Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pod prąd

Gontarczyk versus Gawlikowski 

Gontarczyk: Gawlikowski jest zaślepiony, chce wybielić Moczulskiego


KPN-owi film się należał. Ale nie w taki sposób, jak w „Pod prąd". Maciej Gawlikowski wyrządził też świństwo wielu ludziom - mówi w rozmowie z Fronda.pl Piotr Gontarczyk.

Nasz wywiad z twórcą filmu dokumentalnego „Pod Prąd" o historii Konfederacji Polski Niepodległej wzbudził spore kontrowersje. Publikujemy kolejny głos w gorącej debacie - z Maciejem Gawlikowskim polemizuje historyk IPN dr Piotr Gontarczyk.

Fronda.pl: Dlaczego ostro zaatakował Pan Macieja Gawlikowskiego za film o Konfederacji Polski Niepodległej? W rozmowie z nami powiedział, że Piotr Gontarczyk „niemal obrzucił go wyzwiskami, bez odnoszenia się do meritum tego dokumentu”?

Piotr Gontarczyk*: Pan Gawlikowski, nazywając rzecz możliwie najdelikatniej, po prostu mija się z prawdą. Nie obrzuciłem go żadnymi wyzwiskami, tylko ostro skrytykowałem jego film na pokazie zorganizowanym w klubie „Ronin” stawiając mu zarzut fałszowania historii. Sala byłą pełna, więc jak Gawlikowski mam kłopoty z pamięcią, to może spytać świadków. Zdanie w pełni podtrzymuję: to film po prostu chybiony.

Co to znaczy „chybiony” ?

Konfederacja Polski Niepodległej to bardzo ważne ugrupowanie w naszej historii. Zdecydowany antykomunizm i jednoznaczne artykułowanie konieczności odzyskania niepodległości powodują, że jest mi ona znacznie bliższa niż znaczna część tzw. konstruktywnej opozycji. Konfederatom ten film się należał i szkoda, że powstał on dopiero 20 lat po upadku muru. Ale film Gawlikowskiego to zmarnowana szansa. Sposób, w jaki ukazano, a raczej zakłamywano w nim historię jest dla mnie kompletnie nie do przyjęcia.

Co Pan konkretnie zarzuca Maciejowi Gawlikowskiemu?

Pan Gawlikowski, co nie jest nowością, jest bardzo mocno emocjonalnie zaangażowany po stronie Leszka Moczulskiego. Już kilka lat temu przekonałem się, że emocje są u niego w tej sprawie tak duże, że nie jest on w stanie przyjmować faktów niezgodnych ze swoimi poglądami. W imię swoich sympatii pozwolił sobie na to, by manipulować historyczną rzeczywistością. Tyle słyszę narzekań prawicowych publicystów, że lewica bez przerwy kłamie i fałszuje historię. „Jak Kalemu ukraść krowę, to źle, ale jak Kali kraść, to dobrze?” Ja się na tak ą filozofię nie zgadzam. Prawda jest prawdą i musza ją szanować wszyscy. Trzeba oddzielić własne poglądy od rzeczywistości. Jak nie umie, niech sobie da spokój z historią.

Chodzi Panu o sprawę TW „Lecha”?

Tak, ale nie tylko, bo żeby wybielić Leszka Moczulskiego autor filmu pozwolił sobie na wiele niesprawiedliwych ocen działań innych polityków, niedopuszczalnych zniekształceń kontekstu historycznego. To film, w którym rację ma tylko Moczulski: inni zostali obśmiani lub w ogóle pominięci. Szczególnie poważne konsekwencje mają dla filmu manipulacje wokół agenturalnego uwikłania Moczulskiego. Tu u Macieja Gawlikowskiego nie obowiązują żadne zasady. W imię promowania wersji wybielającej Moczulskiego autor na przykład dość bezceremonialnie traktuje wielu ludzi, którzy w różnych epokach i w różnych okolicznościach pracowali przy lustracji. Na przykład w 1992 r. tzw. listę Macierewicza, na której znalazł się Moczulski, zestawiali ideowi, młodzi ludzie, którzy pracowali w ciężkich warunkach 24 godziny na dobę dosłownie w gnieździe os. Z filmu „Pod prąd” wynika, że ich praca to nic. Bo słynną „listę Macierewicza”, miał stworzyć „jakiś esbek”, bodaj płk Anklewicz. Także cały proces lustracyjny, w którym po drugiej stronie (w stosunku do uznanego za kłamcę lustracyjnego” M. Moczulskiego) pracowali ideowi ludzie, z nieposzlakowanej czci sędzią Bogusławem Nizieńskim na czele, zostali przedstawieni jako ktoś w rodzaju pomocników SB, a w każdym bądź razie ludzie służący złej sprawie. I tym wszystkim ludziom Pan Gawlikowski wyrządził zwyczajne świństwo.

