Internetowe Archiwum KPN - strona glowna
najwazniejsze dokumenty kpn z l. 1979-1993
teksty polityczne Leszka Moczulskiego z l. 1973-2004
inne dokumenty
Historia KPN
procesy polityczne kierownictwa kpn
encyklopedia kpn
czytelnia prasy kpn
wspomnienia dzialaczy  kpn
najwazniejsze publikacje nt. kpn
historia marszow szlakiem I Kompanii Kadrowej w l. 1981-1990
forum bylych dzialaczy kpn
kontakt z administratorem

 

 

 

 

 

Leszek Moczulski

Wystąpienia sejmowe

 

31 stycznia 1992 - I czytanie projektu ustawy o Restytucji Niepodległości (zasadnienie projektu)

 

13 punkt 7 posiedzenia Sejmu I kadencji: Pierwsze czytanie poselskiego projektu ustawy o Restytucji Niepodległości (druk nr 15)


Poseł Leszek Moczulski:

         Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Niepodległość rzeczywiście nie musi czekać [Nawiązanie do wypowiedzi posła Stefana Niesiołowskiego z ZChN, który sprzeciwił się przełożeniu tej dyskusji na kolejny dzień (mówiąc, że "Niepodległość nie może czekać", co wywołało wesołość na sali), tak, aby mogła ona być transmitowana przez telewizję. Posłom koalicji rządzącej wówczas zależało, aby przebieg dyskusji i głosowania w tej sprawie, nie został zauważony]. Szkoda, że czekaliśmy na nią tak długo. To nie jest akurat uwaga pod adresem pana posła Niesiołowskiego, który 20 lat temu idąc do więzienia pokazał, że zależy mu na szybkiej niepodległości. Są jednak ludzie, którzy zamykali do więzień, żeby tej niepodległości nie było, także pana posła Niesiołowskiego, i są dzisiaj ludzie, którzy chcieliby takiej wygodnej niepodległości, kiedy nie ma różnicy na przykład między Prywiślańskim Krajem, Wielkim Sojuzem, Wspólnotą Suwerennych Narodów i Rzecząpospolitą Polską.
          Przechodzę do rzeczy. Proszę Wysokiej Izby, złożony przez nas projekt ustawy jest projektem bardzo kontrowersyjnym. Jest projektem wzbudzającym daleko posunięte emocje. Jest też projektem wzbudzającym najwyraźniej daleko posunięte obawy, nieraz obawy tak dalece posunięte, że ktoś obawia się, że tego rodzaju ustawa mogłaby zagrozić trwałości jego związku małżeńskiego. Bo również takie obawy niektóre osoby w środkach masowego przekazu ujawniały.
         Jest to ustawa kontrowersyjna przede wszystkim dlatego, że jest to projekt bardzo nietypowy. Coś, co może zdarzyć się w niektórych tylko krajach i coś, co zdarza się niesłychanie rzadko. Gdybyśmy zastanawiali się, kiedy poprzedni raz Sejm Polski rozważał podobną ustawę, to możemy powołać się tylko na jeden precedens, a mianowicie na decyzję Sejmu Królestwa Polskiego ze stycznia 1831 r. o detronizacji Romanowych. To wówczas doszło do takiej sytuacji, kiedy jakby nie zmieniając rzeczywistości państwowej, nie zmieniając instytucji, nie zmieniając nie tylko urzędów, ale nawet i urzędników - całkowicie radykalnie zmieniono państwo. I my dzisiaj jesteśmy w podobnej sytuacji, ja w każdym razie pracując nad projektem tej ustawy założyłem, że znajdziemy się w podobnej sytuacji. Mieliśmy wprawdzie nadzieję, że zgodnie z tym spóźnionym apelem posła Niesiołowskiego, ta ustawa zostanie rozpatrzona na samym początku pracy Sejmu, a nie po dwóch miesiącach jego funkcjonowania, że Sejm będzie się bardziej spieszył, ale planując tak - zakładaliśmy, że będzie to taka ustawa, która z dnia na dzień nie burząc niczego, nie burząc niczego, pozwoli nam przejść do zupełnie innej jakości politycznej, prawnej i moralnej, tak jak decyzja sejmowa o detronizacji Romanowych dziś tę nową jakość stworzyła.
