisać fascynującą opowieść w jaki sposób udało mi się tę książkę zdobyć – a mam ją do dziś w mojej bibliotece bowiem w czasach PRL takie jak ta trefne książki miałem schowane. A więc ubole nie zabrali jej w czasie licznych rewizji. Tu jeszcze jedna anegdota. W naszym mieszkaniu na ścianach wisiały (i nadal wiszą) rysunki Czermańskiego z wizerunkami Marszałka. Kiedyś w czasie rewizji jeden ubek zapytał żony, kto jest na tych rysunkach. Żoną odpowiedziała – Dziadek. Ubek – Dziadek, Pani? Żona: No tak, mój, a także i pana, chyba że pan woli Lenina. 

 

Inna historia. Przez pewien czas pracowałem jako dekorator w sieci sklepów „Społem”. W jednym kasjerem był starszy pan pochodzący z Kresów. Przed wojną mieszkał na Wołyniu, w Równem. Opowiadał, że w 1944 r. kiedy Sowieci zajmowali miasto zrabowali jego dom i spalili. Wtedy uratował jedną rzecz, książkę o Piłsudskim. Był człowiekiem samotnym, zastanawiał się komu ten swój skarb przekazać. I powiedział, że chce dać mnie. Mam tę książkę.

 

Kiedy więc zastanawiam się nad Pańskim pytaniem to wydaje mi się, że miałem szczęście trafiać na ludzi, którzy dbali o zachowanie polskości mimo tych pezepeerów. 

 

A co do mojej decyzji o jawnej działalności. Nie było w niej niczego straceńczego. W czasie „późnego Gierka” uważny obserwator musiał zauważyć, że komuna chyli się ku upadkowi. Robiliśmy z kolegami dość szczegółowe analizy, np. napór wyżu demograficznego i niewydolność reżimu przy zagospodarowaniu tego potencjału. Objawami gnicia byli też dysydenci tj. odszczepieńcy od komunizmu, tu charakterystyczny „list do partii” Kuronia i Modzelewskiego. Zakładałem, że ludzie ze środka reżimu (w znacznej części dzieci aparatczyków) widzą lepiej niż ja procesy destrukcji i dlatego się buntują. Oczywiście nie było pewności, czy padający reżim nie połamie kości takim jak ja. Stąd nie mogłem powiedzieć żonie, że czeka nas zwycięstwo. Raczej trzeba było zakładać mniej optymistyczny wariant wydarzeń. W każdym razie podjęcie jawnej działalności niezależnej było możliwe i stąd też moja decyzja.

 

Mama oczywiście bardzo bała się tej mojej działalności. Z drugiej strony ta najważniejsza decyzja zapadła w okresie, gdy dawno wyszedłem spod matczynej opieki. Byłem dorosły, samodzielny, żonaty. A żona jest osobą odważną. 

 

ML: Zanim przejdziemy do Pańskiej działalności w KPN - zapytać o Nurt Niepodległościowy (a może także o nurt niepodległościowy - bo zdaje się były dwie organizacje o podobnej nazwie, z tym że jedna pisana z małych a druga z dużych liter). Kiedy powstał NN: w 1976 roku (wiosną, jak podaje Andrzej Czuma w Gazecie Częstochowskiej czy jesienią, jak podaje Jan Żaryn w "Rzepie"), w 1975 (jak zdaje się wynikać z artykułu Grzegorza Łysia w "Rzepie") czy też w 1972 roku (jak sam Pan podaje w życiorysie na swojej oficjalnej stronie)? A może na Pana stronie chodzi o nn (pisany z małej litery)?

 

R.Sz.: Moja wiedza na temat „nn z małej litery” jest wtórna. Pochodzi od Leszka Moczulskiego. Po nawiązaniu z nim kontaktu w 1972 r. po pewnym czasie zostałem dopuszczony do tzw. konfidencji i wtedy Moczulski informował mnie o działalności środowiska nazywającego się „nurtem niepodległościowym”, ale nie będącym żadną organizacją. Dlatego nazywano się małymi literami.