Gawlikowski powiedział, że wielokrotnie czytał teczkę TW „Lecha” i tak dziwnych dokumentów jeszcze nie widział. A Pan czytał te akta?

Tak, znam te dokumenty. Mało tego, znam też dokumentację Sądu Lustracyjnego. Dla mnie sprawa agenturalnej współpracy Moczulskiego w świetle tych materiałów nie przedstawia żadnych wątpliwości. A opinie Pana Gawlikowskiego w tej materii uważam za mało wiarygodne. Wiedziałem, że może on zrobić taki film, jaki zrobił, bo rozmawiałem z nim kiedyś na temat sprawy L. Moczulskiego i widziałem, że to człowiek kompletnie zaślepiony. Prosiłem więc producenta i jego współpracowników, żeby uważali, bo może wyjść z tego jakieś nieszczęście. Chyba tylko dlatego autor filmu udał się – a raczej chyba został do tego zmuszony - na kilkugodzinne nagranie do pracownika Biura Rzecznika Interesu Publicznego Pana Wojciecha Sawickiego, który tą sprawę u Rzecznika „prowadził”. Wiem, że rozmowa z nim się odbyła.

To chyba dobrze?

Tak, ale problem w tym, że dziennikarz prowadził rozmowę w stylu Moniki Olejnik pokrzykując i atakując swojego rozmówcę. A potem, w dokumencie nie umieścił nawet 5 sekund wywiadu. Oficjalna wersja brzmiała tak, że Sawicki był tak mało przekonujący, że nie nadawał się do pokazania. Nawet się nie dziwię. Jak by ktoś wobec mnie się tak zachowywał, tez bym się zdenerwował i może kiepsko wyglądał. Gawlikowski nie dał też prawa głosu innym osobom, które były zaangażowane w tą sprawę, np. sędziemu Nizieńskiemu. Co, to też ubek, jak Macierewicz? Co ciekawe, Moczulski przegrał z kretesem sprawę w Sądzie Lustracyjnym, który „oczyszcza z zarzutów kłamstwa lustracyjnego” każdego, kogo się tylko da. Tu sprawa była tak oczywista, że się najwidoczniej nie dało.

A co z tym argumentem Macieja Gawlikowskiego, że zwykle esbecy bronili agentów. Moczulskiego jednomyślnie obciążają.

A co to za argument? Gdzie tu logika? A gdyby SB-ecy zaprzeczali, że Moczulski jednak nie był agentem, to znaczyłoby, że kłamią, bo był? A czy te zeznania podważają choćby jedno słowo z zachowanych dokumentów archiwalnych? Tak to już jest, że większość SB-eków kłamie jak najęta, ale nie wszyscy i nie zawsze. Poza tym dla mnie te zeznania nie mają żadnego znaczenia. Zdecydowanie ważniejsze są zachowane dokumenty.

Może Moczulski był agentem, ale zrehabilitował się późniejszą działalnością?

To już jest kwestia oceny osoby i całego dorobku przywódcy KPN. Ja jestem historykiem i zajmuję się opisywaniem rzeczywistości, a nie wydawaniem podobnych ocen. Różni ludzie mogą sobie opisywać historię na różne sposoby, ważyć grzechy i zasługi. Mogą po swojemu opisywać historię, pod warunkiem wszakże, że dążą do prawdy i trzymają się faktów. Ale to niestety nie dotyczy filmu Gawlikowskiego.

Ale przecież jako pierwszy polityk Moczulski poddał się autolustracji?

Pytanie, jakie motywy nim kierowały. Niech Pan nie żartuje. Ja wtedy pracowałem w Biurze Rzecznika Interesu Publicznego i wszyscy u nas wiedzieli, w jakich okolicznościach Leszek Moczulski złożył wniosek o swoją lustrację. Myślę, że to silna presja środowiska wymusiła na nim ten krok. Nie miał więc innego wyjścia, no i nic do stracenia.