        III Rzeczpospolita rodzi się przecież, może jeszcze długo będzie się rodzić, w zupełnie innych warunkach niż II Rzeczpospolita. II Rzeczpospolita powstała w następstwie gwałtownego przewrotu. Gdy w listopadzie 1918 r. zapadła podstawowa decyzja o zwołaniu Sejmu, wtedy jeszcze mówiono: Państwa Polskiego, nazwa Rzeczypospolitej pojawia się trochę później, gdy zapadała ta decyzja - nikt się przecież nie powoływał na wcześniej obowiązujące na ziemiach polskich ustalenia prawne, ani na Statut Organiczny, ani na Akt Wielkiego Księstwa Poznańskiego nadany po Kongresie Wiedeńskim, ani na decyzje dotyczące Galicji. Była to zmiana o charakterze rewolucyjnym. Wprawdzie w ówczesnej listopadowej decyzji przyjmowano także pewną zastaną rzeczywistość, tak na przykład z góry założono, że część posłów przyszłego Sejmu - a mianowicie tych posłów, którzy mieli reprezentować wschodnią Galicję - to będą posłowie wybrani do zaborczego przecież parlamentu austriackiego, a więc jakby sięgano też do rozstrzygnięć wcześniejszych, ale równocześnie tworzono, rewolucyjnie tworzono, zupełnie nowy stan.
          Proszę państwa, my też mogliśmy robić naszą rewolucję przez krew i zniszczenia.
Zamiast tego robiliśmy - że nieskromnie zacytuję sam siebie i tytuł mojej broszureczki sprzed lat kilkunastu - ˝rewolucję bez rewolucji˝, kiedy w sposób płynny z jednej rzeczywistości prawnej i politycznej przejdziemy do drugiej rzeczywistości - nie burząc i nie niszcząc. Czy inne tego rodzaju rozwiązania są znane, chociażby w XX wieku?
        Są znane. Przypomnijmy ustawę francuskiej Izby Deputowanych, bo formalnie obowiązywała jeszcze Konstytucja III Republiki, ustawę francuskiej Izby Deputowanych, która się odniosła do całej spuścizny Vichy, do całej spuścizny l'État Francais, satelickiego państwa francuskiego funkcjonującego w ramach niemieckiego, hitlerowskiego systemu. Francuzi podeszli do tego w sposób poważny, stwierdzając m.in., że w tych kilku latach 1940-1944 trwało przecież życie społeczne, przekształcał się system prawny i trzeba się do tego ustosunkować.
          Można było ustosunkować się do potępionej przeszłości tak, jak kiedyś to robił Konwent, ale można było ustosunkować się tak, jak później zrobiła to Izba Deputowanych po wyzwoleniu Francji w końcowym okresie II wojny światowej.