 

Organizacja Nurt Niepodległościowy „pisany z dużych liter” i z władzami, czyli „Rombem”, powstała w 1976 r., w okresie tworzenia ROPCiO. Chyba przed powstaniem RO. Pamiętam, że w "Rombie byli Moczulski i Czuma, Marian Gołębiewski, Adam Wojciechowski i ja. Nie było Wojciecha Ziembińskiego, który później miał o to pretensje. Na zebrania „Rombu” czasem zapraszano inne osoby, w tym np. Szomańskiego, Stańskiego, Halla, Dworaka, Grzywaczewskiego. 

 

Rozwiązanie NN nastąpiło w okresie, gdy w jawnie działającym RO doszło do rozłamu na część Czumy i Moczulskiego. Spór był bardzo ostry. To było zresztą dla mnie i Stańskiego impulsem do powołania partii. Moja grupa w PAX-ie została zdekonspirowana przez SB i wiedziałem, że będziemy musieli podjąć jawną działalność. Leszek chciał nas zaangażować jako wsparcie w walce z Czumą o ROPCiO. Wbrew temu co się sądzi wcale nie chciał tworzenia partii. Odmówiliśmy zdecydowanie uważając, że spory w RO będą na rękę esbecji i obniżą autorytet uczestniczących w nich ludzi. Uważaliśmy, że ruchem do przodu będzie utworzenie partii niepodległościowej, a nie grzęźnięcie w sporach. Moczulski więc musiał ustąpić. Zaproponował powołanie struktury o nazwie zdaje się „Obóz Polski Niepodległej”. Nie chcieliśmy żadnego obozu. Ja sam byłem zwolennikiem nazwy „Polska Partia Niepodległościowa”. Dałem się jednak przekonać, że skoro istnieje już bardzo zakonspirowane „Polskie Porozumienie Niepodległościowe” – nie wiedzieliśmy kto w nim działa, to skrót PPN będzie mylący. Nazwą Konfederacja powstała następująco – dostałem ostatnio taką notkę od Henryka Bacy:

W sprawie nazwy. W mojej pracowni wówczas byli : Stański, Jandziszak, Moczulski i Ty, przyprowadzili was [Stanisław]Obertaniec i [Zygmunt]Urban ... Pytanie brzmi... kto podał pierwszy nazwę i jak brzmiało to zdanie... po rozważeniu różnych pomysłów w których unikano słowa "partia" powiedziałem "... od Konfederacji Barskiej rozpoczął się proces upadku Rzeczpospolitej nazwijcie się Konfederacja Polski Niepodległej a od was rozpocznie się jej odrodzenie..." Potem toczyła się dyskusja, o jej wyniku dowiedziałem się z RWE gdy założyliście KPN.

 