Zdaniem autora filmu sprawa TW „Lecha” jest jednak marginalna dla historii KPN, a on robił film o historii organizacji.

Zgadzam się, że to nie jest dla historii KPN element najważniejszy. Ale skoro Maciej Gawlikowski nie mógł sobie emocjonalnie poradzić ze sprawą TW „Lecha”, to robiąc film o historii KPN mógł tę kwestię śmiało pominąć. Zacząć film od powstania KPN i zakończyć go w 1989 r. i wszystko byłoby mniej więcej fair. Jeżeli jednak zdecydował się na dotknięcie wspomnianej kwestii, należało to zrobić uczciwie. Pokazanie tej sprawy w taki sposób, w jaki to zrobił Gawlikowski, to intelektualne oszustwo.

Zostawmy sprawę oceny materiałów w sprawie TW „Lecha”. Pojawia się pytanie o rolę Moczulskiego w obaleniu rządu Jana Olszewskiego. Dwa dokumenty, „Pod prąd” i „Nocna zmiana” Jacka Kurskiego inaczej przedstawiają ten temat.

Między pokazaniem roli Moczulskiego w obu dokumentach stawiam znak równości. Bez wątpienia ekipa Jana Olszewskiego starała się wykorzystać zgromadzony materiał dotyczący TW „Lecha” do próby zatrzymania upadku rządu. Interpretacja tego faktu jest trudna, choć osobiście jestem dość daleki od potępienia. Ale jest też oczywiste, że obalając rząd Moczulski wiedział, że jest na liście agentów i po prostu walczył o życie.

Czy rząd Olszewskiego jest mitologizowany przez dzisiejszych zwolenników IV RP?

To długi temat i przedmiot sporów historyków. Niektórzy, jak np. Antoni Dudek uważają że los tego rządu był przesądzony. Podzielam jego opinię. Dodam tylko od siebie, że jednym z ważniejszych elementów układanki były także sprawy związane z lustracją. Nie tylko Moczulskiego zresztą, ale przede wszystkim Lecha Wałęsy. To nie jest tylko kwestia mitologii.

Rząd Olszewskiego upadł. Ale dlaczego Pana zdaniem nie powiodło się KPN-owi zrealizować większości swoich celów, ani w czasie przełomu 1989 roku, ani w III RP?

Najważniejszy punkt programu Konfederacji – niepodległość – został wywalczony, także przy udziale Leszka Moczulskiego. Jak już powiedziałem, film się Konfederatom należał, choć na pewno nie taki. Nie wiem, czy powstanie lepszy, bo Gawlikowski „spalił” temat. Jestem wobec jego dzieła mocno krytyczny, ale nie miałem najmniejszej ochoty mówić tego publicznie. Zrobiłem to tylko na typowym spotkaniu klubowym, w którym obowiązuje zasada „niewynoszenia” i mimo kierowanych pod moim adresem próśb o napisanie tekstu o filmie konsekwentnie odmawiałem. Nie chciałem w najmniejszym stopniu przyczynić się do kłopotów filmu, bo zdecydowanie opowiadam się za jego pokazaniem. Dopiero teraz mówię głośno co myślę, bo zostałem przez autora publicznie wywołany.

Rozmawiałem na temat filmu z innymi przywódcami KPN: Tadeuszem Stańskim i Romualdem Szeremietiewem. Nasze opinie były nie tak odległe. Całą sprawa jest dla mnie smutna o tyle, że KPN-owcy to naprawdę wspaniali ludzie, którzy zasługiwali, by z ich wierności dla idei niepodległości zbudować przesłanie dla przedstawicieli młodego pokolenia. A jak się kończy film Gawlikowskiego? Ano, kończy się planszą, że Leszek Moczulski, w związku z przegraną sprawą lustracyjną zaskarżył Polskę do Trybunału w Strasburgu. I to ma być przesłanie filmu o KPN? Żenada.

 

Rozmawiał Mariusz Majewski

* dr Piotr Gontarczyk, historyk i politolog, w latach 1998-2005 pracownik Biura Rzecznika Interesu Publicznego, autor prac dotyczących najnowszej historii Polski. Najbardziej znane to „SB a Lech Wałęsa" (wraz ze Sławomirem Cenckiewiczem) i „Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy 1941-1944". Obecnie pełni obowiązki Zastępcy Dyrektora Biura Lustracyjnego IPN. 