        Otóż naszym pragnieniem jest doprowadzenie do ustawowego stwierdzenia, że przechodzimy od jednej rzeczywistości politycznej, prawnej i moralnej do innej rzeczywistości. Czy jest taka potrzeba? Oczywiście można negować taką potrzebę, na lewicy czy na prawicy, można negować taką potrzebę, ale - jak myślę - nie wszyscy chyba na prawicy i na lewicy ją negują. Bardzo przecież niedawno jeden z posłów tej Izby, na pewno nie mający nic wspólnego z Konfederacją Polski Niepodległej, spytał, i słusznie, na jakiej zasadzie w jego legitymacji wpisane zostało stwierdzenie, że jest posłem pierwszej kadencji? Od czego ta numeracja zależy? Gdy Sejm działa na mocy tego samego, co poprzedni, aktu prawnego? W ramach tego samego systemu prawnego? Dlaczego mówimy, dlaczego uzurpujemy sobie stwierdzenie, że jesteśmy sądem pierwszej kadencji (Głos z sali: Sejmem) - przepraszam bardzo, to wieloletnie przyzwyczajenie sądowe ze strony oskarżonego, a nie sędziego - że jesteśmy Sejmem pierwszej kadencji? To jakaś jakby uzurpacja. Oczywiście nie jest to uzurpacja, ponieważ jest to parlament po raz pierwszy od 1938 roku wybrany w wolnych wyborach. Jesteśmy Sejmem pierwszej kadencji, ponieważ taka jest wola suwerennego narodu, rozumianego oczywiście jako ogół równoprawnych obywateli. Taka jest wola narodu i my z woli narodu jesteśmy Sejmem pierwszej kadencji, ale powinno znaleźć to wyraz formalny.
          Tutaj od razu pojawiają się dwa pytania. Pierwsze pytanie jest takie: to może wystarczy deklaracja? To może wystarczy stwierdzenie, że oto mamy niepodległą III Rzeczpospolitą, bo jesteśmy rzeczywistymi reprezentantami narodu, bo ten Sejm pochodzi z wyborów wolnych i nieskrępowanych, takich na jakie Polska czekała lat kilkadziesiąt. Może taka deklaracja wystarczy?
          Sejm działa od 25 listopada, a nikt nie palił się do takiej deklaracji. Szkoda, ale nikt się nie palił, może dlatego, że od 25 listopada projekt naszej ustawy już był złożony, może państwo uważaliście, że to sprawę załatwia? Jeżeli tak, to myślicie podobnie, jak my, w Klubie Parlamentarnym Konfederacji Polski Niepodległej.
           Ale powiedzmy sobie szczerze: czy taka deklaracja wystarcza? Czy mamy uważać, że same deklaracje mają tworzyć życie, mają budować rzeczywistość? Były już deklaracje, i to deklaracje praktycznie bez pokrycia. Nazwę Rzeczpospolita Polska przywrócono przecież chyba od 1 stycznia 1990. Po raz drugi po 1945 r. w sposób uzurpatorski posłużono się nazwą, która może być tylko nazwą niepodległego państwa polskiego - takiego państwa polskiego, które jest rezultatem woli Polaków, a nie na przykład następstwem stalinowskiej konstytucji z 1952 roku.
           Już raz mieliśmy taką uzurpację, kiedy Rzeczpospolitą, rzekomą Rzeczpospolitą Polską instalowały tutaj sowieckie bagnety. To jest taka sama uzurpacja, jak ta uzurpacja, gdy car Mikołaj I jako król polski sierżantom rosyjskim walczącym na Kaukazie garściami rozdawał Virtuti Militari. Możemy oczywiście zrobić kolejną deklarację, ale czy deklaracja zmienia rzeczywistość? I czy po prostu chcemy budować przyszłą Polskę na deklarowanych słowach? Otóż wydaje się, że sama deklaracja nie wystarcza, ale przecież, proszę państwa, jeżeli tutaj nastąpić ma zmiana rzeczywistości prawnej, politycznej i moralnej, musi to pozostawać w jakimś stosunku do zastanych realiów.