ML: Panie Ministrze. Z naszej dotychczasowej rozmowy, a także z róznych opracowań (myślę m.in. o artykule Grzegorza Waligóry - "Romuald Szeremietiew - opozycjonista w PAX") wynika, że dzięki swojemu uporowi i aktywności, mimo trudnej sytuacji osobistej (brak ojca, nauka w szkole zawodowej, konieczność łączenia pracy zawodowej z nauką w szkole średniej) był Pan w 2. połowie lat 70. ub. wieku świetnie przygotowany do podjęcia działalności politycznej. Dom rodzinny dziadków Lubowickich, tradycje podziemia niepodległościowego na Podlasiu (Romuald Rajs "Bury"), wyniesione już z niższych szkół solidne wykształcenie historyczne, obejmujące najnowszą niezakłamaną historię Polski. Wyrastał Pan w silnym środowisku niepodległościowo - pozytywistycznym w Legnicy (Zygmunt Urban, Bronisław Kamiński, Roman Kwasek, Henryk Baca, Stanisław Obertaniec). Posiadał Pan potrzebne w działalności politycznej wykształcenie prawnicze (Uniwersytet Wrocławski - studia magisterskie ukończone z wynikiem bardzo dobrym i podjęte studia doktoranckie z których Pana usunięto w ramach represji za niepokorność), doświadczenie wyniesione z działalności prezesa zarządu Uczelnianego Koła Nauk Politycznych UWr (wg SB Pan w tym czasie "lansował potrzebę wychowania nowych zastępów działaczy na bazie młodzieży katolickiej wywodzącej się z PAX, KIK i SD, których celem byłoby przeciwstawienie się partii. [...] Chętnie widziałby oderwanie się Polski od RWPG i Układu Warszawskiego. Rzucał oszczerstwa pod adresem członków partii i rządu"). Miał Pan kontakt z konspiracyjnym "Ruchem", działalność w legalnych organizacjach: w SD i w PAX oraz w jawnym opozycyjnym ROPCiO. Zakładając w 1979 roku KPN miał Pan 35 lat i był przygotowany jak mało kto podjęcia działalności politycznej. Niejeden dzisiejszy polityk mógłby Panu pozazdrościć politycznego doświadczenia i merytorycznego przygotowania! 

 

Charakterystyczne jest przy tym, że SB miała kłopoty z inwigilacją Pana. Grzegorz Waligóra z IPN pisze, że dopiero "od 1976 r. SB wiedziała także o kontaktach Szeremietiewa z Leszkiem Moczulskim i o prowadzonej przez niego działalności w ramach Nurtu Niepodległościowego" i dalej "Służba Bezpieczeństwa, pomimo dosyć dobrego rozpoznania sytuacji, napotykała jednak spore trudności w inwigilacji Szeremietiewa. Zasadniczy problem stanowił brak agentury w jego najbliższym otoczeniu, co wynikało przede wszystkim z przyjętych przez niego metod działania. Przedstawiając możliwości operacyjne, naczelnik Wydziału IV KW MO w Lesznie mjr Władysław Spychaj charakteryzował go w następujący sposób: „W miejscu pracy jest wyjątkowo skryty i ostrożny, nie pozwoli się wciągnąć w żadna dyskusję. swój pobyt w Oddziale Wojewódzkim PAX w Lesznie ogranicza do minimum. Znaczna część czasu spędza poza Oddziałem, najczęściej w miejscu zamieszkania. Nie dzieli się z pracownikami informacjami uzyskanymi na naradach”. Ten brak wiedzy Sb wynika - jak rozumiem - zasad działania, których Pan przestrzegał. Jest jednak dziwny, jeśli zważyć, że jako TW zarejestrowani byli przez SB nie tylko wymienieni wyżej przez Pana Andrzej Szomański i Ryszard Zieliński ale także (czy może przede wszystkim) - Leszek Moczulski. Czy ma Pan jakąś (lub jakieś - w liczbie mnogiej) hipotezy wyjaśniające ten paradoks? Czy zechciałby Pan się nimi podzielić?

 

R.Sz.: Kwestia Leszka Moczulskiego. Z okresu mojej współpracy z Moczulskim, a konspirowaliśmy w moich czasach paxowskich i zakładaliśmy KPN w 1979 r.- z tego okresu nie mam żadnych dowodów wskazujących, że był on agentem SB. Moczulski był przew. KPN, razem siedzieliśmy na ławie oskarżonych, a następnie kilka lat w więzieniu. Był też autorem świetnego i wizjonerskiego opracowania „Rewolucja bez rewolucji” – polecam każdemu tę lekturę. Tekst poprzedzał koncepcyjnie utworzenie Konfederacji, a zarysowany w nim scenariusz sprawdził się później – dokładnie tak jak Moczulski przewidywał komuniści stracili władzę. Także w sądzie i w więzieniu zachowywał się dobrze – tu patrz zapis jego wystąpień przed sądem. Jego działalność opozycyjna od momentu utworzenia ROPCiO i KPN była uważana przez władze PRL za bardzo groźną dla reżimu– są na to liczne dowody.