 

Gawlikowski odpowiada Gontarczykowi: Inwektywy zamiast dyskusji


Mam nadzieję, że Piotr Gontarczyk recenzowany przez siebie film wreszcie obejrzy z uwagą, i będzie mu choć trochę wstyd z powodu słów, które wypowiedział - pisze Maciej Gawlikowski.

Artykuł jest odpowiedzią na wywiad, jakiego portalowi Fronda.pl udzielił historyk Piotr Gontarczyk. Była to z kolei polemika z tezami, które postawił Maciej Gawlikowski w wywiadzie dla portalu Fronda.pl na temat zatrzymania przez TVP2 emisji filmu "Pod prąd" na temat historii KPN.

„Konfederacja Polski Niepodległej to bardzo ważne ugrupowanie w naszej historii. (…) Konfederatom ten film się należał i szkoda, że powstał on dopiero 20 lat po upadku muru”, „KPN-owcy to naprawdę wspaniali ludzie, którzy zasługiwali, by z ich wierności dla idei niepodległości zbudować przesłanie dla przedstawicieli młodego pokolenia” powiedział w wywiadzie dla portalu Fronda.pl Piotr Gontarczyk, jeden z dyrektorów w Instytucie Pamięci Narodowej.

Dorobek wydawniczy IPN to sporo ponad pół tysiąca książek, regularnie ukazujące się miesięcznik i dwa półroczniki, gry edukacyjne, wielkonakładowe dodatki historyczne do prasy, teki edukacyjne, publikacje internetowe, materiały pomocnicze dla nauczycieli, wiele współtworzonych przez Instytut filmów i programów telewizyjnych, nawet całych ich cykli.

Ile z tych prawie 600 książek opisuje historię KPN dla „zbudowania przesłania dla przedstawicieli młodego pokolenia?

Żadna!

Nie ma nie tylko monografii Konfederacji, ale nawet zbiorów dokumentów programowych, tekstów z prasy podziemnej KPN, jakiejkolwiek edycji źródeł, na podstawie których historycy mogliby pisać opracowania, prace naukowe.

Dopiero w tych dniach krakowski oddział Instytutu opublikuje pierwszą (po 10 latach działania IPN!) taką pracę - zbiór źródeł dotyczących działalności małopolskiego obszaru KPN.

A w ilu pozostałych publikacjach IPN choćby odnotowano 30. rocznicę powstania tego „bardzo ważnego ugrupowania w naszej historii”?

Tylko w „Biuletynie IPN” ukazał się dwa miesiące po rocznicy krótki artykuł. Pisany na kolanie, bez żadnych przypisów (sic!), z błędami merytorycznymi.

To cały dorobek Instytutu w tej dziedzinie, a Gontarczyk ubolewa nad tym, że to telewizje nie dbają o Pamięć Narodową, bo nie zrobiły przez 20 lat żadnego filmu o KPN-ie!

Personalny atak zamiast rzeczowej krytyki

Nie wykluczam, że pisząc na temat historii KPN, czy też robiąc film, mogłem popełnić jakiś błąd merytoryczny. Skoro nie ma monografii, nie ma żadnych opracowań, to jako dziennikarz musiałem zastępować pracę historyków, nie mając ku temu takich kompetencji jak choćby dr Gontarczyk.

I właśnie liczyłem na wytknięcie mi takich błędów przez wybitnego historyka.

Daremnie.

Krytyka filmu nie była w żadnym stopniu merytoryczna. W zamian mogłem przeczytać niezwykle emocjonalne uwagi o tym, że: zakłamałem historię, zmanipulowałem historyczną rzeczywistość, pozwoliłem sobie na wiele niesprawiedliwych ocen działań innych polityków oraz niedopuszczalnych zniekształceń kontekstu historycznego, nie obowiązują mnie żadne zasady, wyrządziłem świństwo nieposzlakowanej czci sędziemu Nizieńskiemu (o którym w filmie ani słowa!), jestem człowiekiem kompletnie zaślepionym, nie dążę do prawdy i nie trzymam się faktów, wybielam Moczulskiego, pokrzykuje na rozmówców i ich atakuję (Gontarczyk nie był świadkiem żadnej z moich rozmów!), jestem intelektualnym oszustem, i wreszcie najgorsze – że przypominam mu… Monikę Olejnik.