           W preambule do proponowanej przez nas ustawy stwierdzamy, że mamy do czynienia obecnie z dwoma jakby odrębnymi stanami czy bytami państwowymi. Jednym z tych stanów jest Rzeczpospolita Polska, pewien byt prawny, polityczny i moralny, ten byt, który przecież nie przestał istnieć ani 1 września 1939 r., ani 17 września 1939 r., ani 22 lipca 1944 r., ani pod żadną inną datą. Ten byt prawny istniał przez lat kilkadziesiąt, a jego spuściznę prawną reprezentanci II Rzeczypospolitej tu w Warszawie, na Zamku Królewskim, 22 grudnia 1990 roku przekazali prezydentowi III Rzeczypospolitej, wybranemu w powszechnych i nieskrępowanych wyborach. Można by było powiedzieć niesłychanie prosto, tak jak nam może niektórzy chcieliby wmówić, że skoro II Rzeczpospolita do końca była legalna, a więc kontynuujmy ją po prostu - i udawajmy, że w Polsce między rokiem 1939 a 22 grudnia 1990 r. nic nie nastąpiło.
        Otóż w Polsce przez te kilkadziesiąt lat coś nastąpiło. Działało, żyło tutaj, pracowało, budowało, tworzyło jakieś struktury polityczne parędziesiąt milionów Polaków. I nie możemy się od tej części naszej historii i od tej części naszego narodowego wysiłku odciąć.
            Możemy stwierdzić, że geneza PRL jest nieprawna, że było to państwo, które nawet nie zadbało o to, żeby się zalegalizować. Państwa legalizują się tylko w jeden sposób, przez wolę obywateli. Począwszy od roku 1944 tamto państwo ani razu nie skorzystało, aby zalegalizować się w sposób wyraźny i nie budzący wątpliwości, nie manipulacyjny. Do końca nie chciało być legalne. (Oklaski)
           Ale istniało. I nie będąc legalne, będąc wyrazem obcych interesów, narzędziem zniewolenia obywateli - równocześnie było państwem, które miało polski charakter. Zeznając, składając wyjaśnienia przed PRL-owskim sądem, lat temu wiele, odwołałem się do orła tam wiszącego i powiedziałem: to jest nasze godło. Panowie - powiedziałem - zabraliście mu symbol suwerenności - koronę, ale to jest nasze godło. I w PRL, czy nie w PRL, my tego naszego godła hańbić nie pozwolimy. Bez względu na to, czy nam się podobała geneza PRL, bez względu na to, czy nam się podobała praktyka PRL, bez względu na to, czy widzieliśmy w tym tylko jakiś uporządkowany system na ziemiach polskich, czy cokolwiek innego, to to było na pewno państwo polskie. Tak samo jak państwem polskim było Królestwo Polskie, tzw. Kongresowe, przed tą styczniową decyzją 1831 r. Tak samo jak państwem polskim było Księstwo Warszawskie, któremu 22 lipca 1807 r. obcy monarcha podyktował konstytucję. Były to państwa polskie, jakkolwiek nie były to państwa suwerenne. A możemy zastanawiać się, czy z naszego polskiego punktu widzenia były to państwa legalne.
          Otóż jeśli stwierdzamy, że chociaż naszym zdaniem Polska Rzeczpospolita Ludowa nie była legalnym państwem polskim, to stworzyła tutaj pewien stan rzeczywisty. I my dzisiaj musimy pamiętać, że jesteśmy dziedzicami zarówno tego bytu, zwanego II Rzecząpospolitą, który był bytem legalnym, jak też tego bytu, zwanego PRL, który wprawdzie bytem legalnym nie był, ale był bytem rzeczywistym.
           Jeżeli sięgamy do takiej podwójnej genezy naszej rzeczywistości, to wynika z tego, że może powstać cały szereg sprzeczności. I te sprzeczności muszą zostać rozwiązane. Zwłaszcza sprzeczności wynikające z połączenia dwu różnych bytów prawnych.