 

Moja opinia nt. Leszka Moczulskiego. Podkreślam opinia. Z materiałów ubeckich wiadomo, że istniał TW „Lech” i że rozszyfrowano go jako Leszka Moczulskiego, a sąd uznał go za winnego "kłamstwa lustracyjnego". Prawdą też jest, że w otoczeniu Moczulskiego roiło się od agentów SB. Wiadomo, że agentami SB okazali się zaufani ludzie Moczulskiego, np. Krzysztof Gąsiorowski z Krakowa, który po uwięzieniu nas w 1980 r. był nawet przew. KPN. Mimo to sądzę, że Moczulski agentem SB nie był, a na pewno sam nie uważał się za agenta. Czy to oznacza, że akta SB są fałszywe? 

 

Moczulski miał różne kontakty, chociażby z racji pracy w tyg. „Stolica” z „czerwonym”. Pamiętam, jak mówił mi w końcu lat 70., że spotyka się z „kimś z KC PZPR” i za jego pośrednictwem przekazuje „władzom” informacje, które umożliwią podjęcie jawnej działalności opozycyjnej. Tą drogą miał trafić do władz PRL w grudniu 1976 r. napisany przez Moczulskiego „memoriał” (tekst „memoriału”: „Dokumenty uczestników Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela 1977-1981”, Kraków 2005, wyd. Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego, ss.409-427). 

 

Sadzę, że Moczulski mógł być przekonany, że prowadzi jakąś grę z komunistami, może nawet nie spostrzegając, że np. ten „ktoś z KC PZPR” jest z SB. A ubecja ze swej strony uważała go za TW i tak go zarejestrowała. O możliwości takiej „gry” wskazują zapiski ubeków podejrzewających, że "Lech" nie jest z nimi „szczery” i wszystkiego im nie mówi. A kiedy kontakty urwały się i Moczulski stał się rozpracowywanym figurantem to nadano mu pseudo „Oszust” – tak jakby SB poczuła się przez Moczulskiego oszukana. Mnie np. nazwano Figurant „Taktyk”. 

 

Jaki błąd popełnił Moczulski w swojej sprawie? Otóż kiedy w czerwcu 1992 r. znalazł się na tzw. liście Macierewicza to poszedł w tzw. zaparte i czynnie uczestniczył w obalaniu rządu Olszewskiego. W ten sposób znalazł się po stronie tych, których jeszcze nie tak dawno chciał dekomunizować. Adam Słomka, w 1992 r. prawa ręka Moczulskiego, powiedział mi, że Moczulski nie miał wyboru. Musiał się bronić. I zapytał – co byś zrobił na jego miejscu? Odparłem – na sali sejmowej powiedziałbym, że znalazłem się niesłusznie na liście agentów, ale mimo to nie zmieniłem zdania, uważam, że lustracja jest niezbędna. Dlatego KPN poprze rząd, a ja domagam się, aby mnie jako pierwszego zlustrowano. Słomka uśmiechnął się – a jeżeli Leszek wiedział jaki będzie wynik lustracji i dlatego nie mógł zrobić tego co mówisz?

 

No tak, ale jeśli to wiedział, to dlaczego w końcu wystąpił o lustrację i dlaczego zeznający esbecy pogrążali go, choć w przypadku innych zwykle bronili, np. w sprawie TW Beata, czy TW Nowak? 

 

Rozmowa została przeprowadzona na nieistniejącym już Forum Polonus 

jesienią 2008 roku

 

Zob. też - rozmowa Katarzyny Śniadeckiej z Romualdem Szremietiewem

 

 Materiały są dostępne na licencji CC BY 3.0 PL

Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści

pod warunkiem wskazania autorów praw do tekstu. 

Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autorów.