Pozostawię te ataki bez komentarza, muszę jednak sprostować kilka podanych przez niego nieprawdziwych informacji.

Zdaniem Gontarczyka: „Z filmu „Pod prąd” wynika, że ich praca to nic. Bo słynną „listę Macierewicza”, miał stworzyć „jakiś esbek”, bodaj płk Anklewicz”.

Takiego stwierdzenia oczywiście w filmie nie ma, to wytwór fantazji Gontarczyka. Wręcz przeciwnie, jest nawet wyraźnie powiedziane, że sporządzający „listę Macierewicza” pracownicy Wydziału Studiów byli młodymi, oddanymi sprawie ludźmi (mówi to Tomasz Tywonek). Jest natomiast wspomniany wysoki rangą oficer SB Andrzej Anklewicz, który blisko współpracował wtedy z Antonim Macierewiczem. Jest mowa o tym, że pełnił w MSW ważne funkcje. I tym faktom oczywiście Gontarczyk zaprzeczyć nie może. Nawet nie próbuje. Wprawdzie dysponuję nagraną wypowiedzią bliskiego współpracownika ówczesnego szefa MSW, który mówi, że nie wyklucza wpływu Anklewicza na kształt „listy”, ale tej akurat wypowiedzi nie umieściłem w filmie, bo wymagała odpowiedzi Macierewicza, który nie zgodził się na nagranie. Wygląda więc na to, że uderzyłem w stół, a nożyce się odezwały…

Pisze Gontarczyk: „Nie obrzuciłem go żadnymi wyzwiskami, tylko ostro skrytykowałem jego film na pokazie zorganizowanym w klubie „Ronin” stawiając mu zarzut fałszowania historii”.

Być może określenia „gnój” i „bolszewik” to dla Gontarczyka nie są wyzwiska… A takimi właśnie słowami dość głośno określał mnie jeszcze w trakcie projekcji, na co jest wielu świadków. Nie czuję się urażony, przytaczam ten fakt wyłącznie po to, żeby uzmysłowić poziom agresji i zacietrzewienia u niektórych wrogów filmu.

Zwolennicy knebla?

Wiem, że jeszcze przed zdjęciami do filmu były naciski na jego producenta. Gontarczyk to potwierdził: „(…) widziałem, że to człowiek kompletnie zaślepiony. Prosiłem więc producenta i jego współpracowników, żeby uważali, bo może wyjść z tego jakieś nieszczęście”.

Zresztą naciski wywierał nie tylko Gontarczyk, ale także inne osoby z kręgu Antoniego Macierewicza. Pewien znany reżyser zapowiedział nawet, że nie dopuści do emisji filmu w TVP. To mówi o stosunku do idei wolnego słowa znacznie więcej niż dziesiątki deklaracji i listów otwartych w obronie „swoich” dzieł i „swoich” kolegów.

Wszystkich przebił Jerzy Zalewski, apelując w liście do producenta „Pod prąd” (zamieszczonym w internecie): „Uczulam Cię także na możliwość zmiany niekorzystnej dla tych dwóch polityków (Jana Olszewskiego i Antoniego Macierewicza – przyp. mg) wymowy filmu, co także leży twojej gestii jako producenta”. Wybitny twórca, wróg cenzury, znany zwolennik wolności słowa uznaje, że producent wbrew autorowi ma prawo ingerować w wymowę filmu?

Wolę innego Jurka Zalewskiego, tego sprzed lat. Wtedy to w jednym z wywiadów powiedział: „Filmowy biznes można świetnie uprawiać tylko wtedy, jeśli autor zgadza się na wszystkie poprawki. Tyle że po jakimś czasie zaczyna się funkcjonować w jakimś takim mitycznym świecie dobrze zrobionego chłamu. Ja na mojej drodze nie spotkałem prawie żadnych osób, które broniłyby swojej wypowiedzi. A uważam, że w sensie artystycznym to jest rzecz święta”. Święta rzecz, święte słowa…

„Co, to też ubek, jak Macierewicz?” – tymi słowami Gontarczyk sugeruje, że kiedykolwiek określiłem Antoniego Macierewicza mianem „ubeka”. To podłość. Nie należę do wielbicieli politycznej działalności Macierewicza ani w wolnej Polsce, ani też wcześniej - w KOR-ze, ale uważam go za bohatera walki z komunistyczną władzą. Obce jest mi opluwanie odważnych opozycjonistów lat 70-tych z powodu ich dzisiejszych politycznych wyborów. Dotyczy to tak Macierewicza, jak Niesiołowskiego, Czumy czy Celińskiego.