Wicemarszałek Andrzej Kern:

         Panie pośle, bardzo przepraszam, proszę zbliżać się do konkluzji, już dawno minęło 20 minut.


Poseł Leszek Moczulski:

         Zbliżam się. Ale jeżeli pan marszałek pozwoli - aby móc to mówić przed Wysoką Izbą, czekałem parę dziesiątków lat - może jeszcze parę minut. (Oklaski)


Wicemarszałek Andrzej Kern:

        Wszyscy na tej sali mamy różną przeszłość i regulamin nas wszystkich obowiązuje.

Poseł Leszek Moczulski:

       Jeśli można prosić o dodatkowy czas w takim przeliczniku - minuta za rok więzienia.

Wicemarszałek Andrzej Kern:

        Proszę bardzo. (Poruszenie na sali)

Poseł Leszek Moczulski:

         Otóż nasz projekt przewiduje system, przewiduje pewną metodę. Metodę, przy pomocy której można będzie odnieść się do spuścizny prawnej PRL. Wiem, jak bardzo jest to niedoskonała spuścizna, ale nie można jej przecież przekreślić, jeśli nie z innych względów, to chociażby ze zwykłych względów pragmatycznych. Wiem doskonale, że na te 9 czy 10 tys. ustaw obowiązujących w naszym kraju jest ok. 2 tys. ustaw, które są niepotrzebne, a może szkodliwe, a może nawet hańbiące, jak ta ustawa z 1954 r. stwierdzająca, że gdyby się spotkał sztandar polski i radziecki, to sztandar polski musi oddać tamtemu pokłon i w pochodzie iść na drugim miejscu. Ta ustawa do dzisiaj obowiązuje.
          Otóż jest około 2 tys. takich ustaw. Podczas X kadencji Sejmu PRL ok. 200 z tych ustaw zmieniono bądź pozbawiono ważności. Mamy jeszcze 2 tys. Proponujemy zastosowanie tutaj pewnej szczególnej, uproszczonej procedury. Ale oczywiście decyzja będzie należała do Sejmu. To jest pierwsza kwestia.
          Druga kwestia jest taka, że w warunkach państwa nielegalnego, w warunkach instrumentalnego naginania prawa, w warunkach wykorzystywania i państwa, i prawa przeciwko interesowi Polski i przeciwko interesowi Polaków, doszło do całego szeregu zaszłości, które należy rozwiązać. I tutaj też wskazujemy na taką konieczność.
         Wreszcie przypominamy, że na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat dokonywane były przestępstwa, przestępstwa przeciwko Polsce i przeciwko Polakom, zaś sprawcy tych przestępstw zapewniali sobie bezkarność. Dzisiaj lata, w których rządzili, lata, w których łamali prawo, chcą zaliczyć do biegu przedawnienia. I tutaj proponujemy pewną ogólną zasadę, która następnie musi oczywiście znaleźć ustawowe rozwiązanie prawne.
         I ostatnia z tych najważniejszych kwestii. Jeśli mówimy o konieczności rozliczeń przeszłości, a coraz więcej ugrupowań w tej sali o tym mówi, jeśli prawdą jest to, co piszą gazety, to nawet przedstawiciele klubu lewicy demokratycznej po rozmowach u pana premiera Bieleckiego zgodzili się, że jakiś taki proces musi być dokonany - jeśli prawdę piszą gazety, panie pośle Kwaśniewski, ja się zastrzegam - otóż w tych warunkach my po prostu uważamy, że jeśli dojdzie do tych rozliczeń, to trzeba z góry zapewnić, przyjąć pewne zasadnicze, fundamentalne ustalenia. Przede wszystkim takie ustalenia, że nikt nie może być ścigany za przekonania, że nikt nie może być ścigany za przynależność, że nikt nie może być ścigany w ramach odpowiedzialności zbiorowej i że każdemu - jeśli zasługuje na postawienie w stan oskarżenia - należy się sprawiedliwy sąd. A jeżeli są to przestępstwa największe, to należy mu się taki sąd, jaki już ustawodawstwo II Rzeczypospolitej przewidziało w obliczu wojny, a mianowicie Naczelny Trybunał Narodowy.
         Wbrew sugestiom proponowany przez nas akt prawny nie jest aktem, który decyduje o szczegółach; decyduje o procedurach, decyduje o konkretnych decyzjach. Nasz akt stwierdza tylko, że w oparciu o przedstawione w nim zasady - inne, szczegółowe ustawy powinny rozstrzygnąć konkretne problemy. A więc ten akt jest jakby ustawowym zobowiązaniem Sejmu, że nareszcie ujrzy światło dzienne ta szykowana od nie wiem jak dawna ustawa dotycząca przedawnienia, ustawowym zobowiązaniem, że przeszłość zostanie rozliczona, ustawowym zobowiązaniem, że spuścizna prawna zostanie zweryfikowana, i ustawowym zobowiązaniem, że zarówno państwo rzeczywiste, jak państwo legalne traktujemy jako fundament tego, co chcemy zbudować jutro.
          Nie jest to dokument, który ma dzielić. Nie jest to dokument, który ma wyłączać kogokolwiek. Jest to ustawa, która chce zbudować nową Polskę, mimo różnych naszych, ale przecież wspólnych, przeszłości. Bo wspólnie byliśmy na tej ziemi. I nie jest to dokument wymierzony przeciwko komukolwiek.
           Konfederacja Polski Niepodległej proponowała, gdy ten dokument składaliśmy, żeby rozpatrzyć go w jednym czytaniu i żeby go rozpatrzyć z aktem, który będzie dotyczył organizacji władz najwyższych, czyli ˝małą konstytucją˝. Wszyscy wiemy, że został zgłoszony inny projekt ˝małej konstytucji˝. W związku z tym już nie zgłosiliśmy własnego, przygotowanego projektu. Wszyscy wiemy, jakie były późniejsze koleje tego zgłoszonego dokumentu, ale to też spowodowało pewną zmianę sytuacji. Dzisiaj ten akt, który przewiduje, że razem z nim powinien być rozpatrywany właśnie akt dalszy, czyli ˝mała konstytucja˝, staje się jakby niekompletny. Stał się nie dlatego niekompletny, że nie mamy drugiej części. Po prostu przyjęliśmy, że to co złożył prezydent, stanowić będzie drugą część. To oczywiście nie wpływa na meritum, ale wpływa na formę, w jakiej ten akt może zostać rozpatrywany.
           Ja proponuję, żeby ten akt i inne akty o charakterze konstytucyjnym potraktować łącznie. Mam na myśli zwłaszcza projekt ustawy złożony przez Klub Parlamentarny Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, projekt ustawy, który formalnie dotyczy powołania Komisji Konstytucyjnej, ale de facto jest czymś w rodzaju ˝małej konstytucji˝, ponieważ likwiduje konstytucję 1952 roku i na jej miejsce wprowadza tymczasowe przepisy konstytucyjne. Otóż ja proponuję, żeby ten akt i tamten akt, i może jeszcze jakieś inne, może ten akt, który, jak premier zapowiedział, zostanie niedługo przesłany do Sejmu, a dotyczący właśnie ˝małej konstytucji˝, aby one wszystkie razem zostały w tej samej komisji rozpatrzone.
           Będzie wtedy czas na wyjaśnienie szczegółów i zbadanie niejasności prawnych, będzie wtedy może czas na to, żebyśmy zaczęli mówić tym samym językiem, także prawniczym. Być może jest to sposób, żeby z czegoś, co dziś jeszcze jest własnością tylko Konfederacji Polski Niepodległej, co jest efektem naszej kilkunastoletniej pracy, kilkunastoletniej walki, aby ten dzisiaj nasz, Konfederacji Polski Niepodległej, projekt jutro mógł być wspólnym aktem. Abyśmy później mogli głosować nie nad prawniczymi niuansami, ale nad tym, co się tak długo opóźniało, żebyśmy wreszcie w tej sali dowiedzieli się, kto jest przeciwko niepodległości z otwartą przyłbicą, a kto jest przeciwko niepodległości w taki sposób, żeby jego tchórzostwu stało się zadość. (Długotrwałe oklaski)

Stenogram z całego posiedzenia.