Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

Wspomnienia konfederatów

Obszar I - Warszawa

Romuald Szeremietiew (rozmowa Katarzyny Śniadeckiej)

Katarzyna Śniadecka: Chciałam zapytać o Pana o wydarzenia związane z KPN - sprawa testowania kwestii legalności KPN i związanych z tym zatrzymaniach. Czy Pan przewidywał taki scenariusz?

Romuald Szeremietiew: Problem związany z podjęciem działalności niepodległościowej polegał tylko na tym, czy rozkład reżimu jest już tak daleko posunięty, że władze PRL nie będą w stanie przy pomocy Służby Bezpieczeństwa zdusić tego działania. Nasza analiza, gdy wypracowaliśmy decyzję budowania niepodległościowej partii politycznej upewniały, że będzie to możliwe. Ponadto trzeba też przypomnieć, że decydując się na taki kierunek działalności wychodziliśmy poza ramy tzw. opozycji demokratycznej; KOR i ROPCiO to były formacje, które deklarowały, że chcą bronić praw człowieka w ramach prawnych reżimu PRL. KPN też deklarował działania zgodne z prawem – twierdziliśmy, że prawo w PRL nie zabrania tworzenia partii politycznych – ale nasze przedsięwzięcia miały sprawić, że PRL-u nie będzie. Nasza działalność miała prowadzić do odebrania komunistom władzy i do zmiany ustroju. Zakładaliśmy, że satelita Moskwy, Polska Rzeczypospolita Ludowa, zostanie zastąpiona przez niepodległą Rzeczypospolitą Polską. To było śmiertelnym zagrożeniem dla reżimu i wiedzieliśmy, że spotkają nas z tego powodu represje. A więc to, że trafimy do więzienia nie budziło mojej wątpliwości. Zasadne było jednak ustalenie, czy komuniści będą w stanie wyeliminować nas i całkowicie zlikwidować naszą działalność. Uznaliśmy, że takich możliwości reżim już nie będzie miał. Na czym opieraliśmy ten wniosek? W tamtym czasie analizując sytuację w Polsce uważaliśmy, że wkrótce ujawni się zasadnicza sprzeczność między tym, czego chcą Polacy, a tym co może im zapewnić PRL. W dorosłe życie wchodziły miliony Polaków, którzy chcieli zakładać rodziny, potrzebowali mieszkań, mieli różnorodne ambicje życiowe. Było dla nas oczywiste, że rządząca PZPR fatalnie kierująca gospodarką „planową” nie będzie w stanie sprostać oczekiwaniom młodych Polaków. Przewidywaliśmy, że tym samym musi dojść do starcia strupieszałego PRL z dynamicznym młodym pokoleniem. Komuniści też zdawali sobie sprawę z tego zagrożenia, chcieli jakoś sprostać wyzwaniom. Pojawił się plan budowy tzw. drugiej Polski firmowany przez sekretarza PZPR Edwarda Gierka, ale to, jak wiadomo się nie udało.

Nabraliśmy przekonania, że szansą na odzyskanie niepodległości będzie rosnący w siłę demograficzny potencjał społeczeństwa. Przewidywaliśmy, że wystąpi fala społecznego antyreżimowego sprzeciwu i skończy się obaleniem komunistów, a więc odzyskaniem niepodległości przez Polskę. Widzieliśmy też narastający wielowymiarowy kryzys w całym bloku sowieckim. W Związku Radzieckim - trwała agresja sowiecka w Afganistanie i widać było, że Sowieci przegrywają. Było widoczne, że Związek Sowiecki się chwieje i powinien upaść, a był on jedynym gwarantem istnienia PRL.

Nasza decyzja podjęcia walki o niepodległość wynikła z przekonania, że sytuacja społeczna i międzynarodowa będzie nam sprzyjała. Czym innym był jednak odbiór naszego działania w społeczeństwie polskim. Było wielu „realistów” i jeszcze więcej „rozsądnych”, którzy uważali domaganie się niepodległości za fantazjowanie, a nas nazywali „oszołomami”, a nawet czasem prowokatorami, którzy swym działaniem ściągną na Polskę sowiecką interwencję. Twierdzili, że Moskwa nigdy nie zgodzi się na utratę Polski. Ludzie ci nie wyobrażali sobie, że układ jałtański się rozsypie a Polska naprawdę stoi przed ogromną szansą odzyskanie wolności i samostanowienia. My natomiast uważaliśmy, że to się stać musi.

Drugą sprawą były doraźnie występujące uwarunkowania – co można było konkretnie robić i na ile skutecznie. Na ile jeszcze reżim PRL będzie w stanie paraliżować naszą organizacyjną działalność? No i okazało się, że komuniści są w sytuacji kryzysowej, zresztą jak cały „obóz socjalistyczny”. ZSRR musiał zmniejszyć obciążenia zbrojeniowe, jego gospodarka nie podołała wyścigowi zbrojeń z Zachodem. Związek Sowiecki potrzebował dlatego odprężenia, doszło do konferencji bezpieczeństwa i współpracy w Europie. Zachód postawił wówczas rzecz bardzo ważną dla nas, mianowicie prawa człowieka. Wielka była w tym zasługa zapomnianego dziś prezydenta USA Jimmy Cartera. Wtedy to ratyfikowano po stronie sowieckiej Deklarację Praw Człowieka. Stała się ona częścią wewnętrznego prawa w PRL. Władze komunistyczne musiały deklarację nie tylko ratyfikować, ale też ogłosić w Dzienniku Ustaw, aby dowieść, że ona obowiązuje. Ten numer Dziennika Ustaw w PRL był traktowany niczym jakiś najtajniejszy dokument, nie można go było zdobyć, ale dla nas było wystarczające, że to prawo jest i jego naruszenia będą wywoływały reakcje Zachodu. To bardzo ograniczało możliwości represyjne komunistycznego aparatu przemocy i umożliwiało nam organizowanie Konfederacji. Z tego też skorzystaliśmy.

Ogłosiliśmy powstanie KPN-u, jako partii politycznej działającej jawnie, zgodnie z prawami człowieka, a więc w ramach obowiązującego porządku prawnego. Okazało się, że reżim miał straszny kłopot z tą naszą „legalnością”. Byliśmy oczywiście narażeni na różnego rodzaju represje, zwolnienie z pracy, krótkie zatrzymania, itp., ale to nie sparaliżowało naszej działalności. KPN rozwijała się. Kiedy komuniści postanowili naszą działalność skuteczniej powstrzymywać zamykając nas do więzienia, wtedy wybuchła Solidarność - to był ten moment przez nas przewidywany; potencjał demograficzny Polski uderzył w strupieszałą strukturę państwową PRL. Wtedy komuniści uznali, że Solidarność może działać, trudno – zgoda, ale działalności KPN-u postanowili postawić tamę. W PZPR podjęto decyzje, żeby aresztować Leszka Moczulskiego, a następnie pozostałych członków kierownictwa Konfederacji, w tym mnie. Sądzili, że zamykając nas za kratami wyznaczają barierę, której inni będą się bali przekroczyć. Esbecy mówili w ten sposób działającym w Solidarności: możecie domagać się poprawy warunków socjalnych, działać społecznie, ale nie wolno wam podważać kierowniczej roli partii i podporządkowania Moskwie (sojuszu z ZSRR). Nie wolno było domagać się niepodległości bo za to groziło uwięzienie. Przekaz był więc dla wszystkich jasny. A dla mnie - jak wspomniałem wyżej - było oczywiste, że trafię do więzienia.

K.Ś: Głównym argumentem forsowanym przez prokuratora było planowanie podjęcia akcji zbrojnej i wykazanie finansowania działalności KPN z zagranicy, żeby to wyglądało na szeroko zakrojoną akcję.

R. Sz.: To była nieprawdziwe zarzuty. Nie planowaliśmy działań zbrojnych i nie mieliśmy też żadnego finansowania z zagranicy – a bardzo by się ono wtedy przydało. Cały akt oskarżenia, który sprokurowała prokuratura nie miał żadnego oparcia w faktach. Co do pomocy finansowej z Zachodu; w przypadku KPN nie było jej dlatego, że ośrodki na Zachodzie, które wspierały polską działalność niezależną i opozycyjną uważały, iż KPN nie należy pomagać, bowiem nasz cel niepodległość Polski – oznacza konfrontację z ZSRR, czego Zachód nie chciał – nie przypuszczano i nie przewidywano zresztą wtedy, że ZSRR rozleci się. Kto z „sowietologów” i polskich „demokratycznych” opozycjonistów przewidywał, że ZSRR upadnie? W 1986 roku miałem sposobność rozmawiać z amerykańskimi znawcami Sowietów. Mówiłem, że za parę lat ZSRR nie będzie. Uważano, że jestem niepoważny. Twierdzono, że ZSRR zreformuje się – pokładano wielkie nadzieje w Gorbaczowie – i będzie ważnym elementem ładu międzynarodowego. W Internecie można znaleźć nagranie mojej rozmowy przeprowadzonej w 1985 roku z dziennikarzem opozycjonistą Maciejem Szumowskim. To jest materiał pokazujący jak oceniałem sytuację, a jak ją widział Szumowski. Kierowałem wtedy Polską Partię Niepodległościową, widziałem niepodległość jako coś bardzo bliskiego, a Szumowski nie mógł tego przyjąć do wiadomości, mówił „niepodległość, ależ to niemożliwe”.

K.Ś: Działając w Polskiej Partii Niepodległościowej braliście pod uwagę działania zbrojne?

R. Sz.: Rzeczywiście nie wykluczaliśmy walki zbrojnej, ale tylko z jednego powodu; po prostu uważaliśmy, że ustawiczne deklarowanie pokojowych metod działania ośmiela reżim, który będąc pewnym, że nie będzie czynnego oporu łatwo nas spacyfikuje. Kiedy strajkujący mówią, że nie będą stawiali oporu to tym samym niejako zapraszają milicję, żeby weszła i strajkujących wyaresztowała. Natomiast, jeśli miliony Polaków wykażą wolę oporu, to wtedy przeciwnik zastanowi się, czy może stosować represje. Nie chodziło przecież o wywołanie wojny domowej, tylko o to, żeby determinacją wzmocnić szanse zwycięstwa w bezkrwawej konfrontacji z reżimem. Mój punkt widzenia był też inny, niż tzw. konstruktywnej opozycji, co do negocjacji z władzami. Uważałem, że z komunistami nie należy rokować, tylko trzeba im odebrać władzę. Zakładałem nawet, że rozmowy Okrągłego Stołu się załamią, ponieważ strona opozycyjna w końcu zorientuje się, że prowadzą one do zdrady ideałów Solidarności. Niestety, tak się nie stało i mamy dziś spartaczone państwo z licznymi pozostałościami po komunie.

K.Ś: Czy, według Pana wiedzy - ponieważ strona sowiecka też nie wiedziała, jak to się sprawy potoczą - czy strona sowiecka brała pod uwagę porozumienie i współpracę ze stroną niepodległościową? Czy w ogóle taki scenariusz byłby możliwy?

R. Sz.: Nie było takiego scenariusza i nie mogło być. Moskwa od zawsze widziała Polskę albo jako jej podporządkowaną, utrzymywaną siła w zależności, albo, gdy tej siły zabrakło jako straconą i którą się podporządkuje po odzyskaniu sił. Każda władza rosyjska, zarówno „biała” jak i ”czerwona” nigdy nie traktowała Polski jako niezależnego suwerennego państwa partnerskiego Rosji. W PRL rządziła rosyjska agentura, która wykonywała polecenia Moskwy. Rosja nie miała dla Polski innego rozwiązania, jak tylko niewolę. Co pewien czas pojawiają się opinie, że Polacy mogą porozumieć się z Rosjanami. Takie sugestie mogą nawet ujawniać się ze strony rosyjskiej. W takim przypadku będą to elementy gry Kremla obliczone jako wprowadzające w błąd naiwnych po polskiej stronie. W 1921 roku Polska podpisała układ pokojowy z Rosją, ustalono jako ostateczne granice, a przy pierwszej nadarzającej się okazji Moskale złamali wszystkie porozumienie i na Polskę napadli. Więc, albo nie poddamy się Rosji stawiając skuteczny opór, albo skapitulujemy i będziemy niewolnikami Moskali: „tertium non datur” – trzeciej możliwości niestety nie ma.

K.Ś: Jak Pan ocenia ówczesny podział strony opozycyjnej, może nie jawne zwalczanie się, ale brak wsparcia dla KPN, nawet w sytuacji, kiedy byliście aresztowani?

R. Sz.: Objaśnił to Zbigniew Bujak, gdy był przewodniczącym mazowieckiej Solidarności. Będąc na Górnym Śląsku w czasie spotkania z górnikami w jednej z kopalń padło pytanie dlaczego przywódcy KPN siedzą w więzieniu, a Solidarność nic w tej sprawie nie robi. Wtedy Bujak odpowiedział, że my domagając się niepodległości prowokujemy Breżniewa i możemy wywołać interwencję Rosji, więc będzie lepiej, jeśli na razie posiedzimy. Byliśmy nazywani ekstremą stawiającą prowokacyjne i nierealistyczne postulaty. Niepodległość była takim nierealistycznym postulatem! Według liderów Solidarności nie wolno było tym zakłócać procesu ustępstw komunistów. Uważali, że z władzą można się porozumieć, a tu jacyś szaleńcy mówią, że komunistów trzeba pozbawić władzy. To przecież nie może się udać. Była zresztą koncepcja takiego porozumienia: Solidarność zostawi PZPR „czerwoną czapeczkę” (MSW, MON i MSZ), a oni oddadzą stronie społecznej gospodarkę. Obie strony zgodnie ją zreformują, poprawi się sytuacja ekonomiczna i będziemy mieli w Polsce socjalizm „z ludzką twarzą”. Po stanie wojennym ktoś powiedział, że pojawił się socjalizm z ludzką twarz, z twarzą gen. Kiszczaka. Dla opozycji „konstruktywnej” zmiana ustroju była nieprawdopodobna. Szczytem marzeń były łagodniejsze rządy partii komunistycznej, słabsza cenzura, może większa swoboda wypowiedzi, możliwość wyjazdu za granicę…. Odejście od „socjalizmu”, kiedy wiadomo, że jest ZSRR, jego dywizje, bezpieka i ponury tow. Breżniew, nie, to wydawało się niemożliwe. Jeżeli więc ktoś stawiał postulat niepodległości Polski to był traktowany w najlepszym wypadku jako wariat. Tak też inni, ci rozsądni opozycjoniści, oceniali KPN.

K.Ś: Czy jawny charakter działalności był kalkulowany? Czy może to był błąd?

R. Sz.: Chodzi o to, że narażaliśmy się na więzienie? To był skalkulowany koszt. Byłem nawet trochę zdziwiony, że trwało to stosunkowo długo, zanim trafiłem za kraty. Za Gomułki byłbym w kryminale natychmiast po podjęciu działalności, za Bieruta skończyłbym z kulą w głowie. Inaczej niż mój ojciec działałem w latach, gdy komunizm już słabł. Jeżeli więc mam pretensje o to więzienie, to w innym kontekście i tylko do siebie. Mam do siebie pretensje, że posłuchałem wezwania Moczulskiego przekazanego z więzienia, abym przestał się ukrywać i dał się złapać. Wcześniej z Tadeuszem Stańskim, mieliśmy informacje, że będziemy aresztowani jako następni po Moczulskim. Była to wiadomość pewna, bo uzyskana z wiarygodnego źródła w MSW. Wiedzieliśmy, że mamy być aresztowani po manifestacji 11 listopada 1980 roku. W związku z tym nie było nas na tej manifestacji. Uważaliśmy, że trzeba się zakonspirować. Niestety, Tadeusz dość szybko wpadł, ja miałem szczęście, on nie, został namierzony i aresztowany. Byłem więc na wolności i miałem sam kierować Konfederacją. Nie mogłem schować się w jakiejś dziupli nie wyściubiając nosa. Musiałem z ukrycia kierować organizacją. Musiałem odwiedzać różne rejony kraju, przemieszać się i to robiłem. Miałem, jak się okazało, dobry sposób na takie funkcjonowanie. Opracowałem zasady, których przestrzegałem i to było skuteczne. Przyjąłem, że:
      * nie wolno mi odwiedzać osób znanych SB, korzystać z adresów, na których bywałem w trakcie dotychczasowej jawnej działalności. Miałem przygotowanych w Polsce kilka adresów, gdzie teraz się zatrzymywałem, a których przedtem nie odwiedzałem i nie było ich w żadnym moim notesie; w aktach sprawy znajduje się sfotografowany mój notes z adresami, które były pod obserwacją SB,
     * nie wolno odwiedzać „niepolitycznych” znajomych, bliskich z rodziny, zwłaszcza żony,
     * nie wolno pojawiać się w miejscach będących pod rutynową obserwacją SB, czyli hotele, dworce, miejsca w centrach miast,
     * podróżuje się autostopem unikając środków komunikacji państwowej.

To oczywiście utrudniało funkcjonowanie, ale było wystarczającą gwarancją, żeby nie być namierzonym. Przez kilka miesięcy byłem intensywnie poszukiwany, wystawiono za mną list gończy ale ciągle nie byli w stanie mnie złapać. W zaplanowanym już procesie kierownictwa KPN miało zasiąść nas czterech (Moczulski, Stański, Tadeusz Jandziszak i ja), a ponieważ esbecy nie mogli mnie złapać to zdecydowano, że jako czwarty wystąpi ktoś inny. W opinii Moczulskiego to oznaczałoby nasze osłabienie na procesie. Koncepcja była bowiem taka, że występując w sądzie docieramy z programem Konfederacji do społeczeństwa – przez więzienie idziemy do zwycięstwa – tak to formułował Moczulski.

Leszek uważał, że kryzys polityczny i gospodarczy pogłębi się. Pojawi się bezrobocie i poprą nas masy niezadowolonych Polaków. Wtedy podzielałem pogląd Moczulskiego i dlatego posłuchałem jego wezwania. Pokazałem się agentom SB w miejscu publicznym i zostałem aresztowany. Dziś uważam, że to był mój błąd. Powinienem był pozostać w konspiracji i budować siłę organizacyjną KPN. Myślę, że Konfederacja inaczej zachowałaby się w stanie wojennym i my pokierowalibyśmy wówczas oporem społeczeństwa. Zza krat nie można było tego zrobić. Dlatego ze Stańskim po wyjściu z więzienia w 1984 roku postanowiliśmy stworzyć nową organizację, Polską Partię Niepodległościową działającą w konspiracji. Przychodzący do PPN nowi ludzie działali w konspiracji. To zakonspirowanie w dużym stopniu się nam udało. Dzisiaj z tego powodu cierpimy, bo w IPN nie ma zbyt wiele esbeckiego materiału na temat PPN. Dlatego chyba pewien historyk napisał, że nasza partia to była małą nieznaczącą organizacja. Wszystko dlatego, że SB nie zdobyła dość informacji na nasz temat. Tymczasem mieliśmy znaczące wpływy wśród anty-wałęsowskich działaczy Solidarności, w środowiskach młodzieży (Federacji Młodzieży Walczącej). W oparciu o te środowiska w razie wybuchu nowego protestu bylibyśmy w stanie przekształcić strajki w proces odbierania władzy komunistom.

K.Ś: Takie też były oczekiwania społeczne.

R. Sz.: Taka była możliwość, ale zgromadzeni przy Okrągłym Stole zrobili wszystko, aby do niej nie doszło. Wyobraźnię elit opozycyjnych krępowała świadomość istnienia porządku jałtańskiego, w którym nie było miejsca dla Polski wolnej i niepodległej, miała być tylko Polska Ludowa. Przeceniano też możliwości interwencyjne Rosji i sądzono, że reżim może siłą odwrócić procesy swego upadku. Twierdziłem, że Moskwa nie ma możliwości interwencji zbrojnej. Nie widziałem też sił, które byłyby zdolne bronić PRL i trudno było tym samym wyobrazić sobie ponowny stan wojenny. Wprawdzie ludzie jeszcze się Rosji bali, ale widoczne było, że Gorbaczowowi sypało się wszystko z państwem włącznie. Interwencja sowiecka była nieprawdopodobna. Moim zdaniem komuniści w Polsce nie mieli szans, żeby obronić swoje rządy więc wywoływanie walki zbrojnej też było w tym przypadku zbędne. Niestety, nie słuchano nas.

K.Ś: A czego zabrakło według Pana?

R. Sz.: Zabrakło nowego masowego protestu społecznego. Opozycja „konstruktywna” tak samo zresztą bała się strajków jak reżim. Proszę zauważyć, jak zachował się Wałęsa i ludzie z nim związani, kiedy w 1988 roku wybuchły strajki na Wybrzeżu. Robili wszystko, żeby je zgasić.

K.Ś: Był to strach przed stroną komunistyczną?

R. Sz.: Raczej strach przed polskimi „nacjonalistami”, jak nas niepodległościowców nazywała opozycja która się nazwała demokratyczną. Jej czołowy publicysta Jan Walc popełnił tekst po powstaniu KPN pod jednoznacznym tytułem: „Drogą podłości do niepodległości”.

Zjawiłem się na Wybrzeżu po wybuchu strajku w 1988 roku, chciałem dostać się do Stoczni Gdańskiej. W strajku uczestniczyli już koledzy z PPN, byli głównie w stoczni remontowej. W Trójmieście mieliśmy naprawdę solidną organizację. Zjawiłem się na plebanii w parafii Św. Brygidy u ks. Jankowskiego. Tam był punkt organizujący przerzuty przyjezdnych spoza Gdańska do stoczni. Stocznia była szczelnie obstawiona przez oddziały milicji i wszechobecną SB. Trudno było tak z marszu dostać się do strajkujących. Okazało się, że tymi przerzutami zajmował się znajdujący się na plebanii zaufany Wałęsy, Adam Michnik. Kiedy usłyszał, że chcę dostać się do strajkujących powiedział: ”Ty do stoczni – żebyś tam namieszał. Nigdy w życiu. Zapomnij o tym.”

Dostałem się do stoczni dzięki pomocy Federacji Młodzieży Walczącej, gdański oddział FMW uważał się za młodzieżówkę PPN. Dotarłem na miejsce skomplikowaną drogą m.in.. kanałem, niczym w Powstaniu Warszawskim, utytłany jak nieboskie stworzenie. Robotnicy chcieli abym przemówił do strajkujących. Jak zobaczył mnie Wałęsa wskazując na mnie palcem polecił: „Jemu nie dawać mikrofonu”. Stoję więc taki utytłany, pilnowany przez „gwardzistów” Wałęsy i widzę, że od strony bramy, tej kontrolowanej przez bezpiekę, nadchodzi czyściutki, w jasnym garniturze, mecenas Siła Nowicki – przyznaję, że zbaraniałem. Można więc do stoczni wejść jakby nigdy nic, bez kłopotów? No cóż, Siła-Nowicki był zwolennikiem układania się z komunistami. Jego obecność u boku Wałęsy była pożądana. Moja nie.

K.Ś: Z relacji ks. Maja wiem, że KPN była grupą zwartą solidarną, ale też dość „hałaśliwą” i niepokorną. Zwolniono Was z aresztu, ale warunkiem zwolnienia było przestrzeganie ustalonych reguł?

R. Sz.: Zwolniono nas, uwięzionych członków kierownictwa KPN, w czerwcu 1980 r., jak okazało się na krótko bo na miesiąc. Zostaliśmy ponownie aresztowani pod pretekstem, że nie przestrzegamy jakichś reguł, które nam narzucono. Nie mogliśmy przyjąć, że my domagający się niepodległości Polski będziemy przestrzegali coś, czego sobie zażyczył jakiś bolszewicki stupajka. Czy bylibyśmy wiarygodni jako przywódcy KPN wykonując polecenia komunistów? W więzieniu też byłem zresztą wielokrotnie karany bowiem nie przestrzegałem regulaminu więziennego – byłem niewinny, a trzymano mnie za kratami, nie wyobrażałem sobie, że przyjmę narzucony przemocą status więźnia kryminalisty. W więzieniu podejmowałem walkę i doświadczałem z tego powodu różnych niedogodności.

K.Ś: Ale udało się dzięki tej więziennej walce wyegzekwować wiele?

R. Sz.: Rzeczywiście wiele wywalczyliśmy – nawet nieformalny, ale faktyczny status więźnia politycznego. Reżim zawsze ustępował przed siłą a można ją było okazać na różne sposoby. Mówiłem naczelnikowi więzienia; „macie przewagę i możecie trzymać mnie za kratami, ale nie oczekujcie, że to uznam. Jestem człowiekiem wolnym, mimo, że jestem tutaj. Poza przemocą nie macie, żadnych argumentów. Nie oczekujcie, że ja się poddam”. Rzecz polegała na tym, że kapitulacja, podporządkowanie się była sposobem na wyjście z więzienia. Tymczasem w opinii więzienia na mój temat, znajdującej się teraz w zasobach IPN, przeczytałem, że nie uznawałem, abym popełnił przestępstwo i nie poddawałem się tzw. resocjalizacji. Napisano tam prawdę.

Opowiem inną historię – dotyczy mojej żony. Została ona w momencie ogłoszenia stanu wojennego zamknięta w więzieniu w Ostrowie Wielkopolskim. Nie była działaczem KPN, nie miała ambicji politycznych, była tylko szeregowym członkiem Solidarności. Powstaje pytanie: dlaczego ją zamknięto? Okazało się, że SB chciała ją zmusić do podpisania lojalki. Powiedzieli, że ją wypuszczą z więzienia, jeżeli zdeklaruje poparcie dla stanu wojennego. Żona odmówiła. Później powiedziała mi: „Zrozumiałam, że chcą uderzyć w ciebie. Jakbyś się czuł, gdyby przynieśli ci do celi „Trybunę Ludu” z informacją, że twoja żona popiera stan wojenny? Nie mogłam czegoś takiego ci zrobić”. Wypuścili ją po pewnym czasie. Im chodziło zawsze o złamanie przeciwnika. W przypadku mojej żony to się nie udało.

Podkreślam, że prowadziliśmy walkę, ale nie strzelaliśmy, była to bowiem walka cywilna. Prezentowaliśmy postawę odrzucania komunizmu, nie poddawaliśmy się represjom. Potwierdzaliśmy w ten sposób wierność naszym ideałom. Natomiast reżim usiłował wmanewrować nas w sytuacje, gdy dla ratowania własnej skóry zapominamy o niepodległości. Na tym polegało nasze zasadnicze starcie z reżimem. I to starcie wygraliśmy!

K.Ś: Kiedy podjęliście decyzję o odejściu z KPN-u i kiedy wasze drogi z Leszkiem Moczulskim się rozeszły? Czym to było spowodowane?

R. Sz.: Wystąpiła różnica w poglądach co do tego jak mamy działać po wyjściu z więzienia. Moczulski nadal uważał, że wystarczy siedzenie za kratami, a sytuacja będzie nam sprzyjać. Z Tadeuszem Stańskim doszliśmy do wniosku, że to błędne założenie. Uważaliśmy, że taka taktyka spowodowała, że KPN zmarnowała okres legalnej działalności Solidarności. Należało wówczas unikać uwięzienia i budować struktury. Konfederacja miał szansę stać się decydującą siłą w Polsce. Co gorsza, gdy siedzieliśmy w więzieniu na stanowisko przewodniczącego KPN, Moczulski wyznaczył działacza z Krakowa, Krzysztofa Gąsiorowskiego, który okazał się TW. A więc mieliśmy partię dążącą do niepodległości z agentem na czele – marne szanse na zwycięstwo.

K.Ś: A plotki, że Leszek Moczulski jest agentem...?

R. Sz.: Rzeczywiście traktowaliśmy tego typu doniesienia tylko jako plotki. Nie one były powodem naszego rozstania się z Moczulskim. Wspomniałem, że powodem była krytyka jego koncepcji: przez więzienie do niepodległości. No i mieliśmy do Moczulskiego pretensję, że on w stanie wojennym dobrowolnie wrócił za kraty. Historia była następująca: siedzieliśmy w areszcie na Rakowieckiej, gdy Moczulski, tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego dostał przepustkę, żeby odwiedzić żonę, która była w szpitalu w Katowicach. I tam go zastał stan wojenny, w miejscu, gdzie Konfederacja była najsilniejsza, kilka tysięcy członków. Byliśmy przekonani ze Stańskim, że Moczulski zszedł do podziemia i organizuje opór. Jakież było nasze rozczarowanie i wściekłość, że on tego nie zrobił. Dla nas było niezrozumiałe to jego zachowanie. Dodam, że tę lukę w oporze, w którą za sprawą Moczulskiego zostawiła Konfederacja wypełniła dopiero Solidarność Walcząca Kornela Morawieckiego. Było więc ogromne zapotrzebowanie na tego typu działanie, gdyby KPN je podjęła! Do dziś uważam, że gdyby w stanie wojennym było właściwe kierownictwo, to Konfederacja odegrałaby bardzo dużą rolę. Zadecydowałaby jak kończyłby się komunizm i zapewne nie byłoby żadnego Okrągłego Stołu.

K.Ś: Może jednak Leszek Moczulski miał rację? A czy nie było to też tak, iż to, że byliście w więzieniu, trwał polityczny proces sądowy to mnóstwo młodych ludzi zgłaszało się do KPN, Konfederacja zaczynała być znana i popierana?

R. Sz.: Ale cóż mogli zdziałać ci młodzi Konfederaci po przywództwem Tajnego Współpracownika Gąsiorowskiego? Konfederacja była dużą strukturą organizacyjną, ale nie miała głowy. Głowa była w więzieniu. Dlatego mieliśmy pretensje do Moczulskiego, że obrał niewłaściwy kierunek działania. Za to właśnie jako przywódca KPN ponosił odpowiedzialność. Pamiętam, że tym co przełamało nasze relacje był bunt więźniów w Barczewie. Wraz z Tadeuszem organizowaliśmy tę akcję. Moczulski nie chciał w tym uczestniczyć. Tymczasem współwięźniowie Andrzej Słowik, Jerzy Kropiwnicki już podjęli głodówkę. My ze Stańskim chcieliśmy podjąć akcję czynną, godzącą silnie w więzienny porządek. Moczulski uważał, że nie ma sensu ścierać się ze strażą więzienną, proponował byśmy podjęły głodówkę „rotacyjną”, odmawiali jedzenie raz na parę dni. Powiedziałem wówczas, że możemy siedzieć cicho, jeśli będzie jakiś ważny powód ku temu. Zapytałem Leszka, czy jest w stanie napisać nowy tekst programowy, na kształt „Rewolucji bez rewolucji”, w którym byłby program naszego działania. Teraz po wprowadzeniu stanu wojennego była nowa sytuacja i Konfederacja potrzebowała nowego programu. Powiedziałem wówczas Moczulskiemu, że napisanie nowego programu to rzeczywiście sprawa bardzo ważna. Możemy więc zrezygnować z akcji czynnej w więzieniu, jeśli on zacznie pisać ten program. Stański natychmiast dodał, że przerzucimy to co napisze na zewnątrz. Usłyszeliśmy od Leszka, że program napisze. Zaczął pisać, a my z Tadeuszem przepisywaliśmy to maczkiem na bibułkach, zawijaliśmy w folię. Przygotowywaliśmy tak, żeby można było schować, np. głęboko w ustach, no i przekazać w czasie widzeń z rodziną lub adwokatami. Było oczywiste, że jeżeli podejmiemy akcję czynnego oporu, to zostaniemy pozbawieni widzeń i wówczas nie będzie można przekazać nowego programu KPN na zewnątrz. A więc z tego powodu nie mogliśmy uczestniczyć w buncie więźniów politycznych w Barczewie. Moczulski zaczął pisać, my przepisywaliśmy i przekazywaliśmy poza więzienie. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że tekst pisany przez niego nie jest żadnym programem. Był czymś w rodzaju eseju z odniesieniami do czasów rozbiorowych, króla Stanisława Poniatowskiego, do konfederatów barskich i nie miał nic wspólnego z programem działania dla KPN na nadchodzący czas. Doszliśmy z Tadeuszem do wniosku, że to nie może usprawiedliwiać naszej bezczynności w więzieniu. W związku z tym podjęliśmy planowaną akcję czynną. Poszliśmy na wojnę z władzami więzienia i wbrew pesymistycznym przewidywaniom Moczulskiego wygraliśmy ten bunt. Po wyjściu z więzienia w 1984 roku odbył się kongres KPN, na którym postawiliśmy odejść z Konfederacji. Wtedy ostatecznie nasze drogi rozeszły się jednak nie miało to nic wspólnego z podejrzeniami o agenturalną działalność Moczulskiego.

Zob. też  - rozmowa Mirosława Lewandowskiego z Romualdem Szeremietiewem

nt. początków działalności opozycyjnej Szeremietiewa w l. 70.

 Materiały są dostępne na licencji CC BY 3.0 PL

Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści

pod warunkiem wskazania autorów praw do tekstu. 

Pewne prawa zastrzeżone na rzecz autorów.