Dyrektor Sawicki pisze na nowo historię

„(…) autor filmu udał się – a raczej chyba został do tego zmuszony - na kilkugodzinne nagranie do pracownika Biura Rzecznika Interesu Publicznego Pana Wojciecha Sawickiego” twierdzi Gontarczyk. Kto i dlaczego miałby mnie aż zmuszać do nagrania Sawickiego, tego niestety nie wyjaśnił. Szkoda.

W rzeczywistości rozmowa, przy której nie było Gontarczyka, nie trwała kilka godzin, lecz ponad godzinę. Dodatkowo przez godzinę słuchałem oświadczenia Sawickiego, które sobie wcześniej przygotował i na swoje wyraźne życzenie wygłosił po naszej rozmowie. Stąd też pewnie wynikła jego nerwowość, bo nie chciał rozmawiać, odpowiadać na pytania, lecz jedynie wygłaszać przemówienie.

„(…) w dokumencie nie umieścił nawet 5 sekund wywiadu. Oficjalna wersja brzmiała tak, że Sawicki był tak mało przekonujący, że nie nadawał się do pokazania”.

Nie chciałem tego nagłaśniać, ale skoro Gontarczyk zarzuca mi manipulację, wyraźnie to napiszę - nie pokazałem w filmie wypowiedzi Sawickiego ze względu na ich absurdalność. Chodziło mi też o dobro instytucji, w której pełni on dyrektorską funkcję. Los IPN jest dla mnie ważny i nie chciałem w przededniu planowanych przez polityków zmian, dawać jego wrogom poważnego argumentu przeciwko obecnemu kierownictwu Instytutu. Niestety, wypowiedzi dyrektora Sawickiego łatwo mogą zostać uznane za kompromitujące go jako historyka i jako archiwistę.

Wojciech Sawicki powiedział do kamery w rozmowie ze mną, że w czasach PRL kierownictwo Konfederacji Polski Niepodległej nie działało na rzecz wolnej Polski, było przesycone agenturą, a Leszek Moczulski do końca PRL był szczególnie aktywnym, płatnym agentem Służby Bezpieczeństwa. Na powyższe twierdzenia dyr. Sawicki żadnych dowodów nie miał, a są to tezy stojące w jaskrawej sprzeczności z wiedzą historyczną, a nawet ustaleniami Sądu Lustracyjnego w sprawie Leszka Moczulskiego.

Oto fragmenty wypowiedzi Sawickiego: „Okoliczności zakończenia współpracy w 1977 roku jednoznacznie, bez żadnych wątpliwości wskazują na to, że to nie tyle było to fikcyjne zakończenie współpracy, ale ten agent przeszedł na wyższy etap współpracy”, „Mamy dowody na to, że utrzymywał nieoficjalne kontakty z kierownictwem MSW”.

Dociskany pytaniami o te dowody, Sawicki mówi, że „jest przynajmniej jeden taki dowód, z 1989 roku, bodajże jeszcze z października”. Nie trzeba być historykiem, żeby wiedzieć, że w październiku 1989 rządził już w najlepsze rząd Mazowieckiego i zarzut kontaktów z jego szefostwem MSW mający dowodzić zdrady Polski, jest groteskowy.

Dokumenty SB źródłem wszelkiej wiedzy

Sawicki jako dowody agenturalności Moczulskiego podawał rzekome opinie różnych ludzi, np. Romualda Szeremietiewa. Oto zestawienie zarejestrowanych przeze mnie wypowiedzi obu panów:

Sawicki: „Romuald Szeremietiew również stwierdził, że nie ma wątpliwości, że Leszek Moczulski to agent „Lech”.

Szeremietiew: „Leszek, ja to zresztą powiedziałem (przed sądem – przyp. mg), że Leszek nie był agentem. (…) Nigdy nie uważałem, że Moczulski był TW, który donosił na mnie czy na kogokolwiek. On mógł prowadzić jakąś grę z nimi, i w którymś momencie zerwał ją. Z grą, nie z tym, że na kogokolwiek kablował. Oni mogli go traktować jako swojego informatora, mogli go tak zapisywać. Przecież to, co oni zapisywali, to on na to nie miał wpływu”.

Sawicki jest pewien, że Moczulski z Szeremietiewem znają się od 1977 roku, bo tak wielokrotnie zapisali esbecy. Argumentu, że obaj opozycjoniści twierdzą stanowczo, że w 1977 roku mieli już za sobą 5 lat znajomości i wspólnej konspiracji, nie przyjmuje. Podobnie traktuje zeznania ich współtowarzyszy z tamtych czasów, bo „dawni opozycjoniści różne rzeczy dziś opowiadają”, a dokumenty SB zawierają prawdę.

Zdaniem Sawickiego, Moczulski był „ogólnie znanym gloryfikatorem PPR-u i zwolennikiem Moczara”, co było powszechnie znane, bo pisywał na ten temat artykuły w „Stolicy”. Po serii moich pytań, Sawicki przyznał, że tych rzekomych „promoczarowskich” tekstów nigdy nie czytał, a wie o tym „z akt SB, ale nie tylko z akt „Lecha”, ale przede wszystkim z akt jego wrogów, choćby z akt na KOR”. Tak wygląda warsztat historyka pełniącego funkcję wicedyrektora archiwów IPN.

Czy miałem zamieścić w filmie te kuriozalne wypowiedzi? Po co? Żeby ośmieszyć zarówno jego, jak i instytucję, w której pełni ważną funkcję?

Czy pierwszy film dokumentalny na temat historii Konfederacji jest dobrym miejscem na takie błazeństwa?

Jedno mnie pociesza. Sądząc z tego zdania: „A jak się kończy film Gawlikowskiego? Ano, kończy się planszą, że Leszek Moczulski, w związku z przegraną sprawą lustracyjną zaskarżył Polskę do Trybunału w Strasburgu”, Gontarczyk wcale nie obejrzał mojego filmu!

Film w rzeczywistości kończy się zdjęciami z uroczystości 30. rocznicy KPN, fragmentem przemówienie Moczulskiego, w którym mówi o odzyskanej wolności i o błędach, jakie popełnili Konfederaci oraz podsumowującym komentarzem historyka IPN, prof. Antoniego Dudka.

Mam nadzieję, że Piotr Gontarczyk recenzowany przez siebie film wreszcie obejrzy z uwagą, i będzie mu choć trochę wstyd z powodu słów, które wypowiedział w wywiadzie dla portalu Fronda.pl.

 

Maciej Gawlikowski 

 

***

 

Na prośbę dra Piotra Gontarczyka publikujemy e-mail, który wysłał do redakcji portalu Fronda.pl:

W pełni podtrzymuję wszystkie zarzuty pod adresem filmu Macieja Gawlikowskiego na temat KPN.

Jeżeli jednak rzeczywiście w czasie projekcji prezentacji filmu w klubie "Ronin" pozwoliłem sobie gdziekolwiek na, powodowane nadmiarem emocji, jakiekolwiek obraźliwe uwagi na temat jego autora, to z tego powodu składam wyrazy najgłębszego ubolewania i proszę Wspomnianego o przyjęcie moich najszczerszych przeprosin.

Piotr Gontarczyk.

 

***

 

I jeszcze jeden e-mail do redakcji. Tym razem od Macieja Gawlikowskiego. Oto jego treść:

 

Cieszę się, że mój film był dla dra Gontarczyka emocjonujący. Kiedy wreszcie spokojnie go obejrzy, na pewno zauważy też wiele elementów, które trudno mu było dostrzec w gorączce emocji. Poproszę producenta o przekazanie dr. Gontarczykowi kopii filmu.

Żadnej urazy oczywiście nie czuję, a cały ten przykry incydent z ulgą puszczam w niepamięć.

Pozdrawiam

Maciej Gawlikowski

 

***

 

Polemika ukazała się w drugiej połowie marca 2010 r. na portalu www.fronda.pl 


Wortal Instytutu Historycznego NN im. Andrzeja Ostoja Owsianego.

 Materiały są dostępne na licencji CC BY 3.0 PL

Zezwala się na dowolne wykorzystanie treści pod warunkiem wskazania autorów praw do tekstu